DWA LATTE.
— Dobry wieczór, pani Tamaro Stanisławo! Zawsze to samo, dwa latte? — zapytałem z uśmiechem, wpatrując się z niepokojem w jej małą, pooraną głębokimi zmarszczkami twarz, która mimo upływu lat wciąż zachowała swój urok.
— Witaj, Andrzeju! Tak, jak zwykle, dwa latte. I jeszcze, jeśli łaska, drożdżówkę proszę. — Tamara Stanisława oparła laskę o oparcie krzesła i, tłumiąc grymas bólu, z trudem usiadła przy stoliku przy oknie.
— Wszyscy się martwiliśmy, co się stało, że pani dziś spóźniona? Nie do pomyślenia, żeby pani zapomniała, jaki dziś dzień. Wybiegałem nawet na ulicę, żeby sprawdzić, czy pani nie widać — powiedziałem, rzucając szybkie spojrzenie na nową kelnerkę.
— Kochanie! To, o czym myślicie, na pewno mnie kiedyś spotka, ale kiedy i jak — tego nie wie nikt. Nie martwcie się, Andrzeju, sprawa jest prosta — rano poszłam po emeryturę, a bankomat połknął mi kartę. Musiałam iść do banku i załatwić nową, a tam kolejka! Wygląda na to, że wszystkie staruszki z naszej dzielnicy postanowiły właśnie dziś, w sobotę, załatwić swoje „wielkie” transakcje! — Zażartowała, choć widać było, że jest wyczerpana.
Jej dłonie, zawsze w czarnych koronkowych rękawiczkach, zdradliwie drżały, kąciki ust opadły, a blada, wychudzona twarz wyraźnie zszarzała. Cóż, lata nikogo nie oszczędzają…
Pracuję jako administrator w małej kawiarni w sercu urokliwego Krakowa. To miasto skrywa niezliczone tajemnice i zwierzenia ludzkich serc, ale o tym później.
Zacząłem pracować w wieku piętnastu lat, gdy zapragnąłem zarobić na nowy telefon dla matki. Przyszedłem tu i zaoferowałem swoje usługi. Na początku kazano mi zmywać podłogi i naczynia, ale później, po przeszkoleniu, awansowałem na kelnera.
Po skończeniu szkoły dostałem się na zaoczne studia psychologiczne, a ta kawiarnia stała się moim życiowym poligonem. To tutaj mieszkańcy i turyści mogą napić się kawy z aromatycznych ziaren, która ożywia zmęczone dusze i przywraca wspomnienia ukryte głęboko w zakamarkach pamięci — tam, gdzie na zawsze osiadły nasze marzenia.
Obserwowanie ludzi zawsze mnie fascynowało. Staram się czytać z ich twarzy nastroje i życzenia, unikając nieporozumień. W naszej kawiarni goście są różni — hałaśliwi nastolatki, zakochani patrzący sobie w oczy, eleganckie panie w towarzystwie starszych dżentelmenów i młode mamy z ruchliwymi dziećmi.
Na początku kariery poznałem pewną wyjątkową parę małżeńską. To był wysoki, dostojny, siwowłosy mężczyzna i kobita, która, na przekór latom, próbowała zachować urodę. Przychodzili do kawiarni co sobotę, bez względu na pogodę. W deszcz, śnieg czy upał — Tamara Stanisława i Bogdan Kazimierz szli pod rękę i zawsze wpadali na kawę. To był ich rytuał, którego nic nie mogło przerwać.
— Zmarzłaś, uparta istoto i, przy okazji, towarzyszko mojego życia? Mówiłem, żebyś wzięła parasol! Już wczoraj nogi mnie bolały, a ty upierałaś się, że deszczu nie będzie. No i kto miał rację? — pytał z udawanym gniewem Bogdan Kazimierz, patrząc, jak Tamara Stanisława, z wdziękiem odstawiając mały palec, delektuje się aromatyczną kawą.
— I co z tego? Nic mi nie będzie. Nie z cukru jestem, nie rozpuszczę się — odparła z przekąsem.
— Zapomniałaś, Tomciu, jak ostatniej jesieni, też przeciwko mnie, przemokłaś do suchej nitki? Chodziłaś po kałużach jak dziecko! A potem miesiąc leczymy twój bronchit! — denerwował się. — Nie można być tak lekkomyślną. W naszym wieku trzeba być ostrożniejszą.
— Och, Bogdan, nie marudź jak stary dziad. Wszystko będzie dobrze, nie dramatTamara Stanisława wzięła głęboki oddech, podeszła do okna i delikatnie dotknęła szyby, jakby chciała pogłaskać wspomnienie uśmiechu Bogdana Kazimierza.



