12 listopada 1954 r.
Dziś znowu myślałam o tym, co mówi moja teściowa Niewyroczona staruszka, już nie staruszka, a półstara. Słowa te rozbrzmiewały w mojej głowie, gdy wzdychałam i wymuszałam gorzki uśmiech.
Nie słuchaj tego, przerwała mi nagle półgłucha sąsiadka, pani Zofia, Bóg wie, co czyni. Nie myśl, że już masz przyjść z dzieckiem on wszystko widzi z góry.
Płakałam, bo od pięciu lat żyjemy w Zajezierzu, a ja wciąż pragnę maleństwa. Rzadko mówiłam o tym głośno; w ciszy nosiłam ból w sercu. Dziś przyjechałam do rodzinnej wsi, dziesięć kilometrów od domu, by odwiedzić grób matki, i usiadłam z Zofią przy starej chatce, by pogadać.
Wiadomo, smutno jest. Nie my, dzieci, znajdziemy oni nas znajdą. Cierpliwość, dziewczynko.
Wokół szczekały psy, ćwierkały wróble. Ząbki dźwięków wsi zniknęły; Zajezierze już prawie nie żyje. Zniszczone chaty przytulały się do rzeki, jakby oddawały jej ostatni hołd.
Wróciłam do męża w Iłowie, dużej wsi, po zmroku. Całe życie bałam się nocnego lasu i pola dziecięcej, niewyjaśnionej boi.
Jestem Jadwiga, urodzona w tej ziemi. Sześć lat temu zostałam sama. Ojciec zginął po wojnie, matka zmarła młodo. Pracowałam jako dojniczka w kołchozie. W czerwcu poznałam przyszłego męża, Mikołaja. To było moje siedemnaste lato, pierwsze, gdy pracowałam na farmie. Dojazd był daleki, ale biegałam z radością, mimo że ręce bolały od ciężkiej dojenia.
Pewnego poranka przygarnął mnie gwałtowny deszcz. Niebo zasnuło się chmurami, grzmoty przemykały po niebie. Wszystko wydawało się pochylone, skrzywione.
Ukryłam się pod małym zadaszeniem przy lesie i wyciskałam wodę z mokrych warkoczów. Wśród przelotnych strumieni dostrzegłam czarnowłosego chłopa w kratkowanej koszuli i spodniach sięgających kolan. Wskoczył pod zadaszenie, zobaczył mnie i szeroko się uśmiechnął:
Co to za prezent! Ja jestem Mikołaj, a ty?
Serce mi zabiło, ciemność deszczu otuliła twarz. Milczałam, cofnęłam się na brzeg podłoża.
Co? Ogłuszyło cię piorun? Czy może od urodzenia milczysz? żartował.
Nie milczę. Nazywam się Jadwiga.
Zmarzłaś? Nie rozgrzejesz się? drwił dalej, ale nie podchodził bliżej. A deszcz zmył nam wszystko. Z MTSa jestem.
Śmiał się jeszcze chwilę, po czym zaczął przytulać się do mnie w taki sposób, że poczułam się przerażona. Moja koszulka przylegała do ciała czy to go podniecało, czy po prostu był bardzo zalotny? Pobiegłam w deszczu na wszystkie nogi, patrząc za siebie.
Las pod gęstymi chmurami wydawał się przerażający. Po chwili Mikołaj Nikiforowski przybył jako podmiany dozorca. Spojrzałam na niego z niechęcią, ale potem rozpoczął zalotne gesty, podążając za mną poważnie. Spotkanie zostawiło ślad.
Mąż i ja wpadliśmy w małżeństwo z radością, choć nie wiedziałam, co czeka nas w domu i w obcym gospodarstwie. Teściowa okazała się surowa i chora. Z chęcią zrzucała na mnie część obowiązków, lecz czujnie obserwowała, jak je wykonuję.
Mimo trudności nie poddawałam się. Byłam pracowita, silna, lecz uwagi teściowej raniły. Byłam biedną dziewczyną bez posagu, sierotą. Z czasem teściowa uspokoiła się, widząc moje zdolności. Minęły lata, kolejny ciąży nie nadeszła.
Jesteś bezwartościowa, niewyroczona staruszka, już nie staruszka, a półstara. Co z tym domem, jeśli nie ma wnuków? krzyczała teściowa. Łzy spływały po mojej twarzy, a Mikołaj bronił mnie przed nią.
Nie traciłam nadziei. Sama chodziłam do lekarza, potajemnie odwiedzałam parafialnego księdza, parzyłam napary, które polecali znajomi, by poprawić płodność. Życie toczyło się dalej. Dom Nikiforowskich nie był najbiedniejszy, choć po wojnie nie brakowało niczego.
Rano Mikołaj przyniósł pół worka surowego ziarna.
Kochanie, niech nie przyjdą na widok! krzyczała matka.
Wszyscy ciągną, nie jestem sam. Uspokój się, mamo.
Ja próbowałam przekonać go, by nie wciągał się w takie sprawy, lecz on przynosił resztki z pola. Nocami nie spałam dobrze, siedząc w łóżku przygaszoną lampą, czekając na męża.
Pewnego listopadowego wieczoru wybrałam się na spotkanie. Znalazłam pod łóżkiem spodnie, bluzkę, futerkowy płaszcz, wysokie gumowe buty i wyjść na werandę, gdy nagły wiatr przebił otwarte drzwi. Deszcz przygniatał twarz.
Gdzie on był w taką deszczową porę? Nogi same prowadziły mnie na skraj wsi. Okna nie płonęły, nawet psy się schowały. Nie dogonił mnie przywiązany szczeniak Fenek, którego kochałam. Szłałam, szukając męża, i zatrzymałam się przy starej szopie na skraju.
Dalej byłoby tylko pole i las tego się zawsze bałam. Postanowiłam poczekać, a potem wrócić. Deszcz uderzał w zimną ziemię, szumiał wicher i równomierny szum. Nagle usłyszałam lekkie, kobiece śmiechy dochodzące z szopy.
Usłyszałam głos Mikołaja, ale obok był jeszcze inny głos Katarzyny, dziewczyny z sąsiedniej wsi, z którą pracowałam w kołchozie. Katarzyna była kiedyś wesoła i głośna, marzyła o ucieczce do miasta, by zarobić. Ostatnio jednak przygasła, stała się cicha i nieco złośliwa.
Stałam przy szopie, słuchając ich rozmowy, a potem zrozumiałam, że mój mąż spędzał noc z Katarzyną. Złamało mnie to, ale jednocześnie poczułam, że czas coś zmienić.
Po kilku dniach przybyło czternaścioro ludzi z komendy i przewodniczącego kołchozu. Matka płakała, chwytała się za kołnierz płaszcza. Ojciec odprowadzał syna w milczeniu, patrząc nieufnie na przybyszów. Policjanci zabrali nas do urzędów, a potem do ciężarówki, którą wciągnęli do miasta na proces.
Patrzyłam, jak pod brzozami stoi Katarzyna. Ten areszt wstrząsnął całą wsią. Teściowa zasłabła, teść osłabł. Nie spałam już kilka dni.
Nie wiedziałam, co zrobić z Mikołajem nie była już ani żoną, ani kochanką. Żal i strach o męża przytłaczały mnie bardziej niż złość. Nie mogłam się otworzyć przed innymi, bo w innych kołchozach nie przyjęliby więźniów w takim stanie. Rozwód z Mikołajem nie padł w słowach.
Kilka dni później wróciłam z farmy z mlekiem, a w drzwiach zobaczyłam Katarzynę. Siedziała przy stole, ręce złożone pod dużym brzuchem, a przed nią stał mój teść i teściowa. Katarzyna patrzyła prosto, język stukał w podniebieniu, a rodzice zniżyli głowy.
Dzień dobry, przemówiła Katarzyna.
Niech pan nie choruje, odpowiedziałam.
Jadwinko, odezwała się teściowa, Kasia jeździła do miasta, odwiedzała naszych ojca i matkę, Olgę i Ninę.
Postawiłam wiadro z mlekiem na kuchenkę, myła ręce przy umywalce i słuchałam.
Jest proces, dziesięć lat dostał nasz Kolik. Pomyśl, córeczko, mówiła matka, wyciągając chusteczkę i płacząc.
Dziesięć lat? szokowała mnie. Katarzyna tłumaczyła, że to za przestępstwa państwowe, wszyscy dostali po dziesięć.
Bóg! wydusiłam, nie wierząc własnym uszom.
Następnie teściowa, płacząc, próbowała mnie pocieszyć:
Może kiedyś nas wypuszczą, może się cofną, strach nas trzyma.
Kto ich wypuści? Głupia jesteś, Jadwinko! Teraz to już nie jest jednorazowe. Sąd już wydał wyrok kopała Katarzyna.
Po chwili cisza, tylko dźwięk herbaty z łyżeczki. Katarzyna podniosła rękę i zawołała:
Kolek zamierzał się ze mną ożenić, ale nie zdążył. Będę jego dziecko nosić, a nie zamierzam go samodzielnie wychować. Mój tata nie pozwoli, bo już wie o wszystkim.
Zostałam w milczeniu, patrząc na własne ręce na wojskowej spódnicy.
Teściowa wstąpiła do kuchni i zapytała:
Co zrobimy z wnukiem? Gdzie położyć? Bo on się urodzi, a dom potrzebuje miejsca.
Przyniosłam kupkę słomy i rozłożyłam ją przy piecu, na wierzchu położyłam domowej tkaniny tak powstało moje tymczasowe łóżko, podobne do tego, co byłoby w kojcu Fenkiego.
Dni stawały się coraz krótsze i zimniejsze. Teściowa chorowała przez całą zimę. Katarzyna w ostatnich dniach stała się bardziej przyjazna, broniła mnie, gdy byłam zbyt surowa.
Cały czas patrzyłam przez małe okienko na biały las nad rzeką i rozmyślałam o losie. Nie mogłam wrócić do rodzinnej wsi. Chaty szumiały wiatrem, a do pracy w mrozie dziesięć kilometrów nie dało się pominąć. Często wspominałam matkę i zastanawiałam się, co by powiedziała, widząc moje nędzne położenie: Dwie żony w jednym domu. Kto jest główną?
Zima przyniosła małe radości w styczniu urodził się chłopiec, mały Egonek. Teściowie przywieźli go z przychodni w mieście, a ja starałam się nie przywiązywać do dziecka, bo nie było moje.
Jednak każde spojrzenie na niego dręczyło mnie. Było to jakby uderzenie w serce, że to nie ja przyniosłam go do domu, choć modliłam się i leczyłam się.
W gospodarstwie zaczęły się zmiany. Wyburzono cztery dwurodzinne domy, przyjechali nowi dojarze gadatliwe, nieznajome, ale pracowite. Pojawiły się wolne dni. Z nową kobietą, Weroniką, zaprzyjaźniłam się.
Pewnego wolnego popołudnia Weronika zapytała:
Dlaczego tak?
Opowiedziałam jej o domu, w którym żyje się jak w piecu. Weronika zdziwiła się. Znam opowieści o żonie i kochance pod jednym dachem.
Odejdź, radziła.
Co ty, Weroniko?, odparłam, gdzie się wezmę? Bez mnie gospodarstwo nie wypali.
Egonek rósł, raczkował, potem sam stał na kolanach, przytulał się do mnie, całował policzki. Z Fenkim, szczeniakiem, toczyliśmy sobie małe bójki. Młody chłopiec stał się dla mnie najdroższym. Katarzyna, chociaż surowa, pomagała w jego opiece.
Na 1 maja upiekłam ciasta. Zapasowałam cztery miarki mąki, wróciłam do chaty i zagniatałam ciasto. Katarzyna szykowała się na zabawę u sąsiadów, ubrała białe koraliki i pobiegła.
Teściowa usiadła przy mnie, trzymając Egonka w ramionach.
Jadwinko, chcę ci powiedzieć coś ważnego. Myślę, że Katarzyna planuje wyjechać do miasta, by się uczyć i pracować. Nie zostanie z nami dziecko, a my sami nie damy mu opieki.
Co? rozszalały się moje oczy.
To ona liczy na nas. Nasz wnuk potrzebuje kogoś, a ona nie jest matką, a po prostu….
Pozostałam w milczeniu, zagniatając ciasto, myśląc o słowach teściowej.
Co teraz zrobić, Jadwinko? zapytała Weronika.
Nie wiem. Może to lepsze? Bo Bóg nie dał mi własnych dzieci, a może ten chłopiec będzie moim błogosławieństwem.
Może tak, może nie. Trzeba zobaczyć.
Później, przy kolacji, myślałam o tym, jak bardzo pragnę spokoju. Pogoda znowu była deszczowa, a las, którego tak się bałam od dziecka, zdawał się nie mieć już mocy mnie zatrzymać.
Nie, mamo, nie będę już dłużej cierpieć. Nie ma już miłości ani nadziei szepnęłam w myślach.
Zabrałam torbę ze starej szopy, założyłam gumowe kalosze i płaszcz, i podszedłem do drzwi. Wysiadłam na mokrą drogę, i wzdłuż pola, ku stacji kolejowej w Ivanowie, gdzie szukałam nowego życia.
W karczmie spotWsiadłam do pociągu, trzymając w dłoni jedynie nadzieję, że w nowym mieście znajdę pracę i spokój, którego tak długo szukałam.



