Dwie żony w sercu Polski

Niezdolna do rodzenia staruszka już nie jest już staruszką, a jedynie półkobietą tak mawiała moja teściowa, a ja, Marta, wzdychałam i gorzko się uśmiechałam.
Nie słuchaj jej, nagle i gwałtownie wtrąciła się półgłucha sąsiadka Zofia, bo Bóg wie, co czyni. Nie wiesz jeszcze, co ci się przydarzy, on widzi wszystko naprzód.
Że co? spytałam drżącym głosem, łzy spływały po policzkach. Żyłam pięć lat, a wciąż pragnę dziecka.

Rzadko mówiłam o tym głośno; w sercu nosiłam tę bolesną tęsknotę. Pewnego dnia pojechałam do rodzinnej wsi, oddalonej o dziesięć kilometrów, odwiedzić grobu matki i usiadłam przy starej, półgłuchej sąsiadce, by porozmawiać.

To smutne, rzekła Zofia, ale nie my szukamy dzieci, a dzieci szukają nas. Cierpliwość, dziewczyno.

Wokół szczekały psy, ćwierkały wróble. Zwykłe odgłosy wsi już nie brzmiały; wieś Zajęcza w Mazowieckim praktycznie umarła. Zniszczone chaty pochylały się ku Wisle, jakby oddawały ostatni hołd rzece.

Marta ruszyła do domu, do swojego męża w wielkiej wsi Ilany. Musiała opuścić Zajęczę przed świtem. Całe życie bała się nocnego lasu i pola dziecięcego strachu, który nigdy nie przeminął.

Marta pochodziła stąd. Sześć lat temu została sama. Ojciec zginął po wojnie, a matka zmarła młodo. Została dojarką w pobliskim kolchozie.

Wiedząc, że pozna swojego przyszłego męża, w czerwcu, kiedy miała siedemnaście lat, po raz pierwszy przyjechała do gospodarstwa. Droga była długa, lecz biegała tam z przyjemnością, choć początkowo dłonie bolały od ciężkiej doji.

Pewnego porannego, gdy szedła wzdłuż drogi, złapał ją przelotny deszcz. Niebo zasnuło się ciężkimi chmurami, a grzmoty dudniły, a wszystko zdawało się pochylać w jedną stronę.

Marta schowała się pod pergolą przy skraju lasu. Usiadła na drewnianej ławie, wyciskała wodę z rozpuszczonych włosów, kiedy wśród kątów deszczu dostrzegła biegnącego ku niej ciemnowłosego chłopaka w kratkowanej koszuli i podwiniętych spodniach. Chłopak wskoczył pod zadaszenie, zobaczył ją i uśmiechnął się szeroko:

Co za prezent! Ja jestem Kornel, a ty?

Marta podskoczyła, serce zabiło jak oszalałe.

Jesteś osłabiona? żartował, podchodząc bliżej. Czy już zmarzłaś?

Nie, nazywam się Marta odpowiedziała, cofaąc się na skraj ławy.

Kornel dalej żartował, a potem zaczął ją nachodzić, sprawiając, że Marta poczuła się przerażona. Jej bluzka przywarła do ciała, co chyba podsyciło jego żądze. Marta podbiegła pod deszcz i uciekała, patrząc za siebie.

W lesie, pod ciężkimi chmurami, było naprawdę strasznie. Po chwili Kornel przybył jako zastępca w zagrodzie, tymczasowy robotnik. Marta spojrzała na niego z niechęcią, ale on od razu zaczął jej zaloty, podążając za nią poważnie. To spotkanie zostawiło w niej ślad.

Małżeństwo z Kornelinem przyniosło Marcie radość, choć nie wiedziała, co czeka ją w domu męża i w obcej wsi. Teściowa okazała się surowa i chora. Marta wzięła część obowiązków na siebie, ale czujnie pilnowała, czy wszystko idzie po jej myśli.

Mimo trudności Marta nie poddawała się. Była pracowita i wytrwała, choć uwagi teściowej dręczyły ją. Była biedną sierotą, bez posagu, więc nie mogła narzekać. Z czasem teściowa uspokoiła się, widząc, że Marta jest zręczna.

Rok mijał, drugi kolejny, a ciąża nie nadeszła.

Jesteś rozpaczliwa, nieurodzona babko wykrzyknęła teściowa. Co to za dom bez wnuków?

Marta płakała w ramiona Kornelina, który złościł matkę, a ona jeszcze bardziej się denerwowała. Teść patrzył w stronę Marty tylko wtedy, gdy ona podawała mu miskę.

Marta nie traciła nadziei. Sama chodziła do położnej, potajemnie odwiedzała księdza w sąsiedniej wsi i przyrządzała napary, które babcie polecały na niepłodność.

Życie toczyło się dalej. Dom Nikirowych nie był najbiedniejszy, choć czasy powojenne były ciężkie. Pewnego ranka Kornel przyniósł pół kosza mokrego ziarna.

Ojej, nie rób tego zażartowała matka.

Nie jestem jedyny, spokojnie, mamo odpowiedział Kornel.

Marta martwiła się, próbując odwieść go od niepotrzebnych pochwał.

Nocami Marta już nie spała dobrze. Nie zapalała lampy, siedziała na łóżku, podciągając nogi i czekała na męża.

Pewnego dnia spotkała go przy progu. Znalazła spodnią sukienkę, koszulę, futerko, wysokie gumowe kalosze i płócienny płaszcz, a wiatr listopadowy przebił otwarte drzwi. Deszcz, jak igły, uderzał w twarz. Gdzie on był w taką pogodę?

Stopy same zepchnęły ją na skraj wsi. Okna nie świeciły, nawet psy się schowały. Nie przegonił jej przyjacielski pies Azor, którego kochała. Marta szła, patrząc przed siebie, szukając męża, aż stanęła przy starym garażu.

Dalej prowadziło tylko pole i las miejsca, których bała się od dziecka. Zdecydowała się chwilę poczekać, a potem wrócić.

Deszcz walił o zimną, mokrą ziemię, szumiał wiatrem i monopolem. Nagle, przez szum, usłyszała lekki kobiecy śmiech, dochodzący ze środka garażu.

Zatrzymała się i wyłowiła głos Kornelina. Najpierw poczuła ulgę, potem zamarła nie był sam.

W deszczu wyłaniały się różne głosy. Rozpoznała głos Kasi, dziewczyny z sąsiedniej wioski, z którą pracowała w kolchozie.

Kasia kiedyś była wesoła i głośna, marzyła o wyjeździe do miasta, by zarobić. Gdyś przyszedł czas, stała się powściągliwa, nieśmiała, a plotki w gospodarstwie mówiły, że jest zazdrosna o męża Kornelina.

Marta nie mogła uwierzyć, że ten zazdrosny mężczyzna to jej Kornel, a ona nie miała pojęcia, co dalej zrobić.

Zimny deszcz kładł się na drodze, a Marta stała przy garażu, niepewna. W pewnym momencie rozległ się donośny, dźwięczny śmiech Kasi. Złapała ją podwójnym biegiem, potknęła się na śliskiej trawie, a jej sukienka, wyhaftowana z wojskowego materiału, zaplątała się w buty.

Wróciła do domu i zaczęła prać w przydomowej łaźni, rozmawiając z Azorem:

Prać tę brud, chłopcze, prać

W domu pozostała jedynie jej miłość do Kornelina i jego miłość do niej. A jednak wydawało się, że tego już nie ma. Nie widziała tego w rzeczywistości, a jedynie w szumie deszczu, w nadziei, którą podtrzymywała w sercu.

Kornelin wpadł do łaźni, ale nic nie powiedział. Postanowiła czekać do jutra.

Rankiem przybyli dwaj policjanci i przewodniczący kołchozu. Matka płakała, chwytając się za rękaw płaszcza przewodniczącego. Ojciec odprowadził syna milcząco, spoglądając niechętnie na gości. Marta zajmowała się mężem i podnosiła ze ziemi rozpaczliwą teściową.

Z wioski zabrano czternaścioro ludzi, odprowadzono ich do siedziby władzy. Tłumy ludzi stały przed budynkiem do południa, przekazując worki i pudła. W południe przyjechał ciężarówka, a aresztowanych wsadzono do przyczepy i odwołano ich do miasta na proces.

Marta spojrzała w stronę, gdzie pod brzozami stała Kasia.

Arrest ten wstrząsnął całą wioskę. Nikt nie chciał o tym rozmawiać, milcząc w domach. Teściowa zapadła w żałobę, a teść osłabł. Marta nie spała od kilku dni.

Nie rozwiązała sprawy z Kornelinem, pozostała nieżoną, nieporzuconą. Lecz współczucie i strach o męża przyćmiły jej złość i zazdrość. Nie mogła wyjść z domu, bo w innych kolchozach nie przyjęliby żony aresztanta. O rozwodzie z Kornelinem nie rozmawiano.

Kilka dni później Marta, zmęczona, wracała z pola z mlekiem, gdy otworzyła drzwi swojego domu i zobaczyła Kasię. Siedziała przy stole, ręce splecione na dużym brzuchu. Obok niej siedzieli jej teść i teściowa, wpatrzeni w podłogę.

Dzień dobry przywitała się Kasia.

I wam nie choruje odparła Marta.

Marta, odezwała się teściowa, nieco serdeczniej niż zwykle, a przecież Kasia jeździła do miasta, odwiedzała naszych. Z Olgą i Niną, a ich ojciec i Wasiu byli tam…

Marta postawiła wiadro z mlekiem przy kuchence, myła ręce przy umywalce i słuchała.

Marta, proces już był, nasz syn dostał dziesięć lat! rzekła teściowa, podając szal z chusteczką, po czym zapłakała.

Marta upadła na ławkę.

Dziesięć lat? wykrzyknęła.

Tak potwierdziła Kasia. Powiedzieli, że to przestępcy państwowi. Wszyscy dostali po dziesięć.

Boże! wyszeptała Marta, nie wierząc uszom.

Teściowa płakała, a Marta starała się ją uspokoić:

Nie może tak być. Może kiedyś pomyślą, że mnie wypuszczą

Kto ci ich wypuści? wtrąciła się Kasia. Głupia jesteś, Marta! To już po prostu sąd.

Rozmawiały dalej, a potem nastąpiła cisza, przerywana jedynie szmerem herbaty.

Wiem, co zrobić, nagle krzyknęła Kasia, uderzając dłonią w stół. Kolka zamierzała wziąć mnie za żonę i rozwieść się ze mną. Teraz dziecko będzie moje, a ja nie zamierzam je wychowywać sama. Dlatego przychodzę do was, żeby opiekę nad wnukiem przejęłaś.

Marta milczała, patrząc w dół na swoją sukienkę z wojskowego materiału. Wkrótce Kasia i teść wzięli się za rzeczy.

Gdzie położymy dziecko? zapytała teściowa, łkając. W strychu? W kącie?

Marta przyniosła z podwórka garść słomy, rozłożyła ją przy kominku na podłodze, a na wierzchu położyła własnoręcznie utkany koc z krzyżyków. To stało się jej nowym łóżkiem, podobnym do legowiska Azora w kojcu.

Dni stawały się coraz krótsze i zimniejsze. Teściowa chorowała całą zimę. Kasia w ostatnich dniach była wyczerpana, szła na kolana. Gospodarstwo spoczywało na barkach Marty, od którego nie dało się uciec.

Kasia i teściowa z czasem się zaprzyjaźniły, a nawet broniły Marty, gdy widziały, że surowa jest zbyt wymagająca.

Marta spędzała całe dnie przy dojeniu krów, spoglądając przez małe okienko na biały las nad rzeką i rozmyślając o swej przyszłości. Nie mogła wrócić do rodzinnej wsi wiatr wiatru śpiewał w chacie, a do pracy w mrozie dziesięć kilometrów nie dało się podjąć. Często wspominała matkę i zastanawiała się, co by teraz powiedziała, widząc, w jakiej hańbie żyje jej córka dwie żony jednego mężczyzny.

Zima minęła, a w styczniu urodził się mały chłopiec, przynosząc odrobinę radości.

W najzimniejsze dni Kasia przywiozła dziecko z szpitala nazwali go Jarek. Marta starała się nie patrzeć zbyt długo na noworodka, choć serce bolało, że to nie ona przyniosła go do domu.

Wszystko w Koli, mów, Marta wtrącała się teściowa, nie zwracając uwagi na uczucia Marty.

Tak jest potakowała Marta.

Najbardziej z Jarkiem zajmowała się Kasia, ale Marta zauważyła, że chłopiec nie interesuje się nią tak, jakby go sama chciała mieć.

Co teraz? Czy mam tu zgniliznęć? myślała Marta. Chciałam pójść na kurs w urzędzie, zostać laborantką, ale Kolka już dziesięć lat nie wróci Co mam zrobić?

W wiosce zaczęły powstawać nowe dwurodzinne domy, przybyli nowi dojarze, rozmowni, pracowici, a przybyły też wolne dni. Marta zaprzyjaźMarta w końcu pożegnała przeszłość i ruszyła w stronę miasta, by w końcu odnaleźć własne szczęście.

Rate article
Fajna Tajna
Dwie żony w sercu Polski