Dziecko przyszło na świat dokładnie o północy. Właśnie wtedy, gdy elektroniczny zegar na sali porodowej, mrugnąwszy zielonym światłem, przeskoczył z 23:59 na 00:00. Lekarz i położna wymienili szybkie spojrzenia, a dyżurująca neonatolog podbiegła pośpiesznie, chwyciła nieruchome, sino-fioletowe ciałko i przeniosła je na przewijak, łapiąc natychmiast za ssak. Maluch nie oddychał. Rodząca kobieta, lekko odwróciwszy głowę, obojętnie przyglądała się zabiegom lekarza.
Może on martwy? kłębiły się suche myśli w jej głowie, ledwo wyciszone niedawnym, przygniatającym bólem. W końcu noworodek wydał z siebie cichy, ledwo słyszalny pisk, który nabierał mocy, aż zmienił się w głośny, donośny płacz, niosący się daleko po cichych, nocnych korytarzach warszawskiego szpitala położniczego. Lekarz, położna i neonatolog stali wokół maleństwa i milcząc, z uwagą mu się przyglądali.
Był inny, ten chłopiec Jego kręgosłup, dochodząc do wysokości łopatek, wykręcał się w przedziwny sposób, tworząc dwie niemal równoległe, podłużne górki opadające ku środkowi klatki piersiowej.
Jak to możliwe? powtarzał zdumiony neonatolog. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego Nie, to się nie dzieje To niemożliwe
Gdy rano do Anety przyszedł lekarz i próbował jej objaśnić wyjątkowość jej synka, skrzywiła się z pogardą na ustach. Czyli on jeszcze jest potworkiem No pięknie
Nie, nie Zabierzcie go gdzie chcecie, ja takiego dziecka nie chcę Nawet zdrowego nie planowałam brać, a tu jeszcze taki przypadek Przynieście mi formularz, napiszę oświadczenie o zrzeczeniu się
Wypisała się w wyznaczonym terminie, lekka, wolna, niczym nieobciążona, a jej syn został tam, nieświadom jeszcze, że zdradziła go najważniejsza dla niego osoba
W Domu Dziecka nazwano go Ignasiem. Tak, właśnie Ignasiem i inaczej nikt do niego nie mówił. Opiekunki zakładały mu luźne, za duże koszuleczki, żeby wada nie była tak widoczna.
Jednak nawet gdyby miał najdoskonalszą, idealną sylwetkę, i tak różniłby się od pozostałych dzieci; skrzeczących, przepychających się i odwiecznie dzielących się zabawkami maluchów. Jego błękitne oczy z długimi, czarnymi rzęsami miały w sobie jakąś przedziwną, niedziecięcą powagę.
Często, patrząc przez okno, wsłuchiwał się w coś wewnątrz siebie, uparcie próbując wychwycić, zrozumieć coś niezwykłego, choć na razie nieuchwytnego.
Pewnego dnia, kiedy para dwulatków, niezdarnie tworzących kolumny, podążała na zorganizowane zajęcia, Ignas usłyszał TO. Z niezbyt szczelnie zamkniętych drzwi gabinetu dyrekcji dobiegała muzyka. Nie była to żadna z tych prostych piosenek, których dzieci uczyły się na rytmice czy podczas marszów, wymachując niezgrabnie rączkami i podnosząc nogi. Ta melodia przypominała wiatr. Ciepły, łagodny powiew, który delikatnie unosi cię nad ziemią i niesie, niesie, buja i kołysze
Nie było w niej słów, lecz była w niej dusza, żywa obecność, która tuliła Ignasia i szeptała mu sekrety te, których nikt inny nie pozna, bo i nie są nikomu potrzebne, tylko jemu, Ignasiowi
Stanął więc pośrodku korytarza, wytrącając z szyku całą grupkę dzieci. Rozbujał się w rytm muzyki, nie zwracając uwagi na wpadające na niego dzieci i nieudolne próby przesunięcia go przez opiekunki.
W jego maleńkiej głowie wszystko się rozjaśniło. To, co słyszał, starając się usilnie wychwycić z krzyków towarzyszy, szumu wiatru i bulgotania rur w łazience to właśnie była ona, jego Muzyka
Elżbieta i Marek jeździli po wszystkich domach dziecka w okolicach Warszawy. Wrodzona wada nie pozwalała Elżbiecie mieć własnych dzieci.
Zdecydowali się więc na adopcję. Przeszli wymagane kursy, mieli wszystkie dokumenty, lecz stali teraz przed WYBOREM Kim miałby być ICH chłopiec lub dziewczynka? W końcu własnych dzieci się nie wybiera kocha się je, jakimi są, zaś tutaj Byli zawiedzeni, bo wśród setek dzieci pozbawionych rodzinnego ciepła nie odnaleźli jeszcze Tego Jedynego
Trzymając się za ręce, szli wzdłuż ogrodzenia Domu Dziecka. W piaskownicy bawiły się dzieci, dziewczynki przewoziły lalki w wózkach, wszędzie wrzał śmiech i wesołe piski.
Tylko jedno dziecko, w długiej, wyraźnie za dużej kurteczce, stało zapatrzone w ćwierkającego na gałęzi wróbla. W tej właśnie chwili Elżbiecie zadzwonił telefon
Mozart Elżbieta uwielbiała muzykę klasyczną. A Ignaś zadrżał, jego oczy zabłysły, jakby rozświetlił je jasny reflektor, i zaczął rytmicznie bujać się na boki, dokładnie wyczuwając tempo i rytm melodii. Elżbieta i Marek stali jak zahipnotyzowani, nie zważając na dudniący telefon.
Zobaczyli GO. Swojego syna. Bliską duszę, której światło biło z jego spojrzenia
Tak, rozumiem, że to chore dziecko, niepełnosprawne Tak, biorę za niego pełną odpowiedzialność Rehabilitacja? Oczywiście
Przez godzinę Elżbieta cierpliwie odpowiadała na pytania dyrektorki, usilnie zachęcającej, by wybrali inne, zdrowe dziecko. Dzieci się nie wybiera tłumaczyła cicho. Ja go wezmę, nieważne, ile mnie to będzie kosztowało
Mamo? Ignaś odszedł od pianina i oparł głowę o ramię Elżbiety. Dlaczego ja taki jestem? Czemu nie jak inne dzieci?
Delikatnie pogładziła go po zdeformowanych plecach. Widzisz, synku, wszyscy jesteśmy różni Wewnątrz i na zewnątrz Ty, ja i tata też
A twoje plecy już ci mówiłam, tam masz skrzydła jak anioł, tylko jeszcze się nie otworzyły. Ale otworzą się na pewno
Przytulała go mocno, całowała w cieplutką główkę, po czym siadała z nim razem przy pianinie. I grali razem a Ignaś grał tak, jak nie zdarza się nawet poważnym, dorosłym muzykom.
I rzeczywiście za jego plecami wyrastały skrzydła, choć naprawdę zobaczyć je potrafili jedynie Mama, Tata i jeszcze Anioł Stróż Ignasia, który czuwał przy jego ramieniu i uśmiechał się łagodnie, a muzyka płynęła szeroko, jak obfita rzeka, i kołysała, kołysała na swoich falach szczęśliwego IgnasiaPewnego popołudnia, kiedy ziemię uderzał pierwszy, nieśmiały majowy deszcz, Elżbieta zostawiła uchylone okno. Krople delikatnie wystukiwały rytm na parapecie, a Ignaś, zapatrzony na srebrne firanki wody, usiadł cicho przy pianinie. Bez słowa, sam, zanurzył dłonie w klawiszach. Muzyka, która z niego wypłynęła, nie była żadnym znanym utworem była lekka, łagodna i pełna tęsknoty za czymś nieznanym, a zarazem radosna, jak śmiech pierwszego dnia wakacji. Dźwięki układały się w świeżą kompozycję tylko jego, tylko dla tej chwili.
Elżbieta stanęła za nim nieruchomo. W blasku lamp można było zauważyć, że jej policzki spływają łzami, lecz na ustach miała szeroki uśmiech. Marek, oparty o framugę drzwi, słuchał z pochyloną głową, trzymając w palcach starannie złożony rysunek z dużym, niezdarnym podpisem: “MOJE SKRZYDŁA”.
Wtedy, gdy ostatni akord zawisł w powietrzu, Ignaś odwrócił się i zapytał: Mamo, czy moje skrzydła już rosną?
Elżbieta padła na kolana, obejmując syna tak, że przestała czuć ciężar jego garbika. Tak, kochanie. One już są właśnie otwierają się, a twoja muzyka nosi je coraz wyżej.
I przez ułamek sekundy może to był cień, a może gra światła oboje mieli pewność, że na jego plecach zamigotał zarys skrzydeł. Tak, innych niż wszystkie, lecz prawdziwych bo zrobionych z czułości, akceptacji i dźwięków, które już na zawsze miały nieść Ignasia wysoko ponad ziemię.


