Dar od Boga… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury snuły się po niebie, w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadchodziła burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale i wiosna nie spieszyła się, by objąć swoje rządy. Wciąż było zimno, wiatry szarpały ubiegłoroczne liście, a młoda trawa nieśmiało przeciskała się przez zbitą ziemię. Pąki nie chciały jeszcze otworzyć swych skarbów. Przyroda czekała na deszcz. Zima była mało śnieżna i sucha, ziemia nie odpoczęła pod białą kołdrą, pragnęła deszczu, który da jej życie. Burza miała przynieść ratunek i napełnić ziemię wilgocią, obudzić przyrodę do życia – wtedy dopiero miała zacząć się prawdziwa wiosna – hojna, kwitnąca, piękna jak młoda, kochająca kobieta. Wtedy ziemia wyda zieloną trawę, kwiaty, liście i słodkie owoce. Ptaki zaśpiewają w sadach, rozpoczną budowę gniazd. Życie będzie trwać dalej. – Saszka, chodź na śniadanie! – zawołała Wika. – Kawa stygnie. Kuchnię wypełnił zapach kawy i jajecznicy. Trzeba wstać, choć nie chciało się po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Wiki i bezsennej nocy. Życie jednak toczy się dalej. Wika wyglądała na wyczerpaną, oczy miała czerwone, pod nimi cienie. Podała mu bladą twarz do pocałunku, słabo się uśmiechając. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak mi się marzy deszcz! Kiedy w końcu przyjdzie ta prawdziwa wiosna? Wiesz… przypomniały mi się wiersze: Czekam wiosny jak wybawienia Od zimnej pustki, od tułaczki. Wiosny czekam – jak rozświetlenia Wszelkich życiowych zawikłań i zasłon. Wydaje mi się – przyjdzie ona I od razu wszystko zrozumiem, Wydaje mi się, tylko ona Może wszystko ułożyć lepiej, Uczciwiej, prościej, pewniej i prawdziwiej… Wiosno, gdzie jesteś? Przyjdź szybciej! Saszka objął ją za drobne ramiona, pocałował w jasną głowę pachnącą łąką i rumiankiem. Jego serce ścisnęło się z żalu. Biedna moja, ukochana… za co Bóg nas tak doświadcza? Tylko nadzieja trzymała ich przy życiu przez te wszystkie lata. A wczoraj znany profesor, ich nieśmiała nadzieja, przekreślił wszystko: – Przykro mi, dzieci mieć Państwo nie będziecie. Saszo, pobyt w Czarnobylu przyniósł takie skutki… Tu medycyna jest bezradna. Przykro mi, nie mogę pomóc. Wika otarła łzy, odgarnęła włosy. – Sasza, długo myślałam i podjęłam decyzję. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile jest tam smutnych dzieci! Weźmiemy chłopca, wychowamy go, będziemy mieć upragnionego synka. Zgadzasz się? Czekaliśmy na niego tyle lat… – Łzy lały się strumieniami. Sasza tulił ją do siebie, nie mógł powstrzymać wzruszenia. – Oczywiście, że się zgadzam! Nie płacz, kochanie… Wtedy rozległ się grom. Deszcz lunął rzęsiście, ciemność zapadła jak w nocy, przez otwarte okno woda i zapach burzy orzeźwiał. Zasłona smutku opadała już z dusz. Oby ten deszcz trwał jak najdłużej. A kilka dni później stanęli przed drzwiami domu dziecka, mając wybrać wymarzonego synka – już go kochali, choć go nie widzieli. Serce waliło, Sasza nacisnął dzwonek, drzwi się otworzyły. W pierwszym pokoju ujrzeli dziewczynkę – siedziała w mokrych śpiochach, w brudnej koszulce, z zaschniętym katarem i wielkimi, smutnymi oczami. Zrobiło im się żal. Tak wyglądało miejsce porzuconych dzieci… W następnej sali opiekunka pokazywała maluchy, podawała wiek i trochę informacji o rodzicach. Dzieci były czyste, ubrane i zadbane. Sasza pomyślał, że to wygląda jak targ. Tylko zapytać „po ile za kilo?”. – Sasza, wróćmy do tej nieszczęśliwej dziewczynki – szepnęła Wika. – Siostro, pokażmy jeszcze raz tamtą dziewczynkę z pierwszego pokoju, tę z niebieskimi oczami. – Ale przecież chcieliście państwo chłopca! – My ją chcemy obejrzeć. Po chwili przyszła dyrektorka. Gdy zobaczyli dziewczynkę umytą, nawet pogodniejszą, ta się uśmiechnęła i wyciągnęła rączki, próbując wstać… Wtedy spostrzegli, że nóżki są zdeformowane. Sasza od razu wziął ją na ręce, dziewczynka wtuliła się w niego noskiem. – Idźmy do gabinetu – powiedziała dyrektorka. Dziewczynka, Lenka, urodziła się w biednej, wiejskiej rodzinie, chora, niechciana. Ojciec natychmiast zrzekł się praw. – Sami zdecydujcie, czy podołacie takiemu zadaniu. To wymaga ogromnej pracy, pieniędzy, cierpliwości i miłości. Dam wam adres profesora z Gdańska (tu: adaptacja!), u którego dziewczynka była na konsultacji. Dali im miesiąc na przemyślenie. Już następnego dnia Sasza i Wika byli pewni – Lenka będzie ich dzieckiem. Konsultacja potwierdziła, że wieloma operacjami można naprawić nóżki, dziewczynka będzie chodzić jak zdrowa. Decyzja była szybka: sprzedadzą samochód, zarzucą budowę domu, zatrzymają się na małym mieszkaniu – byle Lenka była zdrowa. Po upływie miesiąca wrócili do domu dziecka z prezentami i kwiatami. Łzy szczęścia w oczach dyrektorki… Przyjęcie córki do domu – wiązało się z formalnościami. Sąd pozbawił biologicznych rodziców praw. Wika rzuciła pracę, cała się poświęciła dziecku. Najpierw operacja w Gdańsku, miesiąc w klinice… Lenka uczyła się nabierania sił, chodziła niezdarnie jak kaczątko, ale była bardzo żywą, kontaktową dziewczynką. Nad życie ukochała Saszę – tak bardzo, że nawet Wika zaczęła go nazywać „mój tatuś”. Po roku kolejne operacje – znów do Gdańska. Ogrom cierpliwości, nieprzespanych nocy Wiki przy łóżku Lenki. Wreszcie triumf – nóżki zdrowe! W przedszkolu zauważono talent plastyczny Lenki, poszła do szkoły artystycznej, potem do szkoły podstawowej – zawsze otoczona przyjaciółmi, pogodna i pełna pasji, wszędzie słychać było jej śmiech. Nikt nie domyśla się, przez co przeszła Lenka i jej przybrani rodzice. A życie Saszy odmieniło się po adopcji – biznes rozkwitł, mieli środki na przeprowadzkę do Gdańska. Lenka jest uczennicą szóstej klasy, nadal chodzi do szkoły plastycznej, to piękna, niebieskooka dziewczyna z bujnym warkoczem – oczko w głowie rodziców i wszystkich wokół. Dar od Boga – tak o niej mówią.

Dar od Boga…

Poranek był szary, ciężkie chmury snuły się nisko po niebie, gdzieś w oddali burczał grom. Nadchodziła burza. Pierwsza burza tej wiosny.

Zima wreszcie się skończyła, lecz wiosna nie śpieszyła się do objęcia władzy. Wciąż było chłodno, szarpał wiatr, kurz mieszał zeszłoroczne liście i niósł je z kąta w kąt. Młoda trawa z trudem przebijała się przez zbitą jeszcze ziemię. Pąki na drzewach nie kwapiły się, by pokazać swe skarby.

Przyroda wyczekiwała deszczu. Zima w tym roku była mało śnieżna, surowa i wietrzna. Ziemia nie odpoczęła, nie nasyciła się wodą, nie wyspala się pod białym puchem teraz łaknęła burzy.

Burza da tej ziemi upragnioną wilgoć, napoi ją szczodrym deszczem, obmyje z kurzu i brudu, przywróci do życia. I wtedy dopiero rozkwitnie prawdziwa wiosna: hojna, pachnąca, tak jak młoda kobieta, pełna miłości i czułości.

Ziemia urodzi zieleń traw, barwne kwiaty, drżące liście i słodkie owoce. Radośnie zaśpiewają ptaki, zaczną wić gniazda wśród młodych liści, w kwitnących sadach. Życie trwa.

Stasiu, chodź jeść! zawołała Wiola. Kawa wystygnie.

Z kuchni pachniało kawą i jajecznicą. Trzeba było wstać. Po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Wioli, bezsennej nocy, pełnej gorzkich myśli, na nic nie miało się chęci. Ale trzeba życie toczy się dalej.

Wiola także wyglądała na zmęczoną, oczy zaczerwienione, pod nimi ciemne podkowy. Podstawiła mu policzek do pocałunku, niepewnie się uśmiechnęła.

Dzień dobry, kochany. Wygląda na burzę. Boże, jak ja potrzebuję deszczu! Kiedy będzie prawdziwa wiosna? Słuchaj, kochanie, przypomniały mi się wiersze:

Czekam na wiosnę jak na wybawienie
Od zimna, smutku, tęsknoty w oddaleniu.
Czekam na wiosnę jak na wyjaśnienie
Wszystkich spraw, które noszę w sercu w milczeniu.

Wszystko mi się zdaje, że gdy przyjdzie ona
Wnet wyjaśni się wszystko dokoła.
Jedynie ona, ona jest warta
Aby poukładać wszystko lepiej,
Uczciwiej, prościej, pewniej, szczerze.
Gdzie jesteś, wiosno? Przyjdź już prędzej!

Stasiu objął ją za wąskie ramiona, pocałował jasną główkę. Włosy pachniały łąką i rumiankiem. Serce ścisnęło mu się z żalu. Moja biedna, ukochana dziewczyno, za co Bóg nas tak doświadcza? Przez te wszystkie lata żyliśmy nadzieją.

A wczoraj prof. Gawroński, ich ostatnia i największa nadzieja, pogrzebał ich oczekiwania.

Bardzo mi przykro, ale nie będziecie mogli mieć dzieci. Stasiu, Twój pobyt w Czarnobylu niestety wywarł trwałe skutki. Medycyna tu jest bezsilna. Przepraszam, że nie mogę wam pomóc.

Wiola stanowczo otarła łzy i potrząsnęła włosami.

Myślałam długo. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile jest samotnych maluchów… Wybierzmy chłopczyka, wychowamy go będzie i nam syn. Zgadzasz się? Tyle lat na niego czekaliśmy, tyle… łzy znowu popłynęły po jej policzkach. Stasiu tulił ją do piersi i sam nie mógł powstrzymać łez.

Oczywiście, że się zgadzam. Nie płacz już, kochanie.

Nagle domem zatrząsł potężny grzmot. I lunął deszcz. Z nieba lało się jak z cebra. Wreszcie, Pan Bóg wysłuchał naszych modlitw!

Upragniony deszcz zalał wszystko. Zrobiło się ciemno jak w nocy. Gromy waliły jeden za drugim, błyskawice przemykały tuż nad dachami. Staliśmy z Wiolettą przy oknie, przytuleni, a przez uchylone okno wpadały zimne krople i świeży zapach wilgoci.

Czarna zasłona, która jeszcze niedawno zaciemniała nasze dusze, topniała, rozpływała się, spłukiwana tym pierwszym, wiosennym deszczem. Chciało się, by trwał jak najdłużej… Ten wyczekany deszcz symbol życia, jego trwania i rozkwitu!

Kilka dni później staliśmy już przed drzwiami domu dziecka. Mieliśmy wyznaczoną godzinę. Przyszliśmy wybrać synka, wyczekiwanego od lat, synka, Henia, Henio. Kochałem już to dziecko, choć go nawet nie widziałem. Kochałem miłością, która skumulowała się w naszych sercach przez długie lata czekania.

Serca biły nam jak szalone. Stasiu nacisnął dzwonek. Drzwi otwarły się, już na nas czekano.

Rozmowa z dyrektorką domu dziecka odbyła się wcześniej, dziś mieliśmy tylko spotkać potencjalnych kandydatów na syna. W pierwszej sali, przez którą przechodziliśmy, ujrzeliśmy dziewczynkę siedziała w mokrych śpioszkach na gumowym prześcieradle.

Brudna koszulka, pod nosem zaschnięte smarki, ogromne niebieskie oczy, które patrzyły smutno na przechodzących dorosłych. Zaniedbana, opuszczona, niepotrzebna… Serce ścisnęło się z bólu. Oto dom dziecka przytułek dla zapomnianych.

W następnym pokoju niemowlaki leżały czy siedziały w łóżeczkach. Oczy aż się gubiły. Opiekunka wskazywała dzieci, mówiła o wieku, w skrócie o rodzicach. Dzieci były czyste, zadbane. Delikatnie wyciągała maluchy z łóżek, prezentowała z każdej strony. Jak na targu pomyślałem. A my, jak klienci. Jeszcze tylko pytać, za ile kilo…

Stasiu, wróćmy do tej dziewczynki szepnęła Wiola. Ścisnąłem jej ramię.

Siostro, chcemy zobaczyć tę dziewczynkę z pierwszego pokoju, z niebieskimi oczkami.

Ależ państwo chcieli chłopca! Ta dziewczynka się nie kwalifikuje. Nie szykowałyśmy jej do pokazania.

Prosimy, wróćmy. Chcemy zobaczyć jeszcze raz.

Opiekunka wyraźnie się zmieszała, ale skinęła głową i poprowadziła nas z powrotem.

Zaraz zawołam panią Annę Piotrowską. Poczekajcie tu. Wskazała nam krzesła.

Wiola tuliła się do mojego ramienia.

Stasiu, weźmy tę dziewczynkę. Serce mi zmiękło, gdy ją zobaczyłam…

Mi też. Jest do ciebie podobna. I oczy, i włoski. I taka biedna…

Weszły opiekunka z dyrektorką. Pani Anna Piotrowska była zaniepokojona.

Wybieracie trudne dziecko. To nie będzie łatwe.

Dlaczego? Spójrzcie tylko, jaka podobna do Wioli! Stasiu zdecydowanie wszedł do pokoiku.

Dziecko umyto, zmieniono śpioszki, zdjęto mokre prześcieradło. Oczy jej rozjaśniały, policzki zaróżowiły się. Kiedy dorosli pochyli się nad jej łóżeczkiem uśmiechnęła się, na policzkach pojawiły się dołeczki. Wyciągnęła rączki, próbowała wstać…

Wiola zadrżała, ściskając moją dłoń. Stópki dziewczynki były skręcone do tyłu. Bez zastanowienia wziąłem ją na ręce przytuliła się do mojej twarzy mokrym noskiem i znieruchomiała.

Łzy zakręciły mi się w oczach, Wiola wtuliła twarz w moje ramię i zapłakała. Anna Piotrowska odwróciła się i starła chusteczką swoje oczy.

Zapraszam do gabinetu. Siostro, proszę wziąć Zosię. I ruszyła zdecydowanie. My z Wiolettą szliśmy za nią, mocno trzymając się za ręce.

Dziewczynka urodziła się u starszych, już wielodzietnych rodziców na dalekiej mazurskiej wsi. Najwyraźniej niechciane dziecko córeczka urodziła się z wadą nóg. Ojciec od razu odmówił zabrania jej do domu: Nie mam pieniędzy na operację, a kaleki nie chce chować. Też ledwo wiążemy koniec z końcem.

Tak Zosia trafiła do domu dziecka.

A teraz decyzja należy do was. Ona ma szansę na normalne życie, ale to ogromny wysiłek, duże wydatki, a przede wszystkim cierpliwość i wielka miłość. Nie spieszcie się namyślcie, porozmawiajcie. Tu jest kontakt do profesora, który badał Zosię. Opowie wam dokładnie, co was czeka, jeśli zdecydujecie się ją wziąć. Daję miesiąc do namysłu. Potem nie przychodźcie więcej dzieci się przywiązują, zwłaszcza nasze biedaki… jeśli się rozmyślicie…

Minął miesiąc. Wiola i Stasiu już pierwszego dnia po tamtej wyprawie postanowili wezmą Zosię. Profesor z Warszawy potwierdził: operacje będą potrzebne, kilka, ale można wszystko naprawić, ślady znikną, Zosia będzie biegać jak każde zdrowe dziecko.

Stanisław obliczył, czy starczy pieniędzy na zabiegi i wyjazdy. Wyszło, że wystarczy jeśli sprzedadzą prawie nową toyotę i działkę z rozpoczętą budową domu. Na razie pomieszkają w kawalerce, Pan Bóg dopomoże, najważniejsze by córka była zdrowa. Czekali z utęsknieniem na wyznaczony termin.

Wreszcie znów stali pod znanymi drzwiami. Serca im waliły. Stasiu trzymał bukiet różowych piwonii, Wiola ogromną torbę z prezentami dla dzieci. Anna Piotrowska ledwo powstrzymywała łzy będzie kolejny szczęśliwy dom.

Wszyscy razem poszli do sali. O, Zosia bardzo urosła, jasne loczki, rumiane policzki, pojawiły się ząbki. Dziewczynka paplała coś wesoło, uśmiechnięta. Stasiu wziął ją na ręce, Zosia przytuliła się do niego całym ciałkiem, przytulała się też do Wioli. Oboje mieli łzy w oczach.

Cały dzień spędzili w domu dziecka, słuchając porad lekarzy i opiekunek, jak dbać, czym karmić… córki jednak jeszcze nie oddano. Czekała żmudna procedura adopcyjna.

Na sugestię Anny Piotrowskiej, sprawę odmowy rodziców Zosi skierowali do sądu. Odebrano prawa rodzicielskie już nie mogli się rozmyślić.

Zosię w końcu przywieźli do domu. Wiola rzuciła pracę, cała oddała się opiece nad dziewczynką. Zaczęli przygotowania do pierwszej operacji w klinice pod Warszawą.

Miesiąc w klinice i już Zosia sama jadła łyżeczką kaszkę, pokazywała jak miauczy kot, jak koza bodzie rogami. Na nóżki nie dało się patrzeć bez łez. Na spacer wychodzili tylko w długich portkach.

Chodziła niezdarnie, przechylając się jak kaczątko, ale była bardzo rezolutna, towarzyska, zaczęła wcześnie mówić, znała wszystkich po imieniu, z każdym się witała.

Ale najbardziej kochała Stasia. Tak, teraz był mój tata. Nawet Wiola tak zaczęła na niego mówić. A dla Stasia Zosia była całym światłem życia, jego słońcem.

Za rok kontynuowali leczenie nóg. Kilka razy jeździli z Zosią do Warszawy. Dziecko tak wiele wycierpiało! Ile trzeba było wytrwałości rodzicom, ile nieprzespanych nocy spędziła Wiola przy jej łóżeczku w szpitalu! Wreszcie szczęście nóżki prościutkie, jak u innych dziewczynek. Może biegać, skakać…

W wieku pięciu lat Zosia trafiła do przedszkola. Tam od razu zauważono, jak pięknie rysuje, doradzono zajęcia plastyczne. Mając sześć lat została przyjęta do szkoły plastycznej. Jej prace coraz częściej pojawiały się na wystawach dziecięcych żywe pejzaże, wesołe scenki przyciągały uwagę, a wiek autorki budził podziw. To był prawdziwy talent.

W wieku siedmiu lat Zosia poszła do podstawówki. Od pierwszego dnia stała się liderką w klasie. Była prymuską, pogodną i przebojową dziewczynką. Nadal rysowała, chodziła na kółko taneczne. Zawsze otaczały ją koleżanki i koledzy, gdzie była ona, tam śmiech i radość. Rodzicom nie wstyd było chodzić na zebrania o Zosi mówiono tylko dobrze. Nikt nie wiedział, ile to dziecko i jej rodzice przeszli ci, którzy ją wychowali, a nie urodzili.

Pan Bóg nie zapomniał też o Stasiu i Wioli. Od pojawienia się Zosi w rodzinie, szczęście zaczęło im sprzyjać. Początkująca firma Stasia nabrała wiatru w żagle. Udało im się zrealizować marzenie przenieśli się do Warszawy, kupili dobre mieszkanie, a Zosię zapisali do renomowanej szkoły. Teraz chodzi już do szóstej klasy, wciąż jest najlepsza wśród rówieśników.

Chodzi także do szkoły plastycznej. To piękna, niebieskooka, z jasnym warkoczem dziewczynka. Czuła i serdeczna. Wszyscy ją kochają. Dar od Boga tak właśnie o niej mówię.

Rate article
Fajna Tajna
Dar od Boga… Poranek był pochmurny, ciężkie chmury snuły się po niebie, w oddali słychać było głuche grzmoty. Nadchodziła burza. Pierwsza burza tej wiosny. Zima dobiegła końca, ale i wiosna nie spieszyła się, by objąć swoje rządy. Wciąż było zimno, wiatry szarpały ubiegłoroczne liście, a młoda trawa nieśmiało przeciskała się przez zbitą ziemię. Pąki nie chciały jeszcze otworzyć swych skarbów. Przyroda czekała na deszcz. Zima była mało śnieżna i sucha, ziemia nie odpoczęła pod białą kołdrą, pragnęła deszczu, który da jej życie. Burza miała przynieść ratunek i napełnić ziemię wilgocią, obudzić przyrodę do życia – wtedy dopiero miała zacząć się prawdziwa wiosna – hojna, kwitnąca, piękna jak młoda, kochająca kobieta. Wtedy ziemia wyda zieloną trawę, kwiaty, liście i słodkie owoce. Ptaki zaśpiewają w sadach, rozpoczną budowę gniazd. Życie będzie trwać dalej. – Saszka, chodź na śniadanie! – zawołała Wika. – Kawa stygnie. Kuchnię wypełnił zapach kawy i jajecznicy. Trzeba wstać, choć nie chciało się po wczorajszej ciężkiej rozmowie, łzach Wiki i bezsennej nocy. Życie jednak toczy się dalej. Wika wyglądała na wyczerpaną, oczy miała czerwone, pod nimi cienie. Podała mu bladą twarz do pocałunku, słabo się uśmiechając. – Dzień dobry, kochanie! Chyba będzie burza. Boże, jak mi się marzy deszcz! Kiedy w końcu przyjdzie ta prawdziwa wiosna? Wiesz… przypomniały mi się wiersze: Czekam wiosny jak wybawienia Od zimnej pustki, od tułaczki. Wiosny czekam – jak rozświetlenia Wszelkich życiowych zawikłań i zasłon. Wydaje mi się – przyjdzie ona I od razu wszystko zrozumiem, Wydaje mi się, tylko ona Może wszystko ułożyć lepiej, Uczciwiej, prościej, pewniej i prawdziwiej… Wiosno, gdzie jesteś? Przyjdź szybciej! Saszka objął ją za drobne ramiona, pocałował w jasną głowę pachnącą łąką i rumiankiem. Jego serce ścisnęło się z żalu. Biedna moja, ukochana… za co Bóg nas tak doświadcza? Tylko nadzieja trzymała ich przy życiu przez te wszystkie lata. A wczoraj znany profesor, ich nieśmiała nadzieja, przekreślił wszystko: – Przykro mi, dzieci mieć Państwo nie będziecie. Saszo, pobyt w Czarnobylu przyniósł takie skutki… Tu medycyna jest bezradna. Przykro mi, nie mogę pomóc. Wika otarła łzy, odgarnęła włosy. – Sasza, długo myślałam i podjęłam decyzję. Musimy wziąć dziecko z domu dziecka. Ile jest tam smutnych dzieci! Weźmiemy chłopca, wychowamy go, będziemy mieć upragnionego synka. Zgadzasz się? Czekaliśmy na niego tyle lat… – Łzy lały się strumieniami. Sasza tulił ją do siebie, nie mógł powstrzymać wzruszenia. – Oczywiście, że się zgadzam! Nie płacz, kochanie… Wtedy rozległ się grom. Deszcz lunął rzęsiście, ciemność zapadła jak w nocy, przez otwarte okno woda i zapach burzy orzeźwiał. Zasłona smutku opadała już z dusz. Oby ten deszcz trwał jak najdłużej. A kilka dni później stanęli przed drzwiami domu dziecka, mając wybrać wymarzonego synka – już go kochali, choć go nie widzieli. Serce waliło, Sasza nacisnął dzwonek, drzwi się otworzyły. W pierwszym pokoju ujrzeli dziewczynkę – siedziała w mokrych śpiochach, w brudnej koszulce, z zaschniętym katarem i wielkimi, smutnymi oczami. Zrobiło im się żal. Tak wyglądało miejsce porzuconych dzieci… W następnej sali opiekunka pokazywała maluchy, podawała wiek i trochę informacji o rodzicach. Dzieci były czyste, ubrane i zadbane. Sasza pomyślał, że to wygląda jak targ. Tylko zapytać „po ile za kilo?”. – Sasza, wróćmy do tej nieszczęśliwej dziewczynki – szepnęła Wika. – Siostro, pokażmy jeszcze raz tamtą dziewczynkę z pierwszego pokoju, tę z niebieskimi oczami. – Ale przecież chcieliście państwo chłopca! – My ją chcemy obejrzeć. Po chwili przyszła dyrektorka. Gdy zobaczyli dziewczynkę umytą, nawet pogodniejszą, ta się uśmiechnęła i wyciągnęła rączki, próbując wstać… Wtedy spostrzegli, że nóżki są zdeformowane. Sasza od razu wziął ją na ręce, dziewczynka wtuliła się w niego noskiem. – Idźmy do gabinetu – powiedziała dyrektorka. Dziewczynka, Lenka, urodziła się w biednej, wiejskiej rodzinie, chora, niechciana. Ojciec natychmiast zrzekł się praw. – Sami zdecydujcie, czy podołacie takiemu zadaniu. To wymaga ogromnej pracy, pieniędzy, cierpliwości i miłości. Dam wam adres profesora z Gdańska (tu: adaptacja!), u którego dziewczynka była na konsultacji. Dali im miesiąc na przemyślenie. Już następnego dnia Sasza i Wika byli pewni – Lenka będzie ich dzieckiem. Konsultacja potwierdziła, że wieloma operacjami można naprawić nóżki, dziewczynka będzie chodzić jak zdrowa. Decyzja była szybka: sprzedadzą samochód, zarzucą budowę domu, zatrzymają się na małym mieszkaniu – byle Lenka była zdrowa. Po upływie miesiąca wrócili do domu dziecka z prezentami i kwiatami. Łzy szczęścia w oczach dyrektorki… Przyjęcie córki do domu – wiązało się z formalnościami. Sąd pozbawił biologicznych rodziców praw. Wika rzuciła pracę, cała się poświęciła dziecku. Najpierw operacja w Gdańsku, miesiąc w klinice… Lenka uczyła się nabierania sił, chodziła niezdarnie jak kaczątko, ale była bardzo żywą, kontaktową dziewczynką. Nad życie ukochała Saszę – tak bardzo, że nawet Wika zaczęła go nazywać „mój tatuś”. Po roku kolejne operacje – znów do Gdańska. Ogrom cierpliwości, nieprzespanych nocy Wiki przy łóżku Lenki. Wreszcie triumf – nóżki zdrowe! W przedszkolu zauważono talent plastyczny Lenki, poszła do szkoły artystycznej, potem do szkoły podstawowej – zawsze otoczona przyjaciółmi, pogodna i pełna pasji, wszędzie słychać było jej śmiech. Nikt nie domyśla się, przez co przeszła Lenka i jej przybrani rodzice. A życie Saszy odmieniło się po adopcji – biznes rozkwitł, mieli środki na przeprowadzkę do Gdańska. Lenka jest uczennicą szóstej klasy, nadal chodzi do szkoły plastycznej, to piękna, niebieskooka dziewczyna z bujnym warkoczem – oczko w głowie rodziców i wszystkich wokół. Dar od Boga – tak o niej mówią.