**Dom nadziei**
Leżąc z otwartymi oczami, Weronika śledziła świetliste refleksy na suficie, rzucane przez reflektory przejeżdżających samochodów. Za oknem deszcz zaczynał stukać w rynnę. Na kanapie sapnął Krzysztof i znów ucichł. Jak dawno już nie spali razem…
Poznali się czternaście lat temu. Weronika spieszyła się, ale i tak spóźniła się na urodziny koleżanki. Weszła, gdy goście już siedzieli przy stole.
— Chodź już — szarpnęła ją za rękę Jagoda, ledwo dając się rozebrać.
Weronika przywitała się, zmieszana spojrzeniami zebranych. Nieporadnie wręczyła prezent solenizantce, nie śmiąc podnieść wzroku.
— Jagódko, czemu nie zaprosisz Weroniki do stołu? — wtrąciła się matka jubilatki. — Krzysiu, przynieś jeszcze stołek z kuchni.
Przystojny, wysoki chłopak uśmiechnął się do Weroniki i ustąpił jej swojego krzesła. Z trudem rozpoznała w nim starszego brata Jagody. Dopiero co wrócił z wojska, wyglądał dojrzalej. Wkrótce wrócił ze stołkiem i wcisnął go między krzesła, tuż obok niej.
Ktoś wzniósł toast, wszyscy zaczęli się stuknąć kieliszkami. Krzysztof podał Weronice szklankę z czerwonym winem.
— Nie piję — zaprotestowała, kręcąc głową.
— To sok — szepnął jej do ucha, a ich szklanki cicho zadźwięczały.
Nakładał jej na talerz po łyżce różnych sałatek. Koleżanki co chwilę zerkały na Krzysztofa, chichotały, szeptały między sobą.
Później rodzice Jagody taktownie wyszli do kuchni, a młodzież włączyła głośną muzykę, odsunęła stół i zaczęła tańczyć. Krzysztof zaproponował Weronice ucieczkę. Długo wędrowali po mieście, rozmawiając. Od tamtej pory już się nie rozstawali.
— Możemy się już pobrać. Zgadzasz się? — zapytał Krzysztof po studniówce.
Czy się zgadza? Przecież od dawna straciła dla niego głowę. Tylko co powie mama…
— Jaki ślub? Zwariowaliście? On ma już zawód po wojsku, a ty musisz się uczyć. Po co się spieszyć? Poczekajcie choć parę lat, stanijcie na nogi… — błagała matka, przyciskając dłonie do piersi i ledwo powstrzymując łzy.
— Wybacz, ale nie możemy tak długo czekać — wziął winę na siebie Krzysztof.
Matka tylko westchnęła, domyślając się wszystkiego, i rozpłakała się.
I tak, zamiast studiów, Weronika siedem miesięcy później urodziła chłopca. Krzysztof pracował w warsztacie samochodowym, ona zajmowała się dzieckiem. Okazała się dobrą matką i troskliwą żoną.
Mieszkali z matką Weroniki. Gdy syn podrósł i poszedł do przedszkola, ona też zaczęła pracę. Jeden z klientów Krzysztofa wziął ją na sekretarkę. Wzięli kredyt na mieszkanie.
Rosnący syn, kochający mąż, silna rodzina. Weronika myślała, że tak będzie już zawsze. A rok temu do sąsiedniego mieszkania wprowadziła się młoda, piękna kobieta. Pewnego wieczoru przyszła się przedstawić, przynosząc ciasto i wino. Weronika nakryła do stołu, wypili razem.
Nowa sąsiadka, Małgorzata, znała mnóstwo dowcipów i opowiadała je z wprawą. Śmiali się z Krzysztofem, aż brzuchy ich bolały. Potem spytała, czy umie składać meble. Kupiła szafę i potrzebowała męskiej pomocy.
— On wszystko potrafi, złote rączki ma, oczywiście pomoże — odparła lekko Weronika.
Następnego dnia po kolacji poszedł do sąsiadki montować szafę. Potem Małgorzata poprosiła o pomoc w przepakowaniu pudeł, potem o zawieszenie lampy… Wieczorami Krzysztof coraz częściej znikał u niej. Czasem Małgorzata wpadała pogadać z Weroniką.
— Masz taką wspaniałą rodzinę. Szczęściara jesteś z mężem — wzdychała. — A ja sama, bez dzieci.
— Nie przejmuj się. Jeszcze młoda jesteś. Wszystko będzie. Spotkasz swoją miłość — pocieszała ją Weronika.
— Już spotkałam — wyznała nagle Małgorzata.
Weronika taktownie nie dopytywała, szczerze się ucieszyła. Że tamta spuściła wzrok, a filiżanka zadrżała jej w dłoni, zrzuciła na zakłopotanie wyznaniem.
Pewnego dnia zatrzymała ją na ulicy starsza sąsiadka.
— Weroniko, z pracy idziesz?
— Tak, przepraszam, muszę już…
— Poczekaj. To nie moja sprawa, ale myślę, że powinnaś wiedzieć. Mieszkam naprzeciwko Małgorzaty. Nie śledzę jej, ale jak w nocy ktoś chodzi pod drzwiami… No, musisz ratować męża, póki nie jest za późno.
— O czym pani mówi?
— O tym, co myślisz. Pewnej nocy poszłam po mleko, bo nie mogłam spać. Pod drzwiami coś zaszeleściło. Wyjrzałam przez wizjer…
Weronika poczuła, jak po plecach spływa jej zimny dreszcz. Chciała uciec, ale sąsiadka złapała ją za rękę.
— Z mieszka— Widziałam, jak późnym gościem wychodzącym z jej mieszkania był twój mąż — szepnęła sąsiadka, patrząc na Weronikę z niemym współczuciem.



