Dziadka już nie ma
Ledwo wróciłam z kolejnej delegacji, jeszcze nie zdążyłam nawet się przebrać czy rozpakować walizki, gdy zadzwoniła mama.
Głos mamy, Haliny Górskiej, był niespokojny, ale przez zmęczenie nie zwróciłam na to większej uwagi.
Jagódko, kochanie, jesteś już w domu?
Cześć, mamo. Tak, dotarłam, wreszcie. Właśnie przekręciłam klucz w zamku. A co się stało, że dzwonisz?
To dobrze… Dobrze, że już jesteś.
Od razu poczułam, że mama chce mi coś ważnego powiedzieć, tylko nie umie się do tego zabrać. Może nie wiedziała, jak zacząć, a może z jakiegoś innego powodu zwlekała.
“Pewnie znowu zebrała ploteczki z całego osiedla i zaraz będzie się paliła, by mi je opowiedzieć” pomyślałam z przekąsem, bo nie miałam dziś do tego głowy. Najbardziej na świecie chciałam rzucić się na łóżko i zwyczajnie zasnąć, bo noc w pociągu była nie do wytrzymania. W sąsiednim przedziale jechała czwórka chłopaków, co całym wieczorem pili bez umiaru, a po północy urządzili koncert gitarowy.
Nawet znaną wszystkim piosenkę o “Jagience” śpiewali, aż ściany drżały:
“Szła dzieweczka do laseczka
Do zielonego, do świeżego…”
Gdybym była w dobrym humorze, może nawet bym się zaśmiała. Ale wtedy marzyłam, żeby struny w ich gitarze w końcu pękły. Niestety, nie pękły.
Mamo, ja naprawdę muszę się chwilę zregenerować po drodze, ogarnąć się i potem zadzwonię, dobrze?
Obawiam się, że nie dasz rady…
Nie rozumiem… Co masz na myśli?
Nie dasz rady odpocząć.
Przecież byłam w delegacji, chyba mam prawo do chwili dla siebie. Nikogo nie zapraszam, mnie też nikt nie oczekuje. Chyba że czegoś nie wiem? Mam nadzieję, że nie zamierzasz mnie odwiedzić bez zapowiedzi?
Jagódko… dziadka już nie ma…
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Zacisnęłam mocno telefon przy uchu i wolno osunęłam się na kanapę. Tego się nie spodziewałam.
Zadzwoniła dziś rano jego sąsiadka, pani Maria Sławińska. Przyniosła mu mleko, a Józef Górski… leżał, jakby chciał wstać, trzymał się za serce i już nie żył. Pewnie leżał tak całą noc… Musisz jechać na wieś, Jagódko. Trzeba pożegnać dziadka. Sąsiedzi na pewno pomogą. Jagoda, jesteś tam?
Byłam tak oszołomiona, że ledwo zdołałam wydukać Mhm.
Maria Sławińska dzwoniła do reszty rodziny, ale nikt nie przyjedzie na pogrzeb. Powiedzieli, że jakby im coś zapisał w testamencie, to może by przyjechali, a tak nie ma sensu tracić czasu i pieniędzy… Sam dom po dziadku nikomu niepotrzebny od lat. Westchnęła mama. Ja też właściwie nie mam ochoty jechać, zwłaszcza że sam mi kiedyś powiedział, żebym się już więcej nie pokazywała w jego progu. I na pogrzebie również. Obiecałam, trzymałam się tego… Wszystko w twoich rękach, córeczko. Pomożesz pożegnać go w ostatniej drodze?
Zamilkła. Ja też. Patrzyłam tępym wzrokiem na szafkę, na której leżał list od dziadka ostatni, wysłany jeszcze miesiąc temu. Nie doczekałam się go, bo byłam wtedy właśnie w delegacji. To już była moja trzecia taka podróż służbowa w pół roku i sama nie wiedziałam, czy nie ostatnia. Firma otworzyła nowy oddział w innym mieście raz we Wrocławiu, raz w Gdańsku do wszystkiego wysyłają tylko mnie, bo reszta współpracowników ma dzieci, kłopoty zdrowotne lub rodzinne sprawy… Tylko ja jestem zawsze “dyspozycyjna”.
Jagódko mama znów zabrzmiała w telefonie. Nie chcę, żeby ludzie pomyśleli, że zupełnie zapomniałyśmy o dziadku. Był trudnym człowiekiem, ale jednak człowiekiem. A i z tobą miał dobre stosunki. Co odpowiedzieć Marii Sławińskiej? Pojedziesz?
Tak, mamo. Pojadę. Tylko…
Wstałam, podeszłam do szafki, wzięłam do ręki list od dziadka i położyłam go z powrotem.
Nie rozumiem, jak to się stało? Przecież dziadek czuł się dobrze. W Nowy Rok wyglądał świetnie, nie narzekał na zdrowie…
Jagoda, skąd mam wiedzieć… Wieku się nie oszuka, wielu facetów ledwo do emerytury dociąga, a twój dziadek już był po osiemdziesiątce. Trzeba się cieszyć, że pożył tyle, ile dał radę. Niech mu ziemia lekką będzie.
Byłam w szoku. Kochałam dziadka bardzo i przez ostatnie lata to właściwie tylko ja z nim utrzymywałam kontakt. Ani rodzina Józefa, ani mama się do niego nie odzywali. Mama od lat miała z nim uraz to po śmierci taty, jej męża, do siebie nie mieli już żalu, tylko nienawiść.
Dziadek nigdy nie mógł przebaczyć mamie odejścia ojca, oskarżał ją, że tak go “zajechała”, że mój tata, Marek, nie przeżył nawet pięćdziesiątki i odszedł przedwcześnie.
Mama rzeczywiście namówiła tatę, żeby rzucił szkołę i jeździł na kontrakty. Twierdziła, że trzeba wyremontować mieszkanie, kupić działkę, a poza tym chciała po prostu bardziej komfortowego życia. Tata był nauczycielem z zawodu, ale po latach pracy w szkole zaczął ciągłe wyjazdy i choć wracał z prezentami i pieniędzmi, w końcu nie wrócił już nigdy. Serce pękło ze zmęczenia.
Jak dziadek płakał na pogrzebie… Wszyscy dzielili z nim jego ból, potykając się w duszy o tę straszną prawdę, że rodzice nie powinni chować własnych dzieci.
Od tamtego czasu relacje pomiędzy nimi były całkiem urwane.
A ja jako wnuczka regularnie przyjeżdżałam do dziadka na wieś, pisałam do niego listy bo żadnych nowoczesnych telefonów czy komputerów nie uznawał. Dla znajomych wydawało się to dziwne, odosobnione. Dziadek był dla wielu starym dziwakiem. Samotnym, po stracie żony i syna.
Zwłaszcza na koniec życia pogłębił się jego dziwaczność. Nawet Maria Sławińska, dotąd mu życzliwa, zaczęła powątpiewać, gdy dziadek regularnie rozmawiał… z kotem. A kota nikt na oczy nie widział.
Po rozmowie z mamą długo patrzyłam w jeden punkt, a potem po prostu się rozpłakałam.
Tak bardzo chciałam przyjechać do dziadka tego lata, ale znowu pracodawca zmusił mnie zmieniać plany. Ciągle delegacje, ciągle nowe zadania, premia większa i owszem, ale cudzej wdzięczności nie było. Gdzieś w środku poczułam złość, że jestem traktowana jak maszyna, a nie człowiek z własnym życiem.
*****
Na cmentarzu wszystko odbyło się po staremu: po chwili ciszy, po tym jak w wiekuistą katolicką modlitwę wbił się dźwięk ostatniego gwoździa przybijanego do wieka trumny, mężczyźni opuszczali ją delikatnie na dno grobu.
Każdy rzucił grudę ziemi i już tylko kwiaty i świeża mogiła. To już koniec? nie mogłam w to uwierzyć. Był dziadek i nie ma go…
Jeszcze zostanie stypa, na której będzie dużo wódki i toastów za pamięć zmarłego. Ale właśnie dzięki tym wspomnieniom i rozmowom Józef Górski będzie żył dalej, choć już nie wśród nas, a w naszych wspomnieniach.
Po wszystkim ludzie się rozeszli. Zostałam zupełnie sama.
Nie zdążyłam… Nie zobaczyłam go przed śmiercią… szeptałam, przytłoczona żalem.
Żeby pozbyć się natrętnych myśli, zaczęłam sprzątać. Otworzyłam na oścież okna, zmyłam stare deski podłogowe, starłam kurz, zmiotłam pajęczyny, resztki jedzenia wstawiłam do lodówki.
Dom dziadka był skromny, lecz miał w sobie niesamowite ciepełko. Rozejrzałam się po podwórku. Ogród uporządkowany, ale pusty pewnie dziadek już czuł, że odchodzi, bo nic nie zdążył posiać. Sady pełne kwiatów, porzeczka, malina. Dziadek zawsze dbał, by ziemia nie leżała odłogiem.
Ciekawe, kto się teraz tym zajmie? westchnęłam ciężko.
Usiadłam na ławce pod jabłonią i zadzwoniłam do mamy, opowiadając, że pożegnałam dziadka po ludzku.
Dobrze zrobiłaś, Jagódko. Był, jaki był, ale człowiek.
Ale normalny był, mamo. Tylko życie go pokiereszowało. Nie złość się już na niego…
Nie gniewam się, córeczko… A kiedy wracasz do siebie? Dziwnie tam samej siedzieć, co? Może nocujesz do jutra?
Nie, nie dziś, nie jutro. Wzięłam kilka dni wolnego, chcę tu zostać do dziewiątego, odpocząć od zgiełku miasta. Może ty byś przyjechała?
Jagoda, gdzie mi się po wsiach tułać… Poza tym sezon działkowy w pełni. I tak już nie zdążę. Poza tym siebie znasz jak nie mam co powiedzieć, zaraz mi się coś przypomni… Dobra, kochanie, zaczyna mi się serial. Dzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała.
Uśmiechnęłam się do siebie. Mama jak zawsze w swoim stylu.
Zrobiłam sobie herbatę z liści porzeczki, mięty i melisy z szafki dziadka i próbowałam pójść spać.
Przed snem jeszcze raz sięgnęłam po ostatni list od dziadka, bo trochę mi nie dawał spokoju.
Tym razem nie pisał o sobie, tylko o jakimś kocie.
Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek miał kota. Do zwierząt nigdy nie miał serca.
Przeczytałam ponownie.
Wyobraź sobie, wnuczko, Czarnuś mleczko uwielbia! Powiadają ludzie, że dorosłym kotom mleko szkodzi, ale Czarnuś wypił wczoraj pół słoika! Będę musiał znów prosić Marię, by przyniosła. Pewnie się zdziwi, bo zwykle starczało mi mleka na tydzień. A Czarnuś głodny. Lodówka prawie pusta… Ale wciąż się mnie boi. Ledwo raz przemknie koło stodoły i już go nie ma. Ile razy szukałem go w dzień i w noc z latarką, nie widzę go, tylko czuję na sobie jego koci wzrok. Może jak przyjedziesz, uda ci się go złapać. Bardzo bym chciał.
Wszystko to brzmiało dziwnie. Przez trzy dni nie wypatrzyłam żadnego kota. A przecież powinnam go była zobaczyć…
Chociaż… taki nieokreślony koci wzrok czułam raz czy dwa na przeciwległej ścianie pokoju.
Trzeba będzie zapytać Marię Sławińską, czy widziała tego Czarnusia…
*****
Obudziłam się o świcie. Słoneczne promienie wdzierały się zza firanek, na podwórku świergotały wróble, za płotem pieły koguty.
Zrobiłam sobie kawę, otworzyłam okno i wsłuchałam się w dobrze znane z dzieciństwa wiejskie dźwięki. Wspominałam, jak z dziadkiem robiliśmy budki dla ptaków, chodziliśmy na grzyby i jak tęskniłam za tym spokojem…
Zaglądam do Marii Sławińskiej.
O jakim kocie mówimy? dziwi się.
Nie wiem… W liście dziadek sporo o nim pisał. Czarnuś, podobno.
A to już rozumiem. Miesiąc temu dziadek gadał z kimś na podwórku. Zerknęłam przez płot sam się kręcił, kota nie było. I codziennie tak samo rozmawia z powietrzem, a nikt nie widzi kota. Inni też to słyszeli, plotkowały babki na ławkach… Kotów czarnych u nas żaden nie zaginął, a i nikt nawet takiego nie miał. Chyba… nie do końca mu się już wszystko układało w głowie…
Nie wiem… Mam wrażenie, że z dziadkiem było wszystko w porządku. Po prostu może coś przeoczyłyśmy, a może rzeczywiście kot był tak dziki, że nikt go nie wypatrzył.
Rozmawiając, wróciłam do ogrodu i zaczęłam porządki.
Ale w głowie ciągle krążyło pytanie: Był kot, czy go nie było?
A tymczasem z ukrycia, spod sterty drewna, bacznie mi się przyglądała para czarnych oczu…
Czarnuś już od dawna przyglądał się zimnej, smutnej dziewczynie z miasta, tak podobnej do starszego pana, który przez ostatni miesiąc dzielił się z nim mlekiem i kotletami.
Czarnuś unikał ludzi z powodu złych doświadczeń bo dzieci nieraz go przepędzały, a dorośli rzucali czym popadnie.
U dziadka znalazł dobre serce. Uwielbiał słuchać jego ciepłego, spokojnego głosu.
Ale dalej się bał i nie śmiał wychodzić nie zdążył i w końcu dziadek odszedł.
W dniu pogrzebu w powietrzu wisiał smutek, a Czarnuś cały dzień nie odchodził od domu, jakby czuł stratę. Nocą siedział na schodku i cicho popiskiwał…
Teraz patrzył na mnie. Przez kilka dni unikałam go, ale na dziewiąty dzień zgodnie z naszymi tradycjami ogarniałam dom, gdy nagle odwróciłam się i kątem oka zobaczyłam czarny cień.
Aha, więc jesteś, Czarnuś! ucieszyłam się. Jednak dziadek nie zwariował.
Ale tylko zrobiłam krok w jego stronę, zniknął.
No chodź, nie bój się, za chwilę muszę już wracać do Warszawy, a nawet się nie przywitaliśmy…
Rozmowę usłyszała Maria Sławińska, niosąc mi pierogi na drogę. Stanęła jak wryta, słysząc moją rozmowę z nikim. Przez płot kota nie zobaczyła, tylko mnie.
Biedna dziewczyna… Pewnie jej się już udzieliło… pomyślała i czym prędzej pobiegła do siebie, zapominając nawet o pierogach.
Po południu niebo się ściemniło, przytłaczający spokój przełamywało tylko gdakanie kur i cichy grzmot. Zaraz miała nadciągnąć burza.
Pogoda się psuje, trzeba zamknąć okna mruknęłam pod nosem. Tylko wyszłam, już spadły pierwsze krople.
Wołałam Czarnusia, by schował się w domu, ale nie pojawił się.
Był wtedy w swojej kryjówce za stodołą i przerażony słuchał, jak burza narasta. Burzy bał się jeszcze bardziej niż ludzi…
*****
Deszcz dudnił po dachu całą noc. Grzmoty wprawiały szyby w drżenie, a błyskawice jedna po drugiej rozjaśniały starą izbę. Nie mogłam zasnąć.
W pewnej chwili zaraz za oknem coś jasnego rozbłysło. Nim zdążyłam się przerazić, usłyszałam charakterystyczny koci miauk. Mokry, trzęsący się ze strachu Czarnuś wpadł przez uchylone okno wprost do pokoju, schował się pod łóżkiem i nie wychodził.
Trudno mi było go wyciągnąć, ale kiedy już się przemógł, wysuszyłam go ręcznikiem i położyłam przy sobie.
Tuliliśmy się do siebie wśród grzmotów i błyskawic. I nagle burza przestała być taka straszna.
*****
Obudziłam się, gdy Czarnuś próbował otworzyć okno. Dawno świtało.
I co, przyjacielu, chcesz już iść? Ale najpierw śniadanie uśmiechnęłam się.
Usiadł na parapecie, zerknął na mnie jakby przepraszając za wczorajszą panikę.
Miau… zamiauczał, prosząc łapą o wyjście.
Bez śniadania nie wypuszczę. A potem zadecydujesz, czy zostajesz tutaj, czy jedziesz ze mną do miasta. Myślę, że dziadek by sobie tego życzył, a ja… nawet bardzo bym tego chciała. Ale wybór należy do ciebie, Czarnuś.
Nakarmiłam go, wypuściłam na dwór i zaczęłam się pakować. Kiedy pojawiłam się z walizką na ganku, już na mnie czekał. Otarł mi się o nogi i spojrzał w oczy z taką ufnością, jakby chciał powiedzieć: “Jadę z tobą”.
I dobrze, Czarnuś szepnęłam. Wiedziałam, że tak postąpisz.
Oddając Marii Sławińskiej klucze od domu i biorąc od niej torebkę z pierogami na drogę, usłyszałam:
Ten kot? To ten słynny Czarnuś?
Tak, ten sam potwierdziłam. Sami widzieliście, dziadek nie zwariował. Po prostu trafił na zranione zwierzę.
Zadzwonisz czasem? Przyjedziesz?
Tak, z pewnością wrócimy z Czarnusiem.
Gdy siedziałam już w autobusie i patrzyłam na niebo, przez krótki moment wydało mi się, że w jednym z obłoków widzę twarz dziadka uśmiechniętą, dobrą, prawie mrugającą do mnie. Nawet Czarnuś wyjrzał przez szybę, wpatrzony w to samo miejsce.
Autobus ruszył, a obłok zniknął. I nawet jeśli tylko mi się wydawało, nie miało to już znaczenia.
Wiedziałam jedno dziadek nie odszedł całkiem. Został w naszej pamięci i w naszych sercach. I gdziekolwiek jest, na pewno cieszy się, że z Czarnusiem odnaleźliśmy siebie.


