Następnego dnia sąsiadka znowu zawisła na naszym płocie. Moja żona podeszła do niej i oznajmiła, że mamy dziś dużo pracy i nie damy rady posiedzieć jak wczoraj. A co z jutrem? dopytywała ciekawie Barbara. Jutro będzie to samo. Ogólnie rzecz biorąc, proszę już do nas nie przychodzić.
Moja chęć zamieszkania w mieście nie przyniosła nam nic dobrego.
Żona odziedziczyła dom na wsi, tu, niedaleko Skierniewic. Gdy moi teściowie jeszcze żyli, często ich odwiedzaliśmy. Lubiłem, gdy wieczorem rozkładali drewniany, stary stół pod rozłożystą gruszą. Mogliśmy wtedy rozmawiać do późna, aż zapadł zmrok. Tak samo było za każdym razem, gdy gościliśmy w Krzewinie. Zimą zaś teściowa rozpalała kaflowy piec i dom pachniał świeżym ciastem. Ten zapach niósł się po całym domu do dziś mam go w pamięci.
Zimą z żoną chętnie jeździliśmy na sanki, czasem jeśli dopisał śnieg, zabieraliśmy narty do lasku za domostwem. Gdy teściowie odeszli, nie przyszło nam przez myśl, aby dom sprzedać. Wydawało się, że będziemy tam jeździć, jak dawniej. Jednak nigdy się to nie udało.
Ciężar codzienności i spraw miejskich nie pozostawiał miejsca na powroty. Z czasem nawet przestaliśmy wspominać o tym domu. Lata leciały niepostrzeżenie. Nasz syn, Piotr, poznał dziewczynę, Stanisławę, po czym się z nią ożenił. Stanisława, nasza synowa, powtarzała nieraz, że pięknie by było zamieszkać choć na lato w naszej wiejskiej chacie.
To przypomniało nam o zapomnianym domu. Pojechaliśmy tam z żoną jako pierwsi, w końcu minęło tyle lat od ostatniej wizyty w Krzewinie. Wszystko wyglądało prawie tak samo. Z tym, że dom potrzebował dokładnego sprzątania.
Zabraliśmy się do pracy: Anna zajęła się wnętrzem, ja podwórkiem. Myślałem, że po tylu latach zaniedbania dom się rozsypie, ale nie wystarczyło trochę wysiłku, by znów nabrał dawnego uroku. Następnego dnia dojechały dzieci. Pomogły w porządkowaniu i wspólnie doprowadziliśmy wszystko do ładu. Kobiety zabrały się za przygotowanie kolacji, a ja z Piotrem zabraliśmy się za naprawę starych mebli pod gruszą.
Wtedy pierwszy raz zauważyliśmy, że zza płotu przygląda się nam kobieta. Podeszła, mówiąc, że niedawno kupiła sąsiedni dom. Przyszła się przywitać. Z grzeczności zaprosiliśmy ją do stołu. Przedstawiła się jako Barbara. Opowiadała, że mieszka tu sama, bo jej mąż ją zostawił. Kupiła dom dla córki, która ma trójkę dzieci, ale sama żyje samotnie. Mówiła dużo, a ja w pewnej chwili przestałem słuchać. Nagle poczułem, jak ktoś dotyka mojej nogi pod stołem.
Spojrzałem to był jej but. Cofnąłem szybko nogę, ale ona znowu próbowała. Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji. Starałem się, by rzecz nie rzuciła się w oczy żonie czy dzieciom, choć sąsiadka dalej mówiła bez przerwy. Wreszcie dzieci zrobiły się marudne bardzo chciałem, żeby Barbara już poszła. Gdy sprzątaliśmy po kolacji, Anna rzuciła do mnie szeptem: “Ta kobieta to ktoś niepoważny”. Musiałem się z nią zgodzić, choć nie przyznałem się, co działo się pod stołem. Było mi wstyd. Myślę, że Barbara nie pierwszy raz robiła takie rzeczy. Następnego dnia znowu czatowała przy naszym płocie. Żona powiedziała jej, że mamy zbyt wiele obowiązków i nie możemy siedzieć jak poprzednio.
A jutro? zapytała z zainteresowaniem Barbara.
Będzie to samo. Proszę więcej do nas nie przychodzić.
To była odważna decyzja. Sąsiadka jeszcze długo mruczała coś pod nosem, ale nie interesowało mnie to już ani trochę. Uważam, że żona postąpiła słusznie. Byliśmy zawsze otwarci, serdeczni, ale nie każdy jest nam pisany. Od razu czuło się, że nie polubimy tej kobiety i nie zamierzamy bardziej się do niej zbliżać.



