W małej wsię pod Suwałkami, gdzie zimowe wiatry z hukiem uderzają o drewniane chaty, Wanda z mężem czekali daremnie na przyjazd syna. Nadzieje pękały jak bańka myślana, a serce ściskało się z żalu.
— Chyba nie przyjedzie — westchnęła Wanda, spoglądając na męża, Witolda. — Już się nawet nie złoszczę, tak przywykliśmy.
— Co się stało? Znowu synowa nie puściła? — zmarszczył brwi Witold. — Nigdy z nią nie dogadujecie.
— Może i tak — odparła Wanda, głos jej drżał. — Ale Tomek nigdy nam takich rzeczy nie mówił. Kiedyś przyjeżdżał częściej, a teraz… Jego żona zawsze ma jakiegoś asa w rękawie. Chyba będziemy musieli wynająć fachowców do naprawy dachu. Syn nie może nam poświęcić nawet jednego dnia.
Wanda opowiadała o swoim czterdziestoletnim synu Tomku z goryczą. Dwanaście lat temu wyjechał do Warszawy, zostawiając rodzinną wieś za sobą. Tomek jest mechanikiem, kiedyś wszystko robił sam, teraz tylko wydaje polecenia. W stolicy ożenił się z Kasią i kupił mieszkanie.
— Sam robił remont — wspominała Wanda. — A Kasia tylko dyrygowała. Pobrali się późno, ona miała już trzydziestkę na karku. Nigdy wcześniej nie była zamężna, i wcale mnie to nie dziwi — z takim charakterem nie każdy da radę. Od pierwszej chwili nie polubiłyśmy się.
— Nic dziwnego, że tak długo była sama — dodał Witold. — Pamiętam, jak próbowałaś z nią rozmawiać. Koszmar. Co on w niej znalazł?
Kasia prawie nie utrzymywała kontaktu z rodzicami męża. Raz do roku pozwalała Tomkowi ich odwiedzić. Tym razem obiecał Wandzie, że w maju weźmie urlop, by naprawić przetrący dach ich domu. Ale, jak się okazało, Kasia miała inne plany, które pogrzebały wszystkie nadzieje.
— Kasia spodziewa się dziecka — powiedziała z goryczą Wanda. — Zabroniła Tomkowi zostawiać ją samą. Choć jest dorosłą kobietą, pracuje jako pielęgniarka — co jej się może stać? Na dwa tygodnie przed urlopem zaczęła go męczyć, mimo że bilety już były zakupione.
— Dlaczego ona tak robi? — spytał Witold, choć znał odpowiedź.
— Najpierw mówiła, że boi się sama, a potem… — Wanda urwała, oczy jej zaszkliły się łzami.
— Co potem? Ona go za krawat prowadzi do pracy? Ma przecież rodziców, którzy za nią staną murem! — oburzył się Witold.
— Myślę, że to jej rodzice ją podpuszczają — ciągnęła Wanda. — Powiedzieli jej, że nie można puszczać męża samego na urlop. Mieli zięcia, który jeździł do rodziców, a potem się rozwiódł. Teraz ich młodsza córka mieszka z nimi. Więc teraz wbijają Kasi do głowy, że Tomek jest taki sam.
— Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka! — wybuchnął Witold. — Tomek nigdy nie dał powodu, by tak mysleć. I Kasia mogłaby z nim przyjechać. W czym problem?
— Przyjechać? — gorzko się zaśmiała Wanda. — Ona by się raczej w grobie przewróciła! Przecież wiesz, jak nas nienawidzi. Próbowałam z nią rozmawiać, ale bez skutku.
Wanda przypomniała, jak Witold raz zadzwonił do Kasi, licząc na rozładowanie sytuacji. Ale rozmowa skończyła się katastrofą.
— Co powiedziała? — spytał, choć przeczuwał odpowiedź.
— Że wiecznie czegoś chcemy, odrywamy Tomka od rodziny — głos Wandy drżał. — Że ma dość naszego oporu. Mąż ma myśleć o żonie i dziecku, a nie o fanaberiach rodziców. A jeśli bierze urlop, to ma być z rodziną. I jeszcze dodała, że nasz dom jej nie jest potrzebny!
— No niech mnie! — Witold zacisnął pięści. — A Tomek co?
— Tobie się tłumaczył, ale wiesz, że on tu niewiele może — westchnęła Wanda. — Pewnie odłożył przyjazd, żeby jej nie denerwować. Boi się o dziecko, o nią.
Witold nie wytrzymał. Wściekły, zadzwonił do syna i wygarnął, co leży mu na wątrobie.
— Dość tego! — wrzeszczał do słuchawki. — Nie będę cię więcej czekał! Zatrudnię ekipę, a ty siedź pod pantalonem swojej baby!
Wanda milczała, ale serce pękało jej z bólu. Rozumiała męża, ale słowa, że „żon może być wiele, a rodziców od dziecka się nie wybiera”, raniły jak nóż. Tomek był ich jedynym dzieckiem, dumą, a teraz między nimi wyrósł mur, którego fundamenty położyła Kasia. Trzymała go krótko, a on, bojąc się jej histerii, słuchał.
Wanda patrzyła na stary dach, który przeciekał przy każdej ulewie, i czuła, jak nadzieja ucieka wraz z wodą. Całe życie pracowali, by dać synowi lepszy start, a teraz muszą płacić obcym za naprawę własnego domu. Żal dusił, ale najgorsza była myśl, że syn oddala się coraz bardziej. Kasia dała jasno do zrozumienia: jej rodzina to ona i dziecko, a rodziny Tomka — tylko balast.
Wanda nie wiedziała, jak odzyskać syna. Marzyła, by przyjechał, objął ją jak kiedyś, i razem naprawili dach, śmiejąc się ze starych wspomnień. Zamiast tego dostała lodowate milczenie i wyrzuty. Rodzina, którą budowali z miłością, pękała w szwa, i Wanda bała się, że tej dziury nigdy nie da się zaszyć.



