Dzieci przestały mnie zapraszać do wnuczki, wynajmują po cichu nianię, by uniknąć ze mną kontaktu.
Własna córka nie chce ze mną rozmawiać. Nawet nie odbiera telefonu. Uważa, że to ja doprowadziłam ich małżeństwo do rozwodu. Choć nie jestem winna, sama prosiła o pomoc.
Kasia wyszła za mąż, mając zaledwie osiem lat. Poznała Marcina, gdy ten wrócił z wojska. Zakochali się bez pamięci. Rzuciła studia i potoczyła się po równi pochyłej, moich rad nawet nie chciała słuchać. Zięcia musiałam przygarnąć pod swój dach, by nie musieli wynajmować mieszkania. Na początku było dobrze, przez jakiś czas po ślubie żyliśmy w zgodzie. Potem córka zaszła w ciążę i zaczęła się czepiać, że gotuję, gdy jej niedobrze. Nalegałam, by się wyprowadzili.
Z teściami umówiliśmy się, że dołożymy się do mieszkania dla młodych, bo wiedzieliśmy, że sami nie dadzą rady. Próbowałam dodzwonić się do ojca córki, myślałam, że pomoże w rozwiązaniu kwestii mieszkaniowej. A on odparł, że alimenty zapłacił i nic więcej nam się nie należy.
Gdy Kasia urodziła, bardzo jej pomagałam. Spędzałam z wnuczką każdą wolną chwilę, by młoda mama mogła odpocząć i się wyspać. Wkrótce córka zaczęła symulować, wymyślała różne dolegliwości, by zrzucić na mnie obowiązki rodzicielskie.
Często wysyłałam ich na randki, do kina czy restauracji, nawet na dziesięciodniowy urlop we dwoje. Lubiłam zajmować się wnuczką, więc nie było to dla mnie problemem. Owszem, strasznie się męczyłam, ale cóż się nie robi dla szczęścia dziecka?
Gdy wrócili z wyjazdu, zaproponowałam zięciowi remont. W końcu tylko wylegiwał się po pracy, choć miał luźny grafik. Przywiozłam im materiały budowlane i zabrałam wnuczkę do siebie na dwa tygodnie. Wysłałam nawet ekipę remontową, by Marcin się nie przemęczał. Wtedy posypały się na mnie oskarżenia. Podobno nie podobało mu się, że rozkazuję. A co miałam robić, skoro od niego nie było inicjatywy?
Po remoncie nasze kontakty zupełnie się urwały. Dzieci przestały mnie wołać do wnuczki, zatrudnili nianię w tajemnicy, by mnie unikać. Byłam oczywiście urażona, ale na swój jubileusz zaprosiłam całą rodzinę. Córka przyszła tylko z wnuczką. Zięć nawet nie zadzwonił z życzeniami. Zrobiło mi się tak przykro… Przecież im pomagałam, za remont zapłaciłam… Czy zasłużyłam na takie traktowanie?
Zięć nakrzyczał na mnie, że mam dość jego rozkazów. Że to on jest panem w swoim domu i nie chce mnie tam widzieć.
Nie wiem, może rzeczywiście przesadziłam z pomocą, ale chciałam dobrze. Teraz córka ciągle kłóci się z mezem i obwinia o to mnie. Płacze przez telefon, zarzuca mi różne rzeczy. Okazuje się, że Marcin już mówi o rozwodzie. Nie widuję wnuczki, nawet głosu jej nie słyszę.
Żyłam dla nich… Co mam teraz zrobić? Dlaczego mnie tak nienawidzą?



