Człowiek z mojego kręgu

25 grudnia, zimny warszawski poranek. Dziadku, ech! szarpał mnie za rękę mały, skulony w zbyt dużym płaszczu chłopiec, którego imię nosi Szymon. Stał w miejscu, drapiąc wargami, jakby szukał czegoś w powietrzu.

Patrzyłem na niego krzywo, przyciskając szalik w kratę czerwony z czarnym który owijał mi szyję niczym ciężki płaszcz. Ten szalik zawsze wplątywał się w oczy Szymonowi, gdy się pochyliłem i coś mu mówiłem. Dziś cienkie nitki wełny przebiły jego chłodne, lekko zaróżowione policzki.

Szymon zmarszczył brwi, pocierał twarz palcami i znów spojrzał na mnie, jakby szukał zrozumienia.

No! ryknął, czy to warczenie, czy wołanie. Co to znaczy ech? Powiedz JEST! Powiedz tak, jak powinno być, rozumiesz? wpatrywałem się w jego czerwone, rozmazane oczy.

Nasze oczy były jak dwa lustrzane odbicia jedna miniatura drugiej. Tylko moje widziały wiele, choć nie chciały widzieć więcej; nigdy nie płakały, tylko paliły się surową nieposłuszeństwem. Oczy Szymona dostrzegały mało dom i przedszkole, a czasem zabierałem go do piwiarni do kolegów, jak tak nazywałem przyjaciół. Te oczy płakały często, lecz cicho, by nie wzbudzić gniewu.

Ech powtórzył chłopiec cicho.

JEST! wykrzyknąłem donośnie.

Ech, ech

Patrzyliśmy w siebie, a śnieg nie przestawał padać, przykrywając białym kocem dwoje bliskich, lecz niezrozumiałych sobie ludzi. Gdyby nie przyszedł na ratunek nasz sąsiad, pani Bogna Nowak, kucharka z stołówki Wszyscy na talerzu, oświetlona migotliwymi lampkami girland po prawej stronie od naszego niedola.

Szymonie, to ty? wykrzyknęła Bogna, odkaszlając głośno. A ten szalik, co to za kolor, panie? Czerwony, co za prezent od Świętego Mikołaja!

Tak. Ten szalik mam od dawna, po co się czepiać? mruknąłem, podnosząc nos w stronę jej bujnej sylwetki.

No dobra. Znowu się marudzisz. Co znowu z tego chłopcem? Czy twoja żona znów nie przychodzi po syna? zapytała, patrząc na Szymona.

Żona wyjechała w delegację odpowiedziałem, przewracając językiem. Nie wróciła jeszcze.

Która delegacja w tym miesiącu? Ojej, Szymonie, znowu cię trafiła! Czy ojciec nie przyjechał?

Bogna pochyliła się, zdmuchując rękawicą śnieg z czapki Szymona.

Pamiętasz, co się stało pierwszej nocy? spytał z gniewem. Długo nie było go w domu. Ból mu się w głowie, bo nie może z niepełnosprawnym się obchodzić. Wziął innego chłopca, normalnego.

Rozumiem, Szymonie? mrugnąłem nieprzyjemnie. Nie rozumiesz? Może lepiej tak zostanie.

Nie oceniamy, co ma być, a co nie. Dlaczego się kłócicie? wtrąciła Bogna, przytłumiona zapachem zupy, kotletów i czegoś słodkiego, co budziło w brzuchu Szymona chęć.

Bo w ogrodzie nie jemy, a nasza wychowawczyni, Galka, mówi, że się odwraca. On nie chce nic przyjmować, a ja muszę go karmić! Nie chce już ech, niech powie jest. Wtedy kupię mu bułkę to moje ostatnie słowo! zaciągnąłem brwi w stronę nosa.

Bogna stała chwilę w milczeniu, zaciśnięta w rękach, po czym lekko stuknęła Szymonowi w plecy, aż mężczyzna ledwo utrzymał równowagę.

A oto moje ostatnie słowo. Nie zostawię głodnego dziecka. Nie jest niepełnosprawny, sam tak mówił. Trochę się spóźnia, ale nadrobi. Dotrzesz, Szymonie? skinęła głową.

Chłopiec jedynie patrzył w nią oczami, czując w brzuchu nieprzyjemne ściśnięcie.

Dobrze, chodźmy do stołówki. Dziś mam wolne, Łucja mnie zastąpi. Miejsca przy kuchence będzie pod dostatkiem! Chodźcie za mną, biedaki! wykrzyknęła, machając ręką jakby prowadzila oddział żołnierzy.

Nie mamy czasu. Czas wracać do domu! odparłem, nie chcąc wchodzić w cudze sprawy.

Wolałbym dotrzeć do mieszkania, wjechać z Szymonem na ósme piętro, podjechać windą i przyciskać mu guziki, licząc. Szymon będzie ciągnął rękę, a ja będę narzekał, że nie chcę, by wyrosł nieuleczalny.

Zamilkł, po czym znów wypowiadał ech, bez słowa.

Odjechaliśmy. Bogna patrzyła za nami z żalem. Chciała się troszczyć o kogo? Nieważne. Ogrzać, nakarmić, przytulić. Nie o Jana Tadeusza Kowalskiego, oczywiście, nie w jej guście! Ale o Szymona, tego nieśmiałego chłopca…

Zima nie dawała znać końca, a Lidia, żona mojego przyjaciela, wciąż podróżowała służbowo. Ja ciągle woziłem Szymona do przedszkola, narzekałem i drapiąc się po rękach zaciągałem mu płaszcz. Razem szliśmy w czerwonym szaliku, niczym latarnie w mrozie zmęczonego miasta. Bogna obserwowała nas, kręcąc się wzdłuż korytarzy.

Pewnego szczególnie ciężkiego dnia nie wytrzymała i wciągnęła nas do swojej kuchni.

Nie idziemy! Do domu, Szymonie! ryknąłem, podając rękę ciotce.

Jednak i ja rozumiałem, że doszliśmy do granicy. Dalej czekała ciemność i rozpacz. Szymon czasem szukał matki, wąchając jej płaszcz w przedpokoju, a ja się bałem.

Czasem Szymon płakał we śnie, szukając ręki, a ja podawałem mu swoją, lecz on odpychał. To twoja głupia miłość! burknąłem. Nie potrzebujesz matki! Ona teraz w restauracji, w kieliszku się chwieje, a ty tu się wali!

Po tym wyobrażeniu cierpień zgodziłem się wejść do kuchni Bogny.

Dobrze, Boże! Co u ciebie w domu? Mam szarlotkę! Chodźmy!

Stołówka Wszyscy na talerzu była pełna po brzegi. Tanie, lecz sycące potrawy rosół, bigos, kasza gryczana po staropolsku, sałatka, kompot. Czasem serwowano placki ziemniaczane. To Bogna wypracowała u swojego kolejnego kochanka, choć nie w garnku, ale wciąż smakowało wyśmienicie. Słodka marchewka, drobny czosnek, ryż w osobnych kęsach, mięso błyszczące, a wszystko wprost z domu.

Jak smakuje, chłopaki! wołała, kiedy dziękowano jej.

Gotowała tak, jakby karmiła własną rodzinę piękne, pulchne dzieci i pracowitego męża, który przybijał kieliszek wódki i chrupał soloną śledź. Mówiła, że chciałaby mieć troje dzieci, nie ważne jaka płeć, tylko ciepły brzuszek karmiący się jej mlekiem. Niestety, nie doszło.

W tej samej chwili w szpitalu ujawniono, że Szymon ma problem z przełykaniem. Lidia natychmiast zadzwoniła do mnie.

Co się stało? zapytałem, zmartwiony.

Nie przyjęła się na świat… westchnęła, łamiąc serce.

Długo się nie rozmawialiśmy od lat wzięliśmy się w garść po kłótnicach z okazji urodzin Lidy. Ostatecznie odsunęła się, a ja zamieszkałem w dawno opuszczonym mieszkaniu po krewnych.

W pewien zimowy wieczór planowaliśmy wybrać się do teatru na Dziadka do orzechów, ale przyjechała karetka, a Lidia została w domu, patrząc, jak wynoszą matkę. Bilety trzeba było wyrzucić. Od tego czasu nienawidzę Dziadka do orzechów, a Lidia nienawidzi ojca, który nie pozwolił jej iść do Kremla.

Lidia, co z tym? szeptał mój ojciec. Matka nie żyje!

Słowa wpadły jak kamień w serce, lecz Lidia pozostała niewzruszona.

Wtedy Szymon, pod wpływem wszystkich tych burz, przestał krzyczeć nawet na placu zabaw. Zamiast tego szeptał niepewnie.

Gdy Lidia w końcu przekonała się, że syn nie będzie jej chlubą, zimno wzięło się w sercu i zaczęła dręczyć mojego wnuka.

W chwilach, kiedy przychodziłem do domu po pracy, zabierałem Szymona na podwórko, gotowałem mu jajecznicę na dwa, jedliśmy w ciszy, stukając widelcami. Po myciu naczyń siadaliśmy razem na kanapie, oglądając Młodość i ja wskazywałem palcem obrazy, prosząc go, by powtarzał ze mną słowa. Szymon patrzył na moje usta, dotykał ich, potem własne i próbował wymówić dźwięk. Często mieszał się, a ja się gniewałem, papier lądował na stole, a chłopiec zasypiał.

Czy kochałem tego chłopca? Sam nie wiedziałem. Może kochałem, ale nie rozumiałem. Nie wiedziałem, jak pomóc.

Dzieciaki, łapcie łyżkę! wpadła do pokoju Bogna, niosąc tacę pełną talerzy. Szymon odwrócił się i zaczął płakać.

W ogrodzie pani Grażyna, przyciskając mu wargi, próbowała podać mu łyżkę zupy. Chłopiec odwrócił się, a ona jęczała.

W końcu Bogna usiadła obok, postawiła taboret i z hukiem podniosła widelec. Jan Tadeusz Kowalski zjadł, a ciepło rozeszło się po jego zamrożonym kościach, niosąc zapach liści laurowych i ogórków kiszonych.

Znamy się już trzydzieści lat, prawda? zaczęła, patrząc na Szymona. Czas, prawda? wlała mu łyżkę zupy. Smaczne? Mówię ci, jedz dobrze, bo jedzenie to radość, a życie powinno sprawiać przyjemność.

Skąd weźmiesz radość, gdy jestem sam, bez mamy, a nie wiem, co robić? warknął Szymon. Czy ktoś powinien mu podać lekarstwo? Lidia nie chce diagnozy, bo to niszczy życie.

Radość pochodzi wszędzie. Bez niej byłoby źle odpowiedziała stanowczo. Trzeba trzymać zęby w garści i żyć.

Szymon otworzył usta jak pisklę i sięgnął po łyżkę, po czym dotknął Bogny ramienia.

Przepraszam, rozproszyłam się powiedziała, podając mu więcej zupy.

Zupa zniknęła szybko, potem podano kotlet, potem puree, a potem babeczki, które Bogna ozdabiała wesołymi buźkami.

Do herbaty podała szarlotkę, którą zwykle przynosiła. Jan Tadeusz uwielbiał jej ciasta. Żona nie potrafiła ich piec, więc przyjęła je z wdzięcznością i nie zazdrościła przyjaciółce.

Jan również kochał słuchać, jak Bogna śpiewa. Jej niski głos, głęboki jak serce, wypełniał pokój, wprawiając wszystkich w miękkość. Jan mruczał razem z Szymonem. Na koniec chłopiec wyszeptał ostatni wers piosenki o koniu galopującym po makowych polach.

Czułem, że ten koń to Szymon młody, niezdarny, biegnący przez życie, potykający się, ale wciąż dążący do przodu.

Po chwili Bogna pomogła Szymonowi ubrać się i powiedziała:

Jan, dzwoń, jeśli czegoś potrzebujesz. Pomogę.

Skinąłem głową.

Kilka dni później choroba przytłoczyła mnie. Nie mogłem wstać, a Szymon potrzebował wstawania, jedzenia, odprowadzania do przedszkola, a ja leżałem, kaszląc i kręcąc się pod kołdrą. Nagle zapadła ciemność.

Szymon siedział na krawędzi mojego łóżka, zakładając skarpetki i sweter.

No to się ubierz szepnąłem. Szymonie, kocham cię, słyszałeś? Naprawdę cię kocham!

To było pierwsze takie wyznanie. Dotąd wstydziłem się tego.

Nie rozumiesz? zapytałem, a on rzucił się na moje kolano, przytulił się i pocałował mnie w podbródek. Potem mocno objął mnie za szyję.

Jan stał się dla Szymona wszystkim matką, ojcem, przyjacielem. Szymon wszystko pojął.

Niedługo potem Bogna zapukała do drzwi, namawiając Szymona, by otworzył. W przedpokoju stałem, szary i zmęczony.

Co tu macie? ryknęMimo wszystkich burz, które przeszliśmy, nauczyłem się, że prawdziwa miłość i troska potrafią rozświetlić najciemniejsze zimowe dni.

Rate article
Fajna Tajna
Człowiek z mojego kręgu