Daria wróciła wcześniej do domu z upominkami od rodziców. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale zamiast ciepłego powitania, Jan wysłał ją na zakupy. Konsekwencje tego były zupełnie nieoczekiwane.

Dorota wraca do domu niespodziewanie wcześniej, z darami od rodziców. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale Adam zamiast ciepłego powitania wysyła ją do sklepu. Skutki okazują się zaskakujące.

Torba ciągnie Dorocie ramię tak mocno, że aż jęczy z bólu. Jej kręgosłup boli szczególnie mocno od dwóch miesięcy to jej nieodłączny towarzysz. Ostrożnie stawia ciężkie siatki na spękanym chodniku przystanku.

Dorota wydycha głęboko. W brzuchu synka wyraźnie czuć ruch niezadowolenia. Szósty miesiąc ciąży to nie przelewki, szczególnie gdy chce się zrobić niespodziankę mężowi i wraca do domu z wizyty u rodziców trzy dni przed planowanym terminem. Tak tęskniła, że przez ostatnie sto kilometrów w autobusie liczyła słupy.

Ciekawe, co robi teraz Adam? Pewnie nawet nie wie, że jest już pod blokiem, dziesięć minut spacerem od mieszkania. Droga z przystanku ciągnie się w nieskończoność. Siatki, wypchane słoikami z ogórkami, domowym boczkiem, jabłkami od mamy, ważą chyba z tonę.

Po pięćdziesięciu metrach Dorota wie, że nie da rady iść dalej. Kręgosłup buntuje się zupełnie.

Sięga po telefon i wybiera numer męża.

Adaś, cześć szepcze, kiedy w końcu odbiera.

Dorotka? Co jest? Wszystko w porządku? słyszy przestraszony męski głos.

Wszystko dobrze, jestem! Stoję na przystanku pod naszym blokiem. Wyjdź po mnie, proszę. Siatki są nie do udźwignięcia, mama oczywiście znowu napchała rzeczy…

Przez chwilę w słuchawce panuje dziwna cisza. Dorota zerka na wyświetlacz, czy się połączenie nie urwało.

Na przystanku? Teraz? Dlaczego nic nie powiedziałaś? Mieliśmy się zobaczyć w czwartek!

Chciałam zrobić ci niespodziankę marszczy się Dorota. Adam, nie cieszysz się? Strasznie jestem zmęczona. Wyjdź już, proszę.

Poczekaj! niemal krzyczy Adam. Nie idź jeszcze, lepiej idź do sklepu, tego całodobowego na rogu. Kup mięsa, najlepiej wołowiny, i świeżych ziemniaków, bo stare już zwiędły. Wziąłem dzień wolny, chcę przygotować porządny obiad, powitać cię jak należy.

Adam, żartujesz? Dorota mruga. Przecież mówię, że jestem w szóstym miesiącu, mam dwie ciężkie siatki i ledwo stoję na nogach!

Kręgosłup nie wytrzymuje. Ziemniaki są w domu, jajka też. Przyjdź po mnie, chcę zjeść i odpocząć.

Ty nie rozumiesz, Dorotko Adam przerywa jej szybko. Musi być idealnie. Sklep jest za rogiem, dasz radę powoli, albo kogoś poprosisz o pomoc… Proszę, to dla nas! Ja ten czas wykorzystam, wszystko przygotuję.

Patrzy na swoje czerwone dłonie. Gorycz rośnie w sercu.

Adam, ty chyba żartujesz… jej głos drży. Chcesz, żebym do tej kondycji taszczyła się jeszcze po mięso, bo ty chcesz ugotować obiad?

Nie możesz wyjść i pomóc mi wejść do domu?

Już zacząłem… eee… przygotowania! Jak teraz zejdę, to wszystko przepadnie. Kup 800 gramów wołowiny, nieduży worek ziemniaków w siatce. Czekam!

Rozłącza się. Dorota patrzy na wygaszony ekran komórki. Ma ochotę rozpłakać się tu, na pustym przystanku w blasku ulicznej latarni. Zamiast przytulenia i ciepłej pościeli wyprawa po mięso. Może naprawdę przygotował coś niesamowitego? świta jej myśl. Wzdycha, podnosi siatki i kuśtyka do sklepu.

Przepycha wózek sklepowymi alejkami, czując współczujące spojrzenia zaspanej kasjerki. Wołowina jest ciężka, ziemniaki w siatce jeszcze cięższe. Gdy wychodzi, nie czuje już dłoni, palce przypominają haczyki.

Telefon znów dzwoni.

Kupiłaś? Adam wesoło pyta.

Kupiłam cedzi przez zęby Dorota. Już jestem pod blokiem. Otwieraj.

Nie wchodź jeszcze! Adam niemal jęczy. Usiądź na ławce, poczekaj dziesięć minut.

Adam, czy ty żartujesz?! Dorota wybucha, nie zwracając uwagi na przechodniów. Nogi mi puchną, ledwo stoję!

Nie gotowy jeszcze niespodzianka! upiera się. Jak wejdziesz, wszystko się popsuje. Dziesięć minut, proszę!

Dorota opada ciężko na drewnianą ławkę. Siatki z łoskotem padają obok. Ma ochotę rzucić torbę z mięsem w okno mieszkania na trzecim piętrze.

Mija dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Dorota czeka i czuje, jak w niej wszystko wrze. Wyobraża sobie, że zaraz zajdzie i co ją czeka morze kwiatów, śniadanie przy świecach, skrzypek w rogu? Choćby i tak nic z tego nie jest warte jej cierpienia w tym stanie pod blokiem po długiej podróży.

W trzydziestej piątej minucie skrzypią drzwi i wypada Adam. Wygląda dziwacznie: koszulka na lewej stronie, czoło w strugach potu, włosy na wszystkie strony.

O, siedzisz! wymuszony uśmiech, łapie siatki. Czemu jesteś zła? Spójrz, jaka pogoda… No tak. Idziemy!

Czemu jesteś cały mokry? Dorota z trudem wstaje, wspierając się na poręczy. I dlaczego śmierdzisz chemią na kilometr?

Zaraz zobaczysz! podskakuje w stronę windy.

Wchodzą. Adam z powagą otwiera drzwi, jakby czekał na oklaski. Dorota wchodzi do przedpokoju, uderza ją duszący zapach chloru i taniego odświeżacza.

Obchodzi mieszkanie salon, kuchnię, łazienkę. Jest czysto. Nawet zaskakująco pusto. Rzeczy, które zwykle walały się po krzesłach zniknęły; dywan odkurzony, gdzieniegdzie widać jeszcze ślady wilgotnych plam. Kurz wytarty, a jej figurki skuliły się w kącie.

No i? Adam błyszczy jak złotówka. Niespodzianka!

Dorota obraca się powoli.

To już wszystko? pyta cicho.

Ale jak: wszystko? Dorotka, patrz! Trzy godziny się zamęczałem! Wszędzie myłem podłogi, nawet pod kanapą, wszystkie naczynia, kibelek błyszczy. Chciałem, żeby wróciłaś do czystego domu, żebyś nie musiała nic robić. Póki byłaś w sklepie, wszystko sprzątałem.

W gardle Doroty rośnie gula.

Czyli przez to… łapie się na łkaniu …przez podłogi kazałeś mi dźwigać siatki i biegać do sklepu?

Nie mogłeś przyjść, skoro prosiłam, bo musiałeś… myć podłogę?

No tak! klaszcze Adam. Chciałem najlepiej! Zawsze narzekasz, że w domu nic nie robię, więc się postarałem. Przyjechałaś za wcześnie, nie zdążyłem. Musiałem cię zatrzymać, żeby skończyć. A ty zamiast dziękuję masz minę, jakbym ci do zupy napluł.

Adam, co z tobą?! głos Doroty podnosi się, krzyk wypełnia mieszkanie. Mam gdzieś twoje czyste podłogi. Wróciłam zmęczona, z siatami, w ciąży! Potrzebowałam tylko, żebyś podał mi rękę i wprowadził do domu, nie machania mopem!

Adam czerwienieje, rzuca ścierkę do zlewu.

O, i zaczęło się! wrzeszczy. Wiecznie ci nie dogodzi. Od piątej rano na czworaka latam, dla ciebie wszystko, a ty i tak tylko marudzisz! Czy widziałaś kiedyś takie porządki? Nawet w dzień ślubu tu tak nie było!

Po co mi ta czystość, taka ceną? Dorota prawie się dusi Kazałeś mi czekać pół godziny na ławce, zziębłam, nogi mi puchną! Kazałeś kupować mięso i ziemniaki, choć ledwo szłam. To nie niespodzianka to upokorzenie!

Upokorzenie? Adam tupie nogami w kuchni. Przepraszam, że nie jestem idealny. Inna by się ucieszyła: porządek, obiad będzie. Ty tylko o sobie mój stan, mój kręgosłup! A ja może też się zmęczyłem? Całą noc nie spałem, czekałem na ciebie!

Dorota zakrywa twarz dłońmi.

Nawet nie wiesz… szlocha. Nic nie rozumiesz. Zamieniłeś moje samopoczucie na czystość pod meblami.

I co z tego?! Adam znów krzyczy. Przyjechałaś za wcześnie! Zepsułaś niespodziankę! Miałaś być w czwartek. Wtedy wszystko by grało. A ty przyszłaś wcześniej i jeszcze robisz ze mnie głupka! Jesteś niewdzięczna, Dorotko.

Z trzaskiem wychodzi do sypialni.

Dziecko w brzuchu kopie mocno. Dorota opada na krzesło, patrząc na torbę z mięsem, którą Adam nawet nie włożył do lodówki. Mdli ją, coraz trudniej się oddycha.

Po dziesięciu minutach drzwi kuchni uchylają się.

Mam to mięso gotować? burczy. Czy specjalnie nie będziesz jadła, żeby mi dopiec?

Nie trzeba nic gotować, Adamie mówi cicho, nie odwracając się. Zostaw mnie w spokoju. Chcę spać.

Proszę bardzo! Adam znowu trzaska drzwiami.

Dorota podnosi się, chwiejnym krokiem idzie do łazienki. W lustrze widzi bladą twarz, podkrążone oczy, rozczochraną głowę.

Przypomina sobie autobus, myśl o objęciu przez Adama, Całe szczęście, już jesteś miało paść w progu. Jasne… Objął, jak nie.

Po umyciu Dorota wychodzi z łazienki awantura wraca od razu. Adam znów wytyka jej drobiazgi.

Wyszła wtedy z domu tak, jak stała dobrze, że nie zdążyła się przebrać. Pojechała znów do rodziców.

Od rozwodu odwodzili ją wszyscy: teściowie, szwagierka, daleka rodzina. Adam dzwonił, przepraszał, prosił o powrót, obiecywał poprawę. Ale Dorota już wszystko postanowiła: z takim mężem nie chce żyć, rozwód musi być. Po co jej ktoś, kto bardziej ceni czystą podłogę niż zdrowie ich wspólnego dziecka?

Rate article
Fajna Tajna
Daria wróciła wcześniej do domu z upominkami od rodziców. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, ale zamiast ciepłego powitania, Jan wysłał ją na zakupy. Konsekwencje tego były zupełnie nieoczekiwane.