Moje życie coraz bardziej przypomina scenę z dramatycznego filmu. Mam 38 lat i od dwóch lat mieszkam z mężczyzną, który jest ode mnie starszy o pięć lat. Franek typowy warszawiak, z duszą artysty i sercem otwartym na wszystkich. Przed naszym związkiem był mężem Grażyny, mają razem dwójkę dzieci, a Grażyna, odkąd straciła pracę, wiecznie prosi go o pomoc: z pieniędzmi, z zakupami, z załatwieniem spraw urzędowych. Każdy wieczór wygląda tak samo telefon dzwoni, a w słuchawce jej głos, pełen pretensji i żalu.
Ja nie miałam męża ani dzieci. Może to sprawia, że ludzie myślą, iż nie wiem, czym jest prawdziwa rodzina, ale to nieprawda. Rozumiem, o co walczę o szczęście, które nie jest podszyte nieustannym lękiem, czy mój związek przetrwa kolejny telefon od Grażyny.
Ona nie odpuszcza. Dzwoni codziennie, zawsze wynajdując nowy problem. Franek nie odmawia. Po pracy jedzie do niej do Zielonej Góry, wraca do naszego mieszkania w Warszawie późno, zmęczony, z głową pełną jej spraw. Nawet Wigilię nie możemy spędzić sami, bo znów dzwoni Grażyna, a on rzuca wszystko i jedzie.
Wielka rodzina Grażyny jest tuż obok, kuzynki, przyjaciółki, sąsiedzi zawsze ktoś mógłby pomóc, ale to na Franka zwraca się jej cała uwaga. Jest tylko jedna odpowiedź na pytanie, po co to wszystko ona chce go odzyskać, odzyskać rodzinę, która dawno się rozpadła.
Jestem tym wykończona. Ile jeszcze można tak żyć? Czy mam się rozwieść, czy walczyć dalej? Kiedy próbuję z nim rozmawiać, jest tylko cisza i to jego spojrzenie, w którym widzę zmęczenie, ale nie widzę rozwiązania. Zostaje tylko pytanie, czy nasza miłość wytrzyma tę próbę codziennych dramatów za drzwiami mieszkania przy ulicy Marszałkowskiej.



