Dlaczego nie warto zapraszać gości do swojego domu? Moje doświadczenia

Dlaczego już nigdy nie zapraszam gości do domu? tak mówiłam sobie ostatnio, stojąc przy oknie w kamienicy przy ulicy Chłodnej w Warszawie, patrząc na szary, zimny deszcz, który spływał po szybach. Nie chodziło o pieniądze mam podwórko, kuchnię i stół, na którym mogę położyć choćby garść pierogów. To, co mnie dręczy, to całe to zamieszanie wokół przyjęć.

Gotowanie dla gości to dla mnie nie tylko wstawianie garnków na ogniu, to pół dnia spędzone w małej kuchni, w której dym unosi się jak mgła nad Wisłą. Potrafię przyrządzić tradycyjne placki, bigos czy barszcz, ale nie czuję radości, gdy wciąż słyszę szelest noża i stłumione westchnienia, a wokół drzemią spojrzenia, że coś mi nie wystarcza. Dla dzieci i męża chętnie wymyślę nowy przepis, ale dla gości, których chcę zadowolić, nie mam ochoty tracić energii. Gdy przyjeżdżają przyjaciele lub krewni, nie mam wyboru muszę stać przy kuchni, a w tle słychać ich rozmowy i śmiechy, które przypominają mi, że ja tu tylko pracuję. Oczekują ciszy, a ja jestem jedynym, kto krzyczy w garnku, bo nikt nie podnosi łyżki, by pomóc. A gdy w końcu wstają z kanapy i odchodzą, czeka mnie jeszcze godzina sprzątania po ich wizycie.

Gdy goście wciąż są w domu, staram się usuwać bałagan. Nie zostawiają po sobie góry papierków po cukierkach, nie zamieniają mojego salonu w kosz na śmieci, ale porządek w domu rozmywa się jak dym z papierosa. Meble zostają przesuwane, a później muszę je znów ustawiać na miejscu. Dzieci krewnych wnoszą ze sobą lawinę zabawek, które rozrzucone są po każdym pokoju. Pościel wymaga zmiany, a na obrusek i zasłony wlewa się farba z małych rączek. Raz dzieci potknęły wazon stojący na parapecie; musieliśmy nie tylko posprzątać ziemię i umyć podłogę, ale i przesadzić kwiaty, które już nie wyglądały jak po wiosennym deszczu. Nie brakuje też drobnych incydentów pękające zamki, wyłamywane klamki.

To nie tylko moja wina, że nie potrafię znieść tych gości. Nie mogę kontrolować, czy rodzice ich pilnują, bo często sami rozmawiają z innymi znajomymi lub odwiedzają rodzinę. Muszę więc nie tylko gotować, ale i sprzątać po ich bałaganie, a przy tym udawać, że wszystko jest w porządku.

Goście ciekawi są naszym życiem domowym. Gdy spodziewam się wizyty, nie pierę prania, nie dotykam bielizny, chowam rzeczy do szaf, a mimo to pytają: Pokaż nam, co trzymacie w szafie. Niektórzy wnikliwie zaglądają do kuchni, badając każdy nóż, każdą patelnię, jakby szukali jakiegoś sekretnemu przepisu. To drażni mnie tak, jakby wbijali się w mój prywatny świat. Mój mąż i ja mieszkamy w małym mieszkaniu w Krakowie, pełnym mebli i wazonów, wśród wiszących kwiatów, które goście nieustannie wyrywają, żeby zabrać fragment domu ze sobą.

Czasem myślałam, że to ja jestem problemem, że nie potrafię przyjąć gości z otwartym sercem. Lecz po kolejnych wizytach zrozumiałam, że nie mam już sił i energii, by gotować, sprzątać i jednocześnie nosić w sobie napięcie. Wolę spotkać się przy kawie w kawiarni przy Rynku Głównym, wybrać się na spacer po Plantach i wrócić do domu, w którym panuje cisza i porządek, a nie chaos po kolejnej uczcie. Takie życie daje mi spokój, którego nie da się kupić za żadne pieniądze, nawet za 200 złotych.

Rate article
Fajna Tajna
Dlaczego nie warto zapraszać gości do swojego domu? Moje doświadczenia