Dzisiaj znów siedzę na ławce przed domem, zalana słońcem, i cieszę się pierwszymi ciepłymi dniami. Wreszcie nadeszła wiosna. Tylko Bogu wiadomo, jak przeżyłam tę zimę.
Nie przeżyję kolejnej! pomyślałam i westchnęłam. Już się nie bałam odejścia. Wręcz czekałam na ten moment. Od dawna odkładałam pieniądze. Suknię pogrzebową też kupiłam.
Nic już mnie nie trzymało na tym świecie.
***
Kiedyś miałam wielką rodzinę męża, Franciszka, wysokiego, silnego mężczyznę, i czwórkę dzieci: trzech synów i córkę. Żyliśmy zgodnie, pomagaliśmy sobie, rzadko się kłóciliśmy. Dzieci wyrosły i rozleciały się po świecie.
Dwaj starsi poszli na studia, a potem rozjechali się do różnych miast za pracą. Średni nigdy nie był pilnym uczniem, ale zajął się w końcu biznesem, który zawiódł go za granicę, gdzie został na dobre. Córka też nie zatrzymała się w rodzinnej wsi poleciała do Warszawy i szybko wyszła za mąż.
Z początku dzieci często nas odwiedzały. Pisały listy, a gdy pojawiły się telefony komórkowe dzwoniły. Potem przyszły wnuki. Czasem pakowałam swoją starą, wytartą walizkę i jechałam do któregoś z dzieci jako niania.
Z czasem jednak i wnuki wyrosły z potrzeby babcinej opieki. Coraz rzadziej mnie wzywali, coraz mniej dzwonili. A o tym, żeby przyjechać w odwiedziny, zapomnieli całkiem mieli swoje sprawy: pracę, rodziny, dorastające dzieci.
Ostatnim razem zjechali się wszyscy tylko na pogre



