Dar od Boga…
Poranek był szary, ciężkie chmury sunęły nisko po niebie, a gdzieś w oddali dudniły stłumione grzmoty. Nadciągała burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima wreszcie ustąpiła, ale prawdziwej wiosny jeszcze nie było czuć. Powietrze było chłodne, wiały gwałtowne wiatry, tumany kurzu targały zeszłoroczne liście z miejsca na miejsce. Młoda trawa nieśmiało przebijała się przez zbitą ziemię. Pąki na drzewach jeszcze nie miały odwagi pokazać swego piękna.
Przyroda tęskniła za deszczem. Zima tego roku była mało śnieżna, wietrzna, surowa. Ziemia nie wypoczęła pod śnieżną pierzyną, nie nabarła wilgoci, nie zdążyła się zregenerować teraz z utęsknieniem czekała na burzę. Ta burza miała przynieść długo wyczekiwaną wodę, obmyć świat z brudu i kurzu, dać mu nowe życie. Dopiero gdy spadnie ten deszcz, zacznie się prawdziwa wiosna bujna, hojna, rozkwitająca, jak młoda, kochająca kobieta.
Wtedy ziemia wyda zieleń, kwiaty, drżące liście i słodkie owoce na drzewach. Radośnie zaśpiewają ptaki i zabiorą się do budowy gniazd wśród soczystych listków w kwitnących sadach. Świat ogarnie życie.
Michał, chodź śniadanko! zawołała Ewelina. Kawa stygnie.
Z kuchni dochodził aromat kawy i jajecznicy. Trzeba było wstać. Po wczorajszej trudnej rozmowie, płaczu Eweliny, bezsennej nocy, ciężkich przemyśleniach nie miałem na to ochoty. Ale trzeba życie toczy się dalej.
Ewelina wyglądała na wyczerpaną; jej oczy były czerwone, pod nimi ciemne cienie. Nadstawiła policzek do pocałunku, słabo się uśmiechając.
Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak ja czekam na deszcz! Kiedy ta prawdziwa wiosna wreszcie przyjdzie? Michał, przypomniały mi się słowa z wiersza:
Czekam na wiosnę jak na wybawienie
Od zimna, smutku, przygnębienia.
Czekam wiosny jak wyjaśnienia
Wszystkich moich życiowych zawiłości.
Wierzę, kiedy przyjdzie ona,
Wszystko rozjaśni się znów.
Wierzę, tylko ona jedna
Wszystko poprawi lepiej, szczerzej,
Prościej, pewniej, mądrzej.
Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź już, przyjdź!
Objąłem jej drobne ramiona, pocałowałem w złote włosy. Pachniały łąką i rumiankiem. Serce mi się ścisnęło. Moja ukochana, dlaczego los nas tak doświadcza? Mieliśmy nadzieję, przez lata żyliśmy tą nadzieją.
A wczoraj słynny profesor, nasza iskierka nadziei, postawił na niej kres.
Bardzo mi przykro, ale nie możecie mieć dzieci. Michał, Twój pobyt w Czarnobylu nie przeszedł bez echa. Medycyna tu jest bezradna. Nic nie poradzę.
Ewelina stanowczo wytarła mokre oczy, potrząsnęła włosami.
Michał, długo rozmyślałam. Musimy adoptować dziecko z domu dziecka. Tyle tam nieszczęśliwych maluchów! Weźmy chłopca, wychowamy go, będziemy mieli synka. Zgodzisz się? Tak długo już czekaliśmy… tak bardzo czekaliśmy na dziecko… Łzy popłynęły ciurkiem. Przytuliłem ją mocno, nie mogłem powstrzymać łez.
Oczywiście, że się zgadzam! Nie płacz, kochanie, nie płacz…
W tym momencie rozległ się potężny grzmot. Dom aż zadrżał od tego majestatycznego huku. I lunął deszcz całe niebo się otwarło! Wreszcie Bóg wysłuchał naszych modlitw.
Długo wyczekiwany deszcz lał się strumieniami, zrobiło się ciemno, niemal jak w nocy. Grzmoty rozbrzmiewały nieustannie, a błyskawice wyglądały, jakby waliły tuż nad naszym dachem. Staliśmy z Eweliną przy oknie, objęci, czując przez uchylone okno zimne krople i orzeźwiający zapach deszczu.
Czarna kurtyna smutku, która jeszcze niedawno okrywała nasze dusze, zaczynała się rozmywać, spływać w dół z pierwszym wiosennym deszczem. Chciałem jednego żeby ten deszcz trwał jak najdłużej. Długo wyczekiwany, wiosenny deszcz symbol życia i odrodzenia!
Kilka dni później staliśmy już przed drzwiami domu dziecka w Krakowie. Umówiono nas na spotkanie. Przyszliśmy po naszego synka, wymarzonego chłopca, którego już kochaliśmy, choć nie widzieliśmy na oczy. Uczucie gromadzone przez lata wyczekiwania na dziecko rozpierało nam serca.
Byliśmy tak zdenerwowani, że ledwo oddychaliśmy. Nacisnąłem dzwonek. Otworzono nam drzwi, już nas oczekiwano.
Z dyrektorką rozmawialiśmy wcześniej, dziś mieliśmy poznać dzieci, które mogłyby zostać naszym synem. Już w pierwszym pokoju zauważyliśmy dziewczynkę, siedzącą w mokrych śpioszkach na wilgotnej ceratce. Brudna bluzeczka, zasmarkany nosek, wielkie niebieskie oczy, które smutnie patrzyły na dorosłych przechodzących obok. Było w niej coś poruszającego zaniedbanie, opuszczenie. Serce mi się ścisnęło. Oto życie w domu dziecka przystań niechcianych, opuszczonych dzieci!
Przeszliśmy do następnego pokoju. W łóżeczkach leżały lub siedziały maluchy. Pielęgniarka opowiadała o dzieciach, mówiła o ich wieku i rodzinie. Ciuchy czyste, prześcieradła świeże. Dzieci pokazywano nam jak na targu pomyślałem. A my jak kupujący. Brakuje tylko pytania: za ile kilo dziecka…
Michał, wróćmy do tej dziewczynki szepnęła Ewelina. Ścisnąłem jej ramię.
Proszę pani, możemy zobaczyć tę niebieskooką dziewczynkę z pierwszego pokoju?
Ale przecież chcieli Państwo chłopca! Ona nie jest przygotowana do adopcji…
Chcemy jeszcze raz zobaczyć tamto dziecko.
Pielęgniarka była wyraźnie zmieszana, ale zaprowadziła nas z powrotem.
Sprowadzić panią dyrektor. Proszę poczekać tutaj wskazała krzesła.
Ewelina przylgnęła do mojego ramienia.
Michał, musimy ją zabrać, serce mi pękło, gdy ją zobaczyłam.
Mi też, jest podobna do ciebie. Oczka, włoski… i taka bezradna!
Po chwili przyszła pielęgniarka z panią dyrektor, Marią Nowicką, wyraźnie zatroskaną.
Wybraliście Państwo trudne dziecko. To nie będzie dobry wybór.
Dlaczego? Bardzo nam się spodobała, a do Eweliny podobna jest jak dwie krople wody! Zdecydowanym krokiem ruszyłem do pokoju z dziewczynką.
Zdążyli już ją przebrać, umyć, posprzątać ceratkę. Twarzyczka jej się zarumieniła, oczy nabrały blasku. Kiedy zobaczyła, że zatrzymaliśmy się przy jej łóżeczku, uśmiechnęła się, pojawiły się dołeczki w policzkach. Wyciągnęła do nas rączki i próbowała wstać… Ewelina ścisnęła mi dłoń. Dziewczynka miała stópki wygięte do tyłu. Bez namysłu wziąłem ją na ręce, tuliła się do policzka swoim zimnym noskiem i zamilkła.
Łzy stanęły mi w oczach, Ewelina wtuliła twarz w moje ramię i zapłakała. Maria Nowicka odwróciła się i dyskretnie otarła oczy.
Proszę, chodźmy do gabinetu. Pielęgniarko, zajmij się Kasią powiedziała i ruszyła, my za nią.
Dziewczynka urodziła się w biednej, wielodzietnej rodzinie w małej wiosce gdzieś na Mazurach. Najwyraźniej rodzice nie chcieli już kolejnego dziecka. Urodziła się z wadą nóg. Gdy ją pokazano ojcu, ten odmówił zabrania jej do domu. Na tłumaczenia, że można to naprawić operacyjnie, odpowiedział, że nie ma pieniędzy ani ochoty wychowywać “kaleki”, bo i tak z ledwością wiąże koniec z końcem.
Tak Kasia trafiła do domu dziecka.
Teraz muszą Państwo zdecydować. Oczywiście jest szansa, by wyrosła na normalną dziewczynę, ale czeka Was ogromny trud, wydatki i przede wszystkim morze cierpliwości i miłości. Proszę się nie spieszyć. Dam Państwu kontakt do profesora z Warszawy, który oglądał Kasię wszystko Wam wyjaśni. Dam Wam miesiąc na podjęcie decyzji. Lepiej nie przychodźcie przez ten czas. Dzieci szybko się przywiązują, zwłaszcza te skrzywdzone przez los. A jeśli się rozmyślicie…
Minął miesiąc. Nawet się nie zastanawialiśmy postanowiliśmy, że to właśnie Kasię zabierzemy do domu. Konsultacja z profesorem potwierdziła: czeka nas kilka operacji i rekonwalescencja, ale dziewczynka będzie chodziła jak inne dzieci. Policzyłem, czy starczy nam pieniędzy gdy sprzedam samochód i działkę pod Krakowem, wystarczy i na operacje, i na wyjazdy. Na razie pomieszkamy w małym mieszkaniu byle tylko nasza córka była zdrowa. Czekaliśmy niecierpliwie aż minie czas wyznaczony przez dyrektorkę.
I w końcu znowu stanęliśmy pod tymi drzwiami. Trzymałem w rękach bukiet różowych piwonii, Ewelina wielką torbę prezentów dla dzieci. Maria Nowicka ledwo powstrzymywała łzy. Szczęście: kolejne skrzywdzone dziecko znajdzie dom!
Razem ruszyliśmy do dziecięcych sal. Oto Kasia: urosła, blond loczki, rumiane policzki, zaczęły jej wyrastać pierwsze zęby. Paplała coś wesoło i śmiała się. Wziąłem ją na ręce objęła mnie za szyję i wtuliła się w ramiona. Zaraz potem przeszła do Eweliny. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Spędziliśmy cały dzień wśród dzieci. Nasłuchaliśmy się od pielęgniarek i lekarzy, jak opiekować się Kasią, czym karmić, jak pielęgnować. Ale na razie nie mogliśmy jej zabrać.
Było przed nami oficjalne postępowanie adopcyjne. Za radą Marii Nowickiej, decyzję rodziców Kasi sfinalizowaliśmy przez sąd. Odebrano im prawa rodzicielskie i szans na zmianę zdania już nie było.
Na koniec przywieźliśmy naszą córeczkę do domu. Ewelina rzuciła pracę, całkowicie oddała się opiece nad dzieckiem. Zaczęła przygotowywać ją do operacji w klinice w Warszawie.
Miesiąc spędziliśmy w szpitalu i wreszcie mogłem zobaczyć, jak Kasia sama je łyżeczką kaszkę, jak robi “miau” do kota, jak udaje, że jest kózką. Stówki nadal wyglądały źle. Na spacer wyprowadzaliśmy ją tylko w długich spodniach, a chodziła niezdarnie, kołysząc się niczym kaczątko. Ale dziewczynka była żywiołowa, kontaktowa, zaczęła mówić szybciej niż rówieśnicy, wszystkich znała z imienia, wszystkich pozdrawiała.
Najbardziej kochała mnie. Mówiła na mnie “mój tatuś”. Nawet Ewelina teraz mówiła do mnie tak samo. A ja świata poza nią nie widziałem Kasieńka była moim promykiem, moim słońcem.
Po roku zaczęliśmy kolejne operacje nóg. Często jeździliśmy do Warszawy. Ile wycierpiało to dziecko! Ile siły musieliśmy mieć ile nocy Ewelina czuwała przy łóżku córki w szpitalach… Aż wreszcie zwycięstwo nóżki normalne, zdrowe jak u każdej dziewczynki!
Może biegać i skakać. Gdy miała pięć lat, zapisaliśmy Kasię do przedszkola. Panie od razu zauważyły, że pięknie rysuje poleciły rozwijać talent. W wieku sześciu lat poszła do szkoły plastycznej. Jej obrazki zaczęły pojawiać się na wystawach dziecięcych. Barwne pejzaże, pogodne scenki przyciągały wzrok widzów i wszyscy dziwili się: taka mała artystka! Zdecydowanie talent.
W siedmiu latach Kasia poszła do szkoły podstawowej w Krakowie. Od razu została klasową liderką. Świetna uczennica, pogodna, odważna, otwarta na świat. Wciąż doskonale rysuje, chodzi do szkoły plastycznej, zapisała się na taniec. Zawsze otoczona przyjaciółmi tam, gdzie ona, tam śmiech. Rodzicom nie wstyd chodzić na zebrania. Zawsze słyszymy same pochwały. Nikt nie wie, przez co przeszła nasza córka i my, nie biologiczni, lecz prawdziwi rodzice kochający ją i wychowujący z całego serca.
Bóg nie zapomniał o nas. Po pojawieniu się Kasi, i nam zaczęło się wiodło. Mój niewielki biznes zaczął się rozwijać. To pozwoliło nam spełnić marzenie przeprowadziliśmy się do Warszawy. Kupiliśmy dobre mieszkanie, posłaliśmy córkę do najlepszej szkoły. Teraz Kasia jest w szóstej klasie i wciąż osiąga same sukcesy. Chodzi do szkoły plastycznej, jest piękna, niebieskooka, z jasnym warkoczem, łagodna, uprzejma, ulubienica wszystkich.
Dar od Boga tak o niej myślę.



