Dwóch facetów na karku, czyli jak z mojej kawalerki zrobiłam darmowy hotel dla męża, jego brata i ich koleżanek – a potem odzyskałam własne życie

Dwóch facetów na karku

No i co, wybieraj: ja albo twój brat i ten wasz harem dziewczyn! Chyba ci się coś pomyliło. Najpierw całą rodzinę zwaliłeś na moją głowę, a teraz jeszcze jakieś obce panny? Naprawdę masz tupet, Mikołaj!

Justyna stała pośrodku sypialni, cała roztrzęsiona. W wyciągniętej ręce ściskała dowód rzeczowy cudzą rajstopę. Ledwie minutę temu wyciągnęła ją spod łóżka i bez wątpliwości stwierdziła: to na pewno nie jej.

Tymczasem Mikołaj zamiast przeprosić czy chociaż udawać skruchę, zrobił minę, jakby to ona, Justyna, przyprowadziła do domu jakiegoś obcego faceta. Kręcił się z nogi na nogę i coraz częściej zerkał nerwowo na korytarz.

Daj spokój, Juśka, nie rób dramy z byle czego warknął niezadowolony Mikołaj. To nasz gość. Mój brat, twój szwagier, jeśli zapomniałaś. Raz dziewczynę sprowadził, wielka mi afera. Co, żal ci?

Justynie nie było żal. Czuła coś zupełnie innego zimny, lepki wstręt. Jakby w ukochanych szpilkach wlazła w wielką kałużę błota.

Patrzyła, jak Mikołaj przebiera oczami, jak szuka wsparcia u Bartka, który zresztą od pół roku okupował ich mieszkanie na najwyższym poziomie. Bartek nawet nie raczył ruszyć palcem.

To jest moje mieszkanie i nie życzę sobie tu obcych wycedziła Justyna, ledwo powstrzymując złość. I twojego brata przy okazji też nie. Kup sobie własne i niech tam mieszka nawet słoń. A moje niech mi natychmiast opuszczą.

Teraz to Mikołaj się zdziwił. Chociaż Justyna uważała, że akurat nie miał ku temu powodów to był tylko logiczny finał tej opery.

O matko, Miki, chodźmy już stąd przeciągle zawołał Bartek z salonu. Znajdziemy sobie kawalerkę, gdzie nie będzie marudzenia. Z babą jak z furą: jak spadnie, to lżej.

Mikołaj, jakby dostał hasło do ataku, teatralnie rzucił się do szafy, wyciągnął sportową torbę i zaczął na siłę pakować ciuchy: t-shirty z dżinsami, ładowarki, bielizna.

Pożałujesz tego, Justyna burknął, nawet na nią nie patrząc. Komu ty jeszcze będziesz potrzebna poza mną…

Gdy wychodzili, trzasnęli drzwiami tak, że aż kryształy w kredensie zadzwoniły.

Justyna została sama, w nagle nieznośnej ciszy. Usiadła na łóżku, wciąż ściskała w ręce tę przeklętą rajstopę. Jak do tego doszło? W którym momencie jej przytulna dwupokojowa kawalerka odziedziczona po babci przeistoczyła się w noclegownię?

Justyna poznała Mikołaja dwa lata temu. Byli jak ogień i woda: ona cicha, trochę nieśmiała, z trudem nawiązująca relacje. On wulkan energii, rozgadany, zawsze w biegu. Oboje studiowali, ale Mikołaj już dorabiał jako kierowca Bolta i umiał zaimponować: przynosił czekoladki, recytował wiersze (czasem swoje, czasem cudze), czasem brał ją nawet do restauracji. Dla Justyny, prymuski i cichej myszki, to była prawdziwa romantyka!

A propozycja wspólnego mieszkania padła zaskakująco szybko już po kilku miesiącach.

Nie mogę bez ciebie żyć nawet chwili, maleńka szeptał, tuląc ją. Chcę zasypiać i budzić się tylko z tobą.

Justyna wtedy odpłynęła ze wzruszenia. Dopiero po pół roku wyszła na jaw prawda: Mikołaja wyeksmitowano z wynajmowanego mieszkania za imprezy i potrzebował natychmiastowego schronienia. Justyna zinterpretowała to po swojemu: Każdemu może się noga powinąć. Po prostu zbieg niefortunnych okoliczności.

Kazali sobie z ich malutkim, skromnym światem, nawet jeśli ledwo wiązali koniec z końcem. Rano Justyna śmigała na wykłady, po południu korepetycje, żeby zarobić na jedzenie i zapchać lodówkę. Mikołaj też się dokładał. Ale po dwóch latach dorobili się trzeciego lokatora.

Mikołaj, mówiłeś, że Bartek jedzie do Krakowa na studia. Może go zaproś na weekend, w końcu brat to brat zaproponowała pewnego dnia Justyna.

Nie wiedziała jeszcze, że Bartkowi tak się spodoba, że najpierw będzie wpadał co drugi dzień, potem codziennie, aż w końcu zostanie na stałe. A Justyna, wychowana na wzorową gospodynię, zaczęła ogarniać mieszkanie dla dwóch dorosłych facetów: sprzątała, zmywała, ścieliła łóżka, prała cudze gacie. Bez słowa sama. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że Bartek o studiach zapomni.

Bartek, miało być tak, że studiujesz? Akademik ci się nie należy? zapytała w trzecim miesiącu.
Nie zdałem, może za rok spróbuję. Po co się spieszyć? odpowiedział z miną znudzonego artysty.

Justyna zbladła. Już czuła, że sam nie wyjedzie. A po co? Cały salon do dyspozycji. Gotują mu, obsługują, śpi do południa, wieczorem spotyka się z nowymi kumplami.

Kiedy Mikołaj nagle rzucił pracę w sklepie, w którym pracował od roku, wszystko zaczęło się sypać.

Kierownik durny, wymagania jak w korpo, a pensja jak z Biedronki. Spokojnie, Justysia, trochę pojeżdżę, coś się znajdzie tłumaczył.

No i znalezienie pracy się oczywiście przeciągało. Jeździł kiedy mu się chciało, raz w tygodniu, jeśli miała szczęście. W rezultacie w dwupokojowym mieszkaniu Justyny od rana do wieczora leżeli na kanapie dwaj dorośli faceci. I obaj na jej koszt.

Ogarnianie domowego budżetu stawało się coraz trudniejsze. Zakupy znikały w godzinę. Patelnie schabowych, które miały starczyć na dwa dni, nie dożywały wieczora. Rachunki rosły jak na drożdżach. Bartek z Mikołajem nawet nie udawali, że ich to dotyczy.

Zmęczona Justyna wracała do domu i przedzierała się przez sterty brudnych naczyń, ubrania na podłodze w łazience, koty kurzu po wszystkich kątach.

Raz spróbowała się postawić, a Mikołaj spojrzał na nią jak na potwora.

Juśka, o co ci chodzi? Żal ci talerza z zupą dla niego? Chłopak się adaptuje w dużym mieście, to masz być dla niego jak matka. Czuła, rozumiesz?

Za każdym razem Justyna była przedstawiana jako złośliwa sknera, która żałuje jedzenia. Zaciskała zęby i znów stała nad garami, zmywała po nich klopa, sprzątała. Milczała, bo nie chciała psuć tej kruchej namiastki rodziny. Wmawiała sobie, że tak trzeba, bo przecież każdy może mieć gorszy czas.

Ale kiedy któregoś dnia znalazła na stole tanią butelkę wina i trzy kieliszki, poczuła się nieswojo. A potem ta rajstopa pod łóżkiem Miarka się przebrała.

Pierwsza noc w pustym mieszkaniu była niespokojna. Cisza, do której tak tęskniła, nagle stała się przytłaczająca. Brakowało jej chrapania Bartka z salonu, szemrania telewizora po nocach, stukotu kapci Mikołaja.

Ale rano strach przed samotnością ustąpił miejsca ulgę. Ser żółty kupiony poprzedniego dnia nienaruszony. Sok w lodówce wciąż pełny. Nikt nie wypił mleka z kartonu, nikt nie zostawił noża na stole. W końcu była pełnoprawną panią swojego kąta!

Wieczorem przyszła fala smutku. Justyna pojechała do swojej przyjaciółki, Małgosi, wygadać się.

Ale z ciebie naiwna, Justysia westchnęła Małgosia, bez złości. Tamci już pewnie tłuką interesy z inną naiwną. Może nawet z tą, co gościła u was wczoraj. I nie zdziwiłabym się, gdyby to nie Bartek ją sprowadził, tylko twój Mikołaj miał chęć na świeże emocje.
Myślisz, że Mikołaj mnie zdradzał?
A co za różnica? I tak obaj ci włazili na kark. Dziękuj tej nieznajomej dziewczynie. Dzięki niej nie musisz utrzymywać już dwóch chłopów.

Po powrocie Justyna zabrała się za generalne porządki. To nie było zwykłe sprzątanie, tylko pożegnanie ze starą wersją siebie. Wyrzuciła wszystkie skarpetki, papierki, puste paczki po fajkach Wszystko, co przypominało o kolonii męskiej, poleciało do śmieci. Nawet prezenty. Zmieniła pościel, wyczyściła podłogi domestosem i dopiero wtedy poczuła spokój.

Pod koniec miesiąca zrobiła bilans i odkryła z radością, że została jej nadwyżka. Nawet coś tam na czarną godzinę można odłożyć!

Minął rok i pół

Justyna się zmieniła. Dostała pracę w prywatnej szkole, nauczyła się mówić nie i nie próbowała być już dla wszystkich miła. Miała też już kogoś Olek był inżynierem, starszym o pięć lat, miał swoje mieszkanie (na kredyt, ale zawsze coś). Tym razem Justyna nie pędziła z przeprowadzką najpierw pół roku przyglądała się Olekowi, zanim zgodziła się na wspólne mieszkanie. Zdecydowali się zamieszkać u niej: bliżej centrum, lepsza miejscówka. Olek swoje mieszkanie wynajmował, żeby szybciej spłacić kredyt.

I wszystko szło świetnie do dnia, kiedy wieczorem Olek odłożył telefon i mówi:

Słuchaj, Juśka, zadzwoniła mama Musi zrobić specjalistyczne badania, a na wsi nie ma takiej możliwości. Przyjechałaby do nas na tydzień, może dwa. Co o tym sądzisz?

Justynie serce zamarło. W głowie mignęły obrazy: bezczelny Bartek, śpiący na kanapie, chrapanie w nocy, uczucie, że jest się gościem we własnym domu Przerażenie ścisnęło ją w żołądku.

Spojrzała na Olka. Czekał na odpowiedź. Miał wrażenie, że ważą się dzieje świata. Co zrobić? Przemilczeć? Zgodzić się w imię miłości, kosztem siebie? Być znowu miła dla wszystkich za wszelką cenę?

Wzięła głęboki oddech.

Olku zaczęła najspokojniej jak potrafiła. Bardzo lubię twoją mamę, ale mam jedną żelazną zasadę: żadnych gości z nocowaniem w tym domu. Ani z twojej, ani z mojej strony. Nasz dom to nasza twierdza, tylko dla nas dwojga. Nic osobistego, po prostu tak mam. Takie mam świry w głowie.

Zapadła cisza. Justyna już szykowała się na wyrzut egoizmu, aferę, trzaśnięcie drzwiami. Gotowa była bronić się do upadłego.

Ale Olek tylko uniósł lekko brwi i spokojnie odparł:

Spokojnie, nie ma problemu. Rozumiem. Po co się cisnąć, skoro mamy drugi lokal? W najgorszym razie wynajmę jej pokój blisko przychodni, nikomu się nie będzie wkradać w paradę.

Justyna osłupiała. Wydała z siebie głośny oddech.

I co, naprawdę się nie gniewasz?

Olek spojrzał, odsunął telefon i przytulił ją.

Ale na co mam się obrażać? Każdy ma swoje granice. Zawsze można się dogadać albo pójść na kompromis.

Justyna uśmiechnęła się i wtuliła w Olka. Nie tylko nauczyła się mówić “nie” wreszcie miała chłopa, który szanował jej nie zamiast robić z tego powód do bitwy. I od tej pory drzwi do jej mieszkania (i serca) otwierały się tylko tym, którzy szanują zasadę: wycieraj buty przed wejściem.

Rate article
Fajna Tajna
Dwóch facetów na karku, czyli jak z mojej kawalerki zrobiłam darmowy hotel dla męża, jego brata i ich koleżanek – a potem odzyskałam własne życie