Dymek, Dymek, wstawaj, Maja znowu płacze! zawołał mały Saszek, ciągnąc za rękaw koszulki. Dymek nie mógł otworzyć oczu sen był tak głęboki, że jedyne, co chciał, to wykrzyczeć na brata, a potem schować głowę pod poduszkę i zanurzyć się w ciepłą ciemność. I to bez snów, bo w nocy znowu przyśnił się mu tata, który usiadł na podwórku babci, pogłaskał po głowie i zapytał:
Jak tam, synku? Ciężko? Przepraszam, że tak Nie chciałem Maja znowu płacze Ty, to
Dymek wyłonił się z półsnu i ledwo nie spadł z łóżka. Głośny płacz Mai rozbudził go ostatecznie. Saszek siedział na swojej kołdrze i obserwował, jak starszy brat wyrywa się z poduszek.
Już od dawna krzyczysz? pogładził Dymek niesforne, nieogolone włosy i podszedł do łóżeczka siostry. Ty jesteś moja gwiazda! Co tak ryczyś? Mamy jeszcze nie ma mamy. Ona przyjdzie dopiero rano. Chodź tutaj!
Maja była już blada od krzyku. Dymek zręcznie wyciągnął ją z łóżeczka, skinął do Saszka, który już trzymał czystą pieluszkę i przycisnął dziecko do siebie.
Ojej, pachniesz jak cukierek! Do dzieła! Krzyczysz, ale trochę ciszej, co? Sąsiedzi jeszcze nie słyszeli? Zaraz wszystko załatwię, poczekaj chwilę.
Mała dziewczynka, słysząc znajomy głos, nieco ucichła, a po kilku minutach energicznie wypiła mieszankę z butelki, którą przygotował brat.
Łakomczuch! dotknął czoła Mai ustami, gestem, który mówił sam za siebie to nie pierwszy raz, więc termometr nie był potrzebny. Nie mogła poczekać na mamę? Dobrze, że nie. Mama przyjdzie zmęczona, a my tu jeszcze. Jedz dalej, a później pogadamy. Saszu! zerknął na brata i uśmiechnął się. No i nasz mistrz! Już śpi! Nie jak my z tobą, prawda, Majo?
Maja, półroczna, popijała jeszcze raz i wypluła smoczek. Dymek delikatnie, by nie wywołać kolejnego krzyku, położył siostrę na ramię i szedł po pokoju, pogłaszczając ją po plecuchu.
Brawo! Teraz możesz wrócić do łóżeczka! ułożył ją ostrożnie i zerknął na zegar.
Czy iść spać? Zostało niecałą godzinę do pobudki, a w szkole miał piątkę z biologii i dwójkę z fizyki. Sam winien, że w lekcji nie słuchał pani fizyki, bo grał w Morska bitwa z Walerkiem. Musi nadrobić ostatnie paragrafy, bo za dwa tygodnie rodzice będą mieli spotkanie i nie chce, żeby mama się wstydziła.
Dmytro! To nie w porządku! Zawsze spóźniasz się! Jeszcze raz i będziesz w gabinecie dyrektora! krzyczała pani nauczycielka. Nie da się jej wytłumaczyć, że spóźnienia to nie jego wina, a fakt, że mama czasem zostaje dłużej w pracy. Dlatego Dymek zostaje z Mają, a potem pędzi, by odwieźć Saszka do przedszkola. Nie można zostawiać dzieci same w domu to zakazane, bo mama miałaby kłopoty. Gdyby ojca nie było, wszystko byłoby prostsze.
Babcia Halina nie chciała, by o tym myśleć. Nie wiedział, co wywołuje kłótnie z mamą, ale wiedział, że babcia zawsze krzyczała i nie krępowała się w wyzwiskach. Po pogrzebie przyjechała, czekając, aż matka wypuści dzieci z pokoju, i rzuciła na Maję zarzuty:
To twoja wina! Narodziłaś całą gromadkę jak królik, a co miał zrobić? Trzeba było pracować! Co z sercem wytrzyma taką cierpliwość? Nie masz sumienia! To twoja wina, że nie ma już mojego syna! Ty!
Dymek nie wytrzymał. Wyskoczył z pokoju, nie zwracając uwagi na płaczącą matkę, i rzucił się na babcię:
Nie mów tak! Nie obrażaj mamy! Tata nas kochał! Maja, Saszek oni też! To nie matka podważał! Nie ma pomocy, a ty tylko krzyczysz! Dlaczego przychodzisz? Nie mieszkamy już z tobą! Nie wracaj!
Babcia spojrzała na niego surowym wzrokiem, otwierając i zamykając usta, po czym w końcu rzekła:
Jeszcze za mały, żeby podnosić głos
Teraz już nikt nie stanie w obronie mamy. Ja jej nie dam się obrazić, rozumiesz? dodał Dymek, nie rozumiejąc, dokąd patrzy babcia. Patrzyła na matkę, lekko smutna, po czym wzruszyła ramionami i odeszła. Dymek czasem widział ją w mieście, udawał, że jej nie zna, a ona zawsze, gdy go zobaczyła, patrzyła i odchodziła, nie odzywając się.
W domu kolejny alarm zadzwonił, więc Dymek wyłączył go. Nadszedł czas do szkoły, a Saszek miał iść do przedszkola. Mama Zofia wpadła do kuchni w pośpiechu, zrzucając na siebie stary płaszcz.
Dzień dobry, mój rycerzu! przytuliła Dymka, obejmując policzki.
Dzień dobry, moja królowo! odpowiedział, pamiętając ich sekretne powitanie od czasów, gdy znalazł w bibliotece powieści Waltera Scotta.
Co słychać? zapytała.
Maja znowu nocą krzyczała. Dałem jej butelkę i nałożyłem żel na dziąsła. Uspokoiła się.
Nowy ząbek?
Jeszcze nie, ale dziąsło już boli. Nie ma gorączki.
Dobra. DymDym, co bym bez ciebie zrobiła?
Mamo wczoraj znowu widziałem babcię.
Zofia zatrzymała się, trzymając dłoń przy brodzie.
Co mówiła? Rozmawialiście?
Nie. Stała przy wejściu i patrzyła w okna. Jak podszedłem, odwróciła się i odeszła.
To… trudna kobieta, ale to nasza babcia. Nie gniewaj się na nią, dobrze? szepnęła, dotykając podbródka Dymka. Niektórzy ludzie myślą, że wiedzą lepiej, bo mają lat więcej. Nie zawsze tak jest, bo młodzi muszą popełniać własne błędy.
To nie ma sensu! westchnął Dymek, patrząc na matkę.
Dokładnie! zgodziła się Zofia, uśmiechając się. Czas leci, a on już w siedem klasie. Przypomniała sobie, że jeszcze trochę rośnie i coraz bardziej rozumie świat.
Spojrzała na syna i dodała:
Jeśli jeszcze spotkasz babcię, nie kłóć się. Posłuchaj, a potem zdecyduj, co zrobić. A więc zapomnij, co dziś słyszałeś. Kiedy przychodzi żal, człowiek się zmienia, mówi rzeczy, których później wstyd się przyznać. To nie zło, to ból po stracie.
Dymek nie do końca pojął, co mama miała na myśli, ale odczuł, że jest wyjątkowo dobra. Spojrzał na zegar i podskoczył:
O cholera! Znowu się spóźnię! Nauczycielka już czeka!
Idź do drugiej klasy! chwyciła Zofia go za starą koszulkę i posadziła przy stole. Nie jadłeś śniadania!
Nie miałem czasu, mamo!
Nic nie szkodzi. Szkoła nie ucieknie. Trochę się poćwicz, a potem poczujesz się lepiej.
Zofia podsunęła mu kanapki i wyszła, aby obudzić Saszka. Po półgodziny Dymek biegł już do szkoły, trzymając za rękę podskakującego brata.
Dymek, Dymek, pograsz ze mną wieczorem?
Oczywiście.
Nauczysz mnie rysować motocykl?
Nauczę.
A samochodzik?
Także.
Słuchaj
Saszu! Nauczę cię wszystkiego, ale teraz zamknij buzię, bo na dworze mróz i chodź szybciej, dobra?
OK!
Saszek był zachwycony, że będzie miał starszego brata cały wieczór, więc Dymek milczał, rzucając od czasu do czasu spojrzenie na brata, który teraz wydawał się poważny.
Dymek, Dymek, jesteś zły?
Nie. Skąd wziąłeś taki pomysł?
Nie wiem. Mówisz tak cicho, a oczy masz jak dwa czarne krążki.
Po prostu zamyślony! No dalej, biegnij i nie kombinuj, rozumiem? Nie powiem mamie. Sam ogarnę.
Czy położysz mnie w kącie? zapytał Saszek, a Dymek wskazał palcem.
Nie będę cię uczyć rysować samochodzik!
Nie, nie! odparł Saszek. Dym, naprawdę będę się zachowywać, jeśli Nataszka nie wyleje wody na moje łóżko. Potem razem narysujemy samochodzik, OK?
Dziewczyn nie wolno obrażać.
Nataszka to nie dziewczyna! To drań!
I tak nie wolno. Nie wiemy, jaką Maję wyhodujemy. Może też będzie drań i chłopakom będzie wkoło?
Będziemy bić? zapytał Saszek, unosząc brwi.
Kogo? nie zrozumiał Dymek.
Nie Maję! odparł. Chłopaków!
Ach! To już kwestia sytuacji. Lepiej unikać pięści. Tata mówił, że walczą tylko ci, co nie mają rozumu.
Dymek podciągnął bluzę, podrzucił koszulę na nią i wypchnął brata w drzwi klasy.
No dalej! Będę cię wieczorem odwiedzał!
A dlaczego nie mama?
Mama dziś wyjdzie wcześniej do pracy. Zbliżają się święta, w sklepie jest pełno roboty.
Rozumiem! skinął Saszek, pamiętając, że ich matka pracuje w wielkim, całodobowym marketcie. Raz razem szli po zakupy, a Saszek bał się zgubić, więc trzymał mocno brata za rękę. Maja jeszcze nie było, a tata był żywy Wspomnienie o tacie sprawiało, że Saszek się mrużył, szukając Nataszki.
W tym momencie Valentina Mikołajewna, dyrektorka, wypowiedziała swoje uwagi, a Dymek został wezwany do jej gabinetu. Siedział w milczeniu, kiedy pani Valentina wyliczała wszystkie jego wyczyny, prawdziwe i wymyślone. Najwięcej ich było wymyślonych, ale Dymek nie chciał dyskutować.
Bardzo trudny chłopiec! Musimy coś zrobić, inaczej skończy się w PIP albo coś podobnego, a nam będzie przykro. powiedziała pani Marina Siergiejewna, patrząc na Dymka z nieco zaintrygowaną miną. Po rozmowie z Valentiną zaprosiła go na herbatę.
Chcesz herbaty?
Dymek spojrzał na nią jak na kosmitę, po czym skinął.
Lubię Ptasie mleczko?
Tak, proszę. podała mu pudełko cukierków.
Spóźniasz się nie dlatego, że chcesz? dopytała.
Nie.
Pomagasz mamie?
Tak.
Maja jest mała, więc ciężko jej samemu. A ty już dosyć dorosły.
Nie tylko dorosły, Dymku. Jesteś już… mężczyzną! To mnie cieszy. Nie będziesz już tak spóźniony, obiecuję. Twoja mama będzie z ciebie dumna. Nie będę cię dziś karcić, ale proszę, przychodź na czas. A co do pani Mikołajewnej, nie martw się pogadam z nią. Nie wydajesz się kandydatem do jakiegoś równania czy kłopotów. Zgadzasz się?
Dymek skinął, jedząc cukierka. Jego ojciec zawsze mówił, że jeśli nie wiesz co powiedzieć, lepiej milczeć.
Głodny? zapytała pani Marina.
Nie, już jedliśmy. odparł automatycznie, potem dodał: Mama nas nakarmiła przed wyjściem, mówiła, że jestem chudy.
W twoim wieku to normalne. Leć jak wiatr, a ja chciałabym trochę twojej energii. zaśmiała się pani Marina.
Po rozmowie szkolni koledzy zasypali Dymka pytaniami, ale on jedynie wzruszył ramieniem i wrócił do swojego stolika w korytarzu, wyciągając podręcznik fizyki. Nie zdążył jeszcze przeczytać rozdziału, więc może teraz się uda? W końcu dostał piątkę, a nauczycielka fizyki pochwaliła go:
Dymku, nie martw się! Widać, że się uczyłeś.
Po powrocie do domu pomógł mamie sprzątać, a po wyprowadzce Mai usiadł przy lekcjach. Saszek nie zostawał mu w drodze, więc wieczorem rysowali razem samochodziki i wszystko inne. Pogoda była ponura, więc nie było co się obawiać, że Walerian odmówi wspólnego grania na podwórku. Mama Zofia miała dziś gorące dni w marketcie przedświąteczny ruch był ogromny, ale jej przyjaciółka, ciocia Ania, pomogła jej w nowej pracy.
Rano Mamusia ubrała Maję i poszła do pracy. Saszek, zadowolony, rysował kredkami w albumie, a Dymek skończył biologię i chciał przejść do matematyki, gdy nagle poczuł dziwny zapach. Biegł do kuchni, ale kuchenka była wyłączona, a zapach stał się coraz intensywniejszy. Zorientował się, że coś jest nie tak, i pobiegł do pokoju Majki, ale się cofnął.
Saszu, ubieraj się szybko! zawołał.
Szybko włózł bratu ciepłe spodnie i kurtkę, a potem chwycił dokumenty mamy, które zawsze trzymał w specjalnym miejscu. Wziął też ciepły śpiosiowy kombinezon Mai.
Szybko na zewnątrz! rozkazał, wyciągając Maię z łóżeczka.
Winda w bloku zamykała drzDymek, trzymając Maję pod pachą, wbiegł w płonący korytarz, a w drzwiach już czekała Zofia, która z ulgą przywitała ich i razem wybiegli na bezpieczne podwórko, gdzie czekali strażacy.



