Dwie noce i jeden dzień
Weronika co chwilę spoglądała na zegarek. Czas wlókł się niemiłosiernie, jakby celowo zwalniał. Do końca pracy została jeszcze cała godzina.
— Ciągle zerka na zegarek? Śpieszysz się? — spytała główna księgowa, pani Alina Nowak.
— Nie, ale…
— Mężczyzna? W twoim wieku tylko przez mężczyznę kobieta może tak liczyć minuty. A w moim marzy się, żeby czas się zatrzymał. — Alina westchnęła. — Dobrze, idź. I tak nic dziś nie zrobisz.
— Dziękuję! — Weronika szybko zamknęła program na komputerze.
— Kochasz go? — spytała Alina z melancholijną ciekawością.
— Kocham. — Weronika spojrzała przełożonej prosto w oczy.
Ich biurka stały naprzeciwko siebie, a gabinet był tak mały, że nie dało się ich ustawić inaczej. Weronika czuła się jak na egzaminie pod jej czujnym wzrokiem.
— To czemu nie wychodzisz za mąż? Nie proponuje? — Alina zdjęła okulary i przetarła nos. — Rozumiem. Żonaty. I dzieci ma? Klasyka. Najpierw ukrywał prawdę, a gdy w końcu się przyznał, ty już byłaś zakochana i nie potrafiłaś zerwać. Obiecał, że się rozwiezie, gdy dzieci podrosną. Tak?
— Skąd pani wie? — zdziwiła się Weronika.
— Też byłam młoda. Myślisz, że tylko ty dałaś się złapać w tę pułapkę? Dziewczyno, jeśli on nie odszedł od rodziny od razu, to już nie odejdzie. Zaakceptuj to. Odejdź sama.
— Ale… ja go kocham.
— Gdy mu się znudzisz albo, nie daj Boże, żona się dowie, będzie jeszcze gorzej. Przynajmniej zachowasz godność. I karmy nie psuj. — Alina założyła okulary, natychmiast stając się surowa.
— Pomyśl. W poniedziałek się nie spóźniaj.
— Kocha… — Alina pokręciła głową, gdy drzwi za Weroniką się zamknęły.
Tymczasem Weronika zbiegła po schodach, pożegnała się z ochroniarzem i wybiegła na zalane majowym słońcem ulice. Od razu zauważyła samochód Tomka i podeszła do niego.
— No w końcu, myślałem, że nigdy nie wyjdziesz. Siedzę tu jak ta lala na Saskiej Kępie — burknął Tomek, gdy usiadła obok niego.
Zakręcił kluczyk w stacyjce, odjechał od biura i włączył się do ruchu.
— Dokąd jedziemy? Nic nie zrozumiałam z twojej rozmowy — spytała Weronika.
— Niespodzianka. — Tomek rzucił jej obiecujące spojrzenie.
Wystarczyło, by jej serce zabiło mocniej, a po brzuchu rozlało się przyjemne ciepło.
Samochód opuścił miasto i pomknął drogą szybkiego ruchu, by w końcu skręcić na wiejską, krętą ścieżkę wśród drzew.
Weronika patrzyła na drogę i marzyła, żeby jechać tak w nieskończoność, tylko we dwoje. Wkrótce zauważyli domy letniskowej osady.
— Jesteśmy — powiedział wesoło Tomek.
— Masz tu domek?
— Nie, to domek kolegi. Jego żona jest w ciąży i nie przyjadą tu w najbliższym czasie. Więc na cały weekend jest nasz.
— A twoja żona? Po prostu cię puściła na całe dwa dni? — Weronika spojrzała na niego z niedowierzaniem.
Tomek zatrzymał samochód przy wysokim drewnianym płocie.
— Mamy przed sobą dwie noce i cały dzień. — Pochylił się, by ją pocałować.
*„Tylko dwie noce i dzień”*, pomyślała z goryczą. *„A potem wszystko wróci do normy…”*
Tomek oderwał się od jej ust, wysiadł z samochodu i zaczął wyciągać z bagażnika torby. Weronika też wyszła, wdychając pełną piersią świeże powietrze. Pachniało trawą, liśćmi i czymś znajomym, co przypominało jej wieś u babci.
*„Dwie noce i jeden dzień! Tak dużo! Razem!”* — pomyślała radośnie, nie wierząc w swoje szczęście.
— Podoba ci się? — Tomek stał już obok i uśmiechał się, ciesząc się efektem niespodzianki. — Weź to i chodźmy. — Podał jej torbę i ruszył w stronę furtki z plecakiem na ramieniu.
— Byłeś tu już? — spytała Weronika, czekając, aż otworzy furtkę.
— No jasne. W końcu to mój kolega.
— Przyjeżdżałeś tu z żoną czy…
— Weronika, nie zaczynaj. Nie psuj tego. — Otworzył zamek i wpuścił ją pierwsWeronika spojrzała jeszcze raz przez okno na opuszczony domek, wzięła głęboki oddech i postanowiła, że od dziś będzie szukać szczęścia tam, gdzie nikt nie każe jej chować się w cieniu czyjegoś związku.



