Déjà vu Ona zawsze czekała na listy. Od dziecka. Przez całe życie. Zmieniały się adresy. Drzewa wydawały się mniejsze, ludzie coraz dalsi, oczekiwania – cichsze. On nikomu nie wierzył i na nic nie czekał. Był przeciętny – z zewnątrz silny facet. Praca. W domu tylko pies. Podróże samotnie lub z czworonogiem. Ona – czarująca dziewczyna o dużych, smutnych oczach. Ktoś zapytał ją kiedyś: – Bez czego nie wyjdziesz z domu? – Bez uśmiechu! – odpowiedziała, a urocze dołeczki na policzkach podkreślały jej słowa. Od zawsze najlepiej trzymała się z chłopakami. „Pirata w spódnicy” – tak mówili na nią sąsiedzi. Ale miała jedną grę, w którą bawiła się sama. Grała szczęśliwą mamę – miała wielu synów i córki, dobrego męża, piękny dom z wielkim ogrodem dookoła. On nie wyobrażał sobie życia bez sportu. W garażu w kartonie spały puchary, medale, dyplomy. Nie wiedział po co to trzyma – z szacunku do rodziców, którzy z niego byli dumni. Zawsze planował im to zawieźć. Pierwsze miejsca nie były dla samego zwycięstwa. Chciał czuć ten proces, aż do utraty tchu, do ostatniej kropli potu – potem zmęczenie i nowy przypływ sił, nowy oddech. Jej rodzice zginęli. Miała wtedy około siedmiu lat. Ją i młodszego brata rozdzielono do różnych domów dziecka. Tak dorosła. Z własnymi walkami, smutkami, radościami. Życie w placówkach było już za nią. Teraz mieszkali naprzeciwko siebie: osiedle niskich domków, ciepłe uliczki, kolorowe podwórka, bazarki. Najlepsi przyjaciele – brat i jego rodzina. To był niespokojny dzień… Kończyła dyżur, szła przez teren bazy. Dobiegł ją Pan Wacek, starszy mechanik, przytulił po ojcowsku i podziękował za sernik. – Odpocznij w domu, dobrze?! – Dam radę – odparła, całując go w policzek i ruszając do auta. – Eh… – westchnął za nią kierowca karetki. Na święta często składano ich razem w dyżur – mało kto chciał wtedy pracować, nawet lekarze. W ekipie miała dwóch kolegów. Nie lubili jej – była zadbana, elegancka, pogodna. A przecież tyle się zmienia, jeśli lekarz promienieje i dobrze wygląda. On gnał ile mógł. W bagażniku podskakiwały sportowe trofea, na tylnym siedzeniu pies niecierpliwie popiskiwał. Ojciec zaproponował, by Nowy Rok spędzili razem. Przełożył więc karton nagród do auta. Był podekscytowany, że tym razem nie pracuje w święta. Tęsknił za „chłopakami”, bo praca trenera była jego pasją. Ale rzadkie spotkania z rodzicami bolały… Na kilka dni przed świętami, nad ranem, zadzwonił telefon. – Mama źle się czuje – głos ojca drżał. Był emerytowanym pułkownikiem, zawsze silnym, ale teraz nie umiał ukryć lęku. Od szkolnych lat rodzice byli razem, nawet po tylu latach patrzyli na siebie jak zakochana para. Ten ogień w ich oczach zawsze go wzruszał – jakby znali jakąś tajemnicę… Ona zmęczona, ale uśmiecha się. Zawsze w sylwestra piecze masę ciast i po dyżurze rozwozi po mieście. Dziś nawet udało się przespać parę godzin na dyżurce. Inaczej Wacek nie puściłby jej za kierownicę – sam by odwiózł, głośno się ciesząc z jej rumieńców. Dziesięć kilometrów do rodzinnego domu. I nagle zamieć. Przypomniało mu się, jak parę godzin wcześniej pies nie chciał wejść do auta, ten brzęk z bagażnika, wieczne wyjazdy, drogi… – Mamo, tato, trzymajcie się… Nikogo poza wami nie mam… Pies polizał go w kark, jakby wyczuł myśli. – Wybacz, przyjacielu, i tobie też! Ona wyłączyła silnik. To nie czas na śnieżycę… Zostało jedno ciasto. Dwa, trzy kilometry wiejską drogą, za zakrętem działki, gdzie mieszka jej ulubiona pacjentka, energiczna pani profesor – nie nazwałaby jej babcią, choć wiek już sędziwy. Jej mąż – równie pogodny. Kochali podróże. Nie narzekali. Tak pewnie wyglądaliby teraz jej rodzice… Ciemny cień mignął tuż pod kołami. Na tle bieli śnieżycy. – Skąd ty tu, psino, z lasu? Uciekłaś komuś? Piękne oczy!… Czemu mokra szyja?… Sweter… Chcę spać… Jack, Jacku, przyjacielu… Czemu tak boli?!… Mamo, już jadę, tato, jestem blisko… Ciemność… Do Wacka nie dało się dodzwonić – pojechał po wnuki. Nie, karetka nie przejedzie. Wszystko zawiane. – Już, chłopie… spokojnie, zaraz wyciągnę. Boże! I pies tam jeszcze… Już ruszyła z miejsca, gdy wyprzedził ją szary samochód. – Ktoś się spieszy do domu – przemknęło jej przez głowę. Po chwili zobaczyła przewrócony szary samochód, staczający się do rowu. Czarny pies leżał parę metrów dalej – żywy, chyba. – Która w ogóle godzina? – woda w prysznicu parzy, ale tylko to ją teraz ratuje przed dreszczami. Usiadła pod ścianą w łazience, przymknęła oczy. Poprostu przespać to wszystko… – Jak wyciągnęłaś takiego silnego chłopa?! – usłyszała w głowie głos brata. Ból wrócił w każdą kość i mięsień. Mężczyznę i dwa psy zabrała do szpitala własnym autem. W połowie drogi spotkał ją brat. Tego samego dnia wróciła jeszcze do działek z ciastem. Wzięła ze sobą karton, który wypadł z bagażnika rozbitego auta. – Może to coś ważnego dla tego faceta. Najważniejsze, że wszyscy żyją. Gdy dojdzie do siebie, oddam. Drzwi otworzył jej zdezorientowany mąż staruszki. – Coś się stało? – spytała. – Żona w szpitalu. Szykuję się, by do niej jechać. Syna się nie doczekałem, nie mogę się dodzwonić… Zamilkła, spuściła głowę. – Wszystko w porządku u pani? – zapytał, biorąc ją za rękę. – Zawiozę pana – zaproponowała. Jechali w ciszy, zamieć ustała. – Ma pani na tylnej kanapie jakiś karton – zauważył emerytowany oficer. – Był wypadek. Mężczyzna chciał ominąć psa, który wbiegł z lasu, samochód dachował, karton wypadł z bagażnika… – Szare auto, w środku biały pies, a ten z lasu był czarny? – spytał zupełnie cicho. Zatrzymała się, spojrzała na niego. Pułkownik zacisnął pięści. – Żyje! I pana żona też wyzdrowieje! – przytuliła go mocno. – Wiesz, córko… Mogę tak cię nazywać? – Oczywiście – w oczach miała łzy. – Żona śniła kilka dni z rzędu, że widzi czarnego psa. A syn ma białego… Skąd ten czarny pies?! – Niesamowite oczy. Smutne, piękne… – o tym pomyślał, gdy się ocknął. Na krześle przy łóżku zasypiał ojciec. – Mama. Wypadek. – Przypomniał sobie wszystko i te oczy dziewczyny… Nowy Rok świętowali pod koniec stycznia. Mama wracała do zdrowia. Ojciec szczęśliwy. Jack lekko utykał, ale i to miało minąć. Jego znów czekała praca. Trzeba „chłopaków” z powrotem zebrać po feriach i przygotować do zawodów. Za długo zasiedział się u rodziców. Czas wrócić do miasta. Tylko ciągle myślał o tej dziewczynie… Już stał przy furtce, gdy z okna na strychu zawołał go ojciec. – Tato, czego szukasz? Ojciec uśmiechnął się chytrze. Mężczyzna rozejrzał się i zauważył na półkach swoje sportowe trofea. – Skąd… panie pułkowniku?! – uśmiechnął się do ojca. – Pomyśl!… Idę wyprowadzić Jacka przed twoim wyjazdem. Ona wracała do domu wcześniej niż zwykle. W domu czekała Dina. Nie mogła jej nie zabrać od znajomego weterynarza, kiedy ta doszła do siebie – trafiłaby do schroniska. Dina była nie do końca czarna: na piersi białe serduszko. Dziewczyna weszła do klatki i rutynowo otworzyła skrzynkę pocztową. Zamknęła ją, ale kątem oka zobaczyła biały kopertę. W środku: Przyjdę dziś wieczorem. Dziękuję ci, kochana! Miłość – to nasz kompas. Pomaga znaleźć drogę.

Deja vu

Ona czeka na listy. Zawsze. Od dziecka. Przez całe życie.
Zmieniają się adresy. Drzewa wydają się niższe, ludzie dalsi, oczekiwania cichsze.
On nikomu nie ufa i niczego nie oczekuje. Wygląda zwyczajnie postawny mężczyzna. Praca. W domu pies. Samotne podróże, czasem tylko z czworonogiem.

Ona urocza dziewczyna o dużych, smutnych oczach. Ktoś kiedyś zapytał:

– Bez czego nie wyjdziesz z domu?
– Bez uśmiechu! odpowiedziała, a dołeczki w policzkach tylko to podkreślały.

Od zawsze lepiej dogadywała się z chłopakami. Na podwórku wołali na nią: piratka w spódnicy. Ale miała jedną specjalną zabawę, kiedy zostawała sama. Udawała, że jest mamą wielu dzieci, ma dobrego męża, a razem mieszkają w dużym, przytulnym domu otoczonym pięknym, kwitnącym ogrodem.

On nie wyobraża sobie życia bez sportu. W garażu, w kartonie, śpią spokojnie puchary, medale, dyplomy. Nie wie, po co to trzyma. Może z szacunku do rodziców, którzy byli zawsze tacy dumni!… Ciągle planuje im to wszystko zawieźć. Pierwsze miejsca zdarzały się nie dla zwycięstw. Po prostu lubił ten proces. Do wyczerpania, do ostatniej kropli potu, aby po zmęczeniu poczuć nowy przypływ sił. Nowy oddech.

Jej rodzice zginęli, gdy miała około siedmiu lat. Ona i młodszy brat trafili do różnych domów dziecka. Tam dorastali ze swoimi walkami, smutkami, drobnymi radościami. Te czasy już za nimi. Teraz mieszkają naprzeciwko siebie, w osiedlu niskich bloków, z ciepłymi uliczkami i kolorowymi placami zabaw, otoczonymi targami od lokalnych rolników. Najlepsi i jedyni przyjaciele to rodzina brata.

Czuć niepokój tego dnia… Jej zmiana dobiegła końca. Przechodzi przez dziedziniec bazy transportowej. Dogania ją pan Wacław i obejmuje troskliwie, dziękując za pierogi.
– Idź do domu i prześpij się trochę, dobrze?!
– Zdążę. Zbywa żartem, całuje go w policzek i spieszy do auta.
– Eh… wzdycha za nią kierowca karetki.

Na święta często zgłaszali ich na wspólną służbę mało kto chce wtedy pracować, nawet lekarze.
W zespole była z dwoma mężczyznami. Koledzy nie przepadali za nią. Lubiła być zadbana, schludna, bo wiedziała, jak ważna jest energia lekarza dla pacjentów i całego otoczenia.

On pędzi, jak umie. W bagażniku podskakują sportowe trofea, pies na tylnym siedzeniu skomle niespokojnie. Ojciec zaproponował, by Nowy Rok spędzili razem. Jeszcze tego samego dnia przełożył pudło do auta. Ucieszył się, że tym razem święta nie upłyną mu w pracy, chociaż bardzo tęskni za dziećmi z drużyny, a trenowanie daje mu wielką satysfakcję. Rzadkie spotkania z rodzicami jednak zawsze zostawiały ślad smutku…
Kilka dni przed świętami, o świcie obudził go telefon.

– Mama źle się czuje. Ojciec miał drżący głos. Twardy facet, emerytowany pułkownik, nie był w stanie ukryć niepokoju. Rodzice byli razem odkąd tylko pamiętał. Nawet po tylu latach patrzyli na siebie jak zakochani licealiści. Ten błysk w ich oczach zawsze go zaskakiwał. Jakby znali jakąś tajemnicę!…

Ona znużona, ale się uśmiecha. Co roku przed Nowym Rokiem piecze góry pierogów i po dyżurze rozwozi je po mieście. Dziś nawet udało jej się chwilę zdrzemnąć w dyżurce. Inaczej pan Wacław nie puściłby jej za kierownicę sam by ją odwiózł, śmiejąc się z jej speszonego uśmiechu.

Ma przed sobą jeszcze jakieś dziesięć kilometrów do rodzinnego domu. Nagle zaczyna się śnieżyca. Przypomina sobie, jak kilka godzin wcześniej pies nie chciał wejść do samochodu, hałas z bagażnika, ciągłe wyjazdy, drogi
– Mamo, tato, trzymajcie się Jesteście wszystkim, co mam
Pies natychmiast lizał go w kark, jakby odgadł myśli.
– Wybacz, przyjacielu, tobie też!

Ona wyłączyła silnik. Śnieżyca przyszła w naprawdę niewłaściwym momencie. Został jej jeszcze jeden pieróg. Dwa, trzy kilometry i wiejska droga, a tam za zakrętem ogródkowe działki, gdzie mieszka jej ulubiona pacjentka, zacna staruszka… Właściwie język nie pozwala nazwać jej babcią ta energiczna pani z iskrą w oczach naprawdę nie pasuje do tego określenia. Jej mąż tak samo pełen blasku w oczach. Dobra para. Oboje kochają podróżować, nigdy nie narzekają. Tacy pewnie byliby dziś jej rodzice

Nagły ciemny cień tuż pod koła na tle białego, śnieżnego mleka z nieba.
– Skąd się wzięłaś, psinko? Z lasu czy komuś uciekłaś…? Te oczy!… Dlaczego ta szyja taka lepka!?… Mokry sweter… Tak bardzo chce się spać… Dino, Dinuś, przyjacielu… Dlaczego to tak boli?… Mamo, jadę, tato, jestem już prawie… Ciemno…

Nie można się dodzwonić do pana Wacława. Pojechał odebrać wnuki. Karetka tu nie przejedzie, zawiało całkiem.
– Trzymaj się chłopie… Jeszcze cię wyciągnę. Boże!… Tu jest jeszcze pies…

Ona już rusza z miejsca, gdy mija ją szare auto.
– Ktoś pędzi do domu pomyślała. Po kilku minutach dostrzegła dachujący samochód zjeżdżający do rowu. Czarny pies leżał kilka metrów dalej. Żyje chyba.

– Która w ogóle godzina? Gorąca woda zwykle jej przeszkadza, ale teraz gorący prysznic to jedyne, co ją ratuje. Drżenie ustaje. Przysiada na podłodze w łazience. Zamykając oczy, wzdycha głęboko. Marzy, by się choć trochę przespać

– Jak udało ci się go wyciągnąć, taki silny facet?! w głowie brzmi głos brata. Całe ciało zesztywniało. Mięśnie przypomniały sobie cały ból.

Mężczyznę i dwa psy zabiera do szpitala własnym samochodem. W połowie drogi spotkał ich brat pomógł. Tego samego dnia wróciła w okolice ogródków działkowych, by mimo wszystko oddać pieróg. Zabrała też karton, który wypadł z bagażnika szarego auta.
– Może to coś ważnego dla tamtego chłopaka. Najważniejsze, że wszyscy żyją. Jak dojdzie do siebie, oddam mu.

Mąż starszej pani otworzył drzwi zdezorientowany.
– Czy coś się stało? wyrwało jej się.
– Żona w szpitalu. Jadę do niej. Czekałem na syna, ale nie mogę się do niego dodzwonić
Nic nie mówiła. Spuściła głowę.
– U pani wszystko w porządku? chwycił ją za dłoń.
– Może ja pana zawiozę? zaproponowała.

Jechali w milczeniu. Śnieżyca ustała.
– U pani na tylnym siedzeniu stoi karton. Skąd on się wziął? nie wytrzymał pułkownik.
– Był w aucie po wypadku. Mężczyzna chciał ominąć psa wbiegającego z lasu, auto dachowało, pudełko wyleciało z bagażnika
– Szary samochód? W środku biały pies, a ta z lasu była czarna? zapytał szeptem.
Zatrzymała samochód. Odwróciła się do niego. Pułkownik zacisnął pięści, spojrzał na drogę.
– On żyje! I pańska żona też wyzdrowieje. objęła go.
– Wiesz, córeczko Mogę się tak do ciebie zwracać?
– Oczywiście! łzy stanęły jej w oczach.
– Żonie przez kilka dni śnił się dziwny sen o jakimś czarnym psie. Nasz syn ma białego psa. Skąd się wzięła ta czarna!?…

– Te oczy. Niesamowite. Takie smutne… to pierwsze, o czym myśli, gdy odzyskuje przytomność. Na krześle przy łóżku drzemał ojciec.
– Mama. Wypadek. Wszystko sobie przypomina. I oczy tamtej dziewczyny

Nowy Rok świętowali pod koniec stycznia. Mama wraca do zdrowia. Ojciec jest szczęśliwy. Dino trochę utyka, ale to przejdzie. On wraca do pracy. Chłopaków trzeba postawić na nogi po noworocznej przerwie, przygotować do zawodów. Zasiedział się u rodziców, pora wracać do miasta. Ale wciąż myśli o tej dziewczynie…

Już przy bramie ojciec woła go z okna na strychu.
– Tato, w czym pomóc?
Ojciec uśmiecha się tajemniczo. On rozgląda się po strychu i zauważa na półkach swoje sportowe trofea.
– No proszę Skąd to się tu wzięło, panie pułkowniku?! uśmiecha się.
– Pomyśl… Idę przewietrzyć Dina, zanim wyjedziesz.

Ona wraca do domu szybciej niż zwykle. Czeka na nią Dżina. Nie mogła jej nie zabrać od znajomego weterynarza, gdy już doszła do siebie. Inaczej trafiłaby do schroniska. Dżina nie jest zupełnie czarna na piersi białe serduszko.
Dziewczyna wchodzi do klatki, mechanicznie otwiera skrzynkę pocztową, niemal nie patrząc. Już chce ją zamknąć, gdy kątem oka dostrzega biały kopertę.
W liście napisano:
Przyjdę dziś wieczorem. Dziękuję ci, kochana!
Miłość, jak kompas, pomaga odnaleźć drogę.

Rate article
Fajna Tajna
Déjà vu Ona zawsze czekała na listy. Od dziecka. Przez całe życie. Zmieniały się adresy. Drzewa wydawały się mniejsze, ludzie coraz dalsi, oczekiwania – cichsze. On nikomu nie wierzył i na nic nie czekał. Był przeciętny – z zewnątrz silny facet. Praca. W domu tylko pies. Podróże samotnie lub z czworonogiem. Ona – czarująca dziewczyna o dużych, smutnych oczach. Ktoś zapytał ją kiedyś: – Bez czego nie wyjdziesz z domu? – Bez uśmiechu! – odpowiedziała, a urocze dołeczki na policzkach podkreślały jej słowa. Od zawsze najlepiej trzymała się z chłopakami. „Pirata w spódnicy” – tak mówili na nią sąsiedzi. Ale miała jedną grę, w którą bawiła się sama. Grała szczęśliwą mamę – miała wielu synów i córki, dobrego męża, piękny dom z wielkim ogrodem dookoła. On nie wyobrażał sobie życia bez sportu. W garażu w kartonie spały puchary, medale, dyplomy. Nie wiedział po co to trzyma – z szacunku do rodziców, którzy z niego byli dumni. Zawsze planował im to zawieźć. Pierwsze miejsca nie były dla samego zwycięstwa. Chciał czuć ten proces, aż do utraty tchu, do ostatniej kropli potu – potem zmęczenie i nowy przypływ sił, nowy oddech. Jej rodzice zginęli. Miała wtedy około siedmiu lat. Ją i młodszego brata rozdzielono do różnych domów dziecka. Tak dorosła. Z własnymi walkami, smutkami, radościami. Życie w placówkach było już za nią. Teraz mieszkali naprzeciwko siebie: osiedle niskich domków, ciepłe uliczki, kolorowe podwórka, bazarki. Najlepsi przyjaciele – brat i jego rodzina. To był niespokojny dzień… Kończyła dyżur, szła przez teren bazy. Dobiegł ją Pan Wacek, starszy mechanik, przytulił po ojcowsku i podziękował za sernik. – Odpocznij w domu, dobrze?! – Dam radę – odparła, całując go w policzek i ruszając do auta. – Eh… – westchnął za nią kierowca karetki. Na święta często składano ich razem w dyżur – mało kto chciał wtedy pracować, nawet lekarze. W ekipie miała dwóch kolegów. Nie lubili jej – była zadbana, elegancka, pogodna. A przecież tyle się zmienia, jeśli lekarz promienieje i dobrze wygląda. On gnał ile mógł. W bagażniku podskakiwały sportowe trofea, na tylnym siedzeniu pies niecierpliwie popiskiwał. Ojciec zaproponował, by Nowy Rok spędzili razem. Przełożył więc karton nagród do auta. Był podekscytowany, że tym razem nie pracuje w święta. Tęsknił za „chłopakami”, bo praca trenera była jego pasją. Ale rzadkie spotkania z rodzicami bolały… Na kilka dni przed świętami, nad ranem, zadzwonił telefon. – Mama źle się czuje – głos ojca drżał. Był emerytowanym pułkownikiem, zawsze silnym, ale teraz nie umiał ukryć lęku. Od szkolnych lat rodzice byli razem, nawet po tylu latach patrzyli na siebie jak zakochana para. Ten ogień w ich oczach zawsze go wzruszał – jakby znali jakąś tajemnicę… Ona zmęczona, ale uśmiecha się. Zawsze w sylwestra piecze masę ciast i po dyżurze rozwozi po mieście. Dziś nawet udało się przespać parę godzin na dyżurce. Inaczej Wacek nie puściłby jej za kierownicę – sam by odwiózł, głośno się ciesząc z jej rumieńców. Dziesięć kilometrów do rodzinnego domu. I nagle zamieć. Przypomniało mu się, jak parę godzin wcześniej pies nie chciał wejść do auta, ten brzęk z bagażnika, wieczne wyjazdy, drogi… – Mamo, tato, trzymajcie się… Nikogo poza wami nie mam… Pies polizał go w kark, jakby wyczuł myśli. – Wybacz, przyjacielu, i tobie też! Ona wyłączyła silnik. To nie czas na śnieżycę… Zostało jedno ciasto. Dwa, trzy kilometry wiejską drogą, za zakrętem działki, gdzie mieszka jej ulubiona pacjentka, energiczna pani profesor – nie nazwałaby jej babcią, choć wiek już sędziwy. Jej mąż – równie pogodny. Kochali podróże. Nie narzekali. Tak pewnie wyglądaliby teraz jej rodzice… Ciemny cień mignął tuż pod kołami. Na tle bieli śnieżycy. – Skąd ty tu, psino, z lasu? Uciekłaś komuś? Piękne oczy!… Czemu mokra szyja?… Sweter… Chcę spać… Jack, Jacku, przyjacielu… Czemu tak boli?!… Mamo, już jadę, tato, jestem blisko… Ciemność… Do Wacka nie dało się dodzwonić – pojechał po wnuki. Nie, karetka nie przejedzie. Wszystko zawiane. – Już, chłopie… spokojnie, zaraz wyciągnę. Boże! I pies tam jeszcze… Już ruszyła z miejsca, gdy wyprzedził ją szary samochód. – Ktoś się spieszy do domu – przemknęło jej przez głowę. Po chwili zobaczyła przewrócony szary samochód, staczający się do rowu. Czarny pies leżał parę metrów dalej – żywy, chyba. – Która w ogóle godzina? – woda w prysznicu parzy, ale tylko to ją teraz ratuje przed dreszczami. Usiadła pod ścianą w łazience, przymknęła oczy. Poprostu przespać to wszystko… – Jak wyciągnęłaś takiego silnego chłopa?! – usłyszała w głowie głos brata. Ból wrócił w każdą kość i mięsień. Mężczyznę i dwa psy zabrała do szpitala własnym autem. W połowie drogi spotkał ją brat. Tego samego dnia wróciła jeszcze do działek z ciastem. Wzięła ze sobą karton, który wypadł z bagażnika rozbitego auta. – Może to coś ważnego dla tego faceta. Najważniejsze, że wszyscy żyją. Gdy dojdzie do siebie, oddam. Drzwi otworzył jej zdezorientowany mąż staruszki. – Coś się stało? – spytała. – Żona w szpitalu. Szykuję się, by do niej jechać. Syna się nie doczekałem, nie mogę się dodzwonić… Zamilkła, spuściła głowę. – Wszystko w porządku u pani? – zapytał, biorąc ją za rękę. – Zawiozę pana – zaproponowała. Jechali w ciszy, zamieć ustała. – Ma pani na tylnej kanapie jakiś karton – zauważył emerytowany oficer. – Był wypadek. Mężczyzna chciał ominąć psa, który wbiegł z lasu, samochód dachował, karton wypadł z bagażnika… – Szare auto, w środku biały pies, a ten z lasu był czarny? – spytał zupełnie cicho. Zatrzymała się, spojrzała na niego. Pułkownik zacisnął pięści. – Żyje! I pana żona też wyzdrowieje! – przytuliła go mocno. – Wiesz, córko… Mogę tak cię nazywać? – Oczywiście – w oczach miała łzy. – Żona śniła kilka dni z rzędu, że widzi czarnego psa. A syn ma białego… Skąd ten czarny pies?! – Niesamowite oczy. Smutne, piękne… – o tym pomyślał, gdy się ocknął. Na krześle przy łóżku zasypiał ojciec. – Mama. Wypadek. – Przypomniał sobie wszystko i te oczy dziewczyny… Nowy Rok świętowali pod koniec stycznia. Mama wracała do zdrowia. Ojciec szczęśliwy. Jack lekko utykał, ale i to miało minąć. Jego znów czekała praca. Trzeba „chłopaków” z powrotem zebrać po feriach i przygotować do zawodów. Za długo zasiedział się u rodziców. Czas wrócić do miasta. Tylko ciągle myślał o tej dziewczynie… Już stał przy furtce, gdy z okna na strychu zawołał go ojciec. – Tato, czego szukasz? Ojciec uśmiechnął się chytrze. Mężczyzna rozejrzał się i zauważył na półkach swoje sportowe trofea. – Skąd… panie pułkowniku?! – uśmiechnął się do ojca. – Pomyśl!… Idę wyprowadzić Jacka przed twoim wyjazdem. Ona wracała do domu wcześniej niż zwykle. W domu czekała Dina. Nie mogła jej nie zabrać od znajomego weterynarza, kiedy ta doszła do siebie – trafiłaby do schroniska. Dina była nie do końca czarna: na piersi białe serduszko. Dziewczyna weszła do klatki i rutynowo otworzyła skrzynkę pocztową. Zamknęła ją, ale kątem oka zobaczyła biały kopertę. W środku: Przyjdę dziś wieczorem. Dziękuję ci, kochana! Miłość – to nasz kompas. Pomaga znaleźć drogę.