Kinga weszła na drugie piętro biura, nie spotykając po drodze żadnych kolegów, i była temu rada. Nie miała ochoty widzieć współczujących spojrzeń, odpowiadać na pytania. Szybko schowała się w swoim gabinecie.
“Kingo, nareszcie!” – ucieszyła się Barbara Stanisławowa, z którą Kinga pracowała. – U nas tu się dzieje! Józefa Kazimierza wysłali na emeryturę, a na jego miejsce przyszedł nowy dyrektor. Młody, ale surowy. Wszystkich emerytów wypędza. Boję się, że i mnie wkrótce dopadnie. A jak Szymuś, mam nadzieję, że lepiej?
Kinga usiadła przy swoim biurku, rozejrzała się po gabinecie. Czuła, że Barbara Stanisławowa patrzy na nią, czeka.
“Daj spokój, Barbaro Stanisławo. Jak wszystkich zwolni, to kto będzie pracował? Prędzej mnie wyrzucą, bo ciągle jestem na zwolnieniach przez Szymka. Potrzebuje przeszczepu szpiku. Na operację brakuje pieniędzy, a ja nie mam. Zgłosiłam się do fundacji, ale tam też kolejka. A lekarze mówią, że trzeba działać szybko. Do tego potrzebny jest dawca. Ja nie pasuję, a mama już w takim wieku…”
“Boże, za co taką próbę biednemu chłopcu?!” – szczerze współczuła Barbara Stanisławowa. – A ojca Szymka nie próbowałaś znaleźć?
“Znajdę, i co? Nie wiem, czy zgodziłby się być dawcą. To nie jest prosta operacja. No i pewnie nie uwierzyłby, że Szymek…”
W tej chwili drzwi się otworzyły i do gabinetu weszła Ania z kadr. Obie kobiety odwróciły głowy, na ich twarzach pojawił się niepokój.
“Powiedziano mi, że wróciłaś do pracy. Kinga, wiem, że i tak masz ciężko, ale zarządzenie…” – zawahała się.
“Mów” – powiedziała Kinga, a w myślach dodała: „No to się zaczęło”.
Ania spuściła wzrok, spojrzała na Barbarę Stanisławową, jakby szukała u niej wsparcia.
“Co, nowy dyrektor postanowił i mnie zwolnić? Nie ma mowy.” – Kinga tak gwałtownie wstała, że omal nie przewróciła Ani, która nie zdążyła usunąć się z drogi, i ruszyła w stronę drzwi.
Ania coś krzyknęła za nią, ale stukot jej obcasów już cichł na korytarzu. Witający się spóźnieni pracownicy nie doczekali się odpowiedzi. „Nie ma mowy. Niech tylko spróbuje. Nie ma prawa…” – wściekle powtarzała w myślach Kinga.
Weszła do sekretariatu i zatrzymała się, widząc za biurkiem młodą dziewczynę, jakby żywcem zerwaną z okładki modowego czasopisma. Cała taka świeża, promienna, z kokieteryjnie rozpiętymi górnymi guzikami białej bluzki.
“A gdzie Irena Wojciechowa?” – spytała Kinga.
Dziewczyna otworzyła usta, ukazując idealny rząd śnieżnobiałych zębów. Ale Kinga nie czekała na odpowiedź, podeszła do drzwi i złapała za klamkę.
“Gdzie pani idzie? Tam nie można! Trwa zebranie!” – sekretarka z zadziwiającą zwinnością znalazła się przy Kingi, ale ta już otworzyła drzwi.
Kinga pierwsza wkroczyła do gabinetu dyrektora i zastygła w progu. Modna sekretarka od razu wcisnęła się przed nią.
“To nie moja wina, panie Tomaszu! Ona wdarła się…” – zaczęła paplać cienkim głosikiem.
“Dobrze, Ewuniu, może pani wyjść” – przerwał jej dyrektor. I modna Ewunia natychmiast zniknęła za drzwiami. – Słucham pani. – Dyrektor spojrzał na Kingę oceniająco.
Poznała go, choć minęło ponad dwanaście lat od ich ostatniego spotkania. Od razu zrozumiała, że on jej nie rozpoznał. Przez chwilę poczuła urazę, zmieszanie. Ale potem pomyślała, że to nawet lepiej.
“Proszę wejść, usiąść. Słucham.” – Tomasz wskazał ręką na krzesła przy stole.
Kinga podeszła do biurka, ale nie usiadła.
“Jestem Kinga Marcinowa Kowalska z działu marketingu.” – Kinga przedstawiła się pełnym imieniem i nazwiskiem, mając nadzieję, że ją przypomni. – Z jakiej racji postanowił pan mnie zwolnić? Mam chorego syna, muszę z nim często być w szpitalu. Józef Kazimierz rozumiał, pomagał finansowo. Pracowałam też w domu…
Młody dyrektor bezceremonialnie przyglądał się Kingi, opierając się wygodnie w skórzanym fotelu. Ona spuściła wzrok, zacięła się i zamilkła. „A Józef Kazimierz miał zwykłe krzesło” – pomyślała ze złością na siebie.
“Mówiono mi, że córka pani choruje. Współczuję, ale pani ciągle nie ma w pracy. Ktoś musi za panią pracować. Czy to sprawiedliwe?” – powiedział dyrektor tonem mentora, jakby ganił niesforną uczennicę.
“Syn” – poprawiła go Kinga.
“Co, przepraszam?”
“Mam syna, nie córkę” – powtórzyła Kinga. – Jest bardzo chory. Jeśli pan mnie zwolni, nie będziemy mieli z czego żyć. – Choć Kinga się starała, w jej głosie zadrżały ledwo powstrzymywane łzy. Brzmiał błagalnie, pełen prośby.
“Ma pan dzieci? Matkę? Gdyby zachorowali, spokojnie przychodziłby pan do pracy, czy starałby się im pomóc?” – Kinga wzięła się w garść i spojrzała dyrektorowi prosto w oczy.
“A co dolega pani synowi?” – bez zainteresowania spytał dyrektor.
“Białaczka. Wie pan, co to takiego?” – rzuciła Kinga wyzywająco, a jej głos znów zadrżał.
“Powiedzmy, czy my się znamy? Twarz pani wydaje mi się znajoma.” – Spojrzał, czekając na odpowiedź.
Kinga nie była gotowa na takie pytanie. Gorączkowo zastanawiała się, czy powiedzieć prawdę, ale milczenie przedłużało się niebezpiecznie. Dyrektor mógł po prostu wyrzucić zuchwałą petentkę.
“Ja… Studiowaliśmy razem, w równoległych grupach. Pamięta pan, Sylwester? Przyszłam do koleżanki w akademiku… Grał pan na gitarze, potem…” – Kinga spłonęła rumieńcem i opuściła wzrok.
“Kinga?”
„W końcu. Chyba mnie przypomniał. A co było potem?” – pomyślała złośliwie.
“Nie poznałem, wybacz.” – Dyrektor przeszedł na „ty”. – Jak mogę ci pomóc?
“Nie zwalniaj mnie. Synowi potrzebny jest przeszczep szpiku. Po prostu nie wiem, co robić.” – Kinga zakryła twarz dłońmi, ukrywając łzy, których nie chciała pokazywać.
“A m– “Tak, to twój syn” – szepnęła Kinga, patrząc mu w oczy, a Tomasz przytulił ją mocno, wiedząc, że od tej chwili ich życie zmieni się na zawsze.



