Moja żona, Zuzanna Kowalska, zawsze wyróżniała się cichą naturą. Wśród naszych znajomych była jak cień obecna, lecz niewidzialna, ledwie muskająca rozmowę delikatnym słowem wtedy, gdy ją o coś zapytano. Nie potrafiła robić awantur, nie znała zazdrości, nie upominała mnie, a każdy podarowany przez mnie kwiatek czy drobnostka sprawiał jej niewysłowioną radość.
Związek z nią był jak spacer po warszawskim parku wczesną wiosną spokojny, niezmiennie harmonijny. Wszystkie nasze sprawy rozplątywaliśmy wspólnie, nie mając sobie nic do ukrycia. Gdy wracałem z pracy na Pradze, zawsze czekał na mnie rosół buchający parą z talerza, dom lśniący jak jezioro w promieniach zachodzącego słońca, a w drzwiach stojąca Zuzanna z cichym uśmiechem. Czego więcej pragnąć?
A jednak, sen ten nabrał rozmazanych kształtów, jakby jakaś siła przesunęła składnię mojego życia. Mimo tego ideału tkwiła we mnie niewypowiedziana tęsknota brak przygody, brak iskry, brak pasji, które znałem tylko z opowieści. Intymność między nami była jak stary zegar w zakurzonym mieszkaniu na Żoliborzu cichy, niemal nieruchomy. Nie umiałem się z tym pogodzić, więc pozwoliłem sobie zatonąć w objęciach innej kobiety.
Wieść o moim drugim życiu dotarła do Zuzanny wtedy nasza opowieść nagle się rozmyła, jakby zgasło światło w starym mieszkaniu. Zamieszkałem z nową partnerką, lecz to mieszkanie przypominało roztargnione sny w każdym kącie chaos, w zlewie góry brudnych garnków, a rozmowy rozpadały się na porwane frazy i niezręczne milczenie. Nie czekało na mnie nic ciepłego.
Zrozumienie spadło na mnie nagle poczułem zimno, jakby zapomniałem wziąć płaszcz wychodząc w listopadzie. Próbowałem wrócić do Zuzanny, lecz okazało się, że jakiś inny mężczyzna otula ją już ramieniem. Straciłem ją bezpowrotnie.
Do dziś nie przebaczę sobie tej głupoty. Zgubiłem najcenniejszy skarb kobietę o duszy czystej jak woda w tatrzańskim strumieniu, tracąc ją przez własną ślepotę.


