Dziadek, ej! wciągał za rękę skulonego, w długim, za małym płaszczu, niezdarnie owijającego się mężczyznę Szymek, szlochał i drapał wargi drugą ręką.
Jan Tadeusz spojrzał na wnuczka krzywo, dopasował do szyi szalik w kratę czerwony z czarnym, długi, wełniany, z frędzlami. Te frędzle zawsze zakradały się pod nosek Szymka, kiedy dziadek się pochylał i coś mu mówił. Teraz także nitki wełny dotknęły zimnej, różowej policzki chłopca.
Szymek zmarszczył się, pocierał się po policzkach i znów z rozpaczliwym wzrokiem zerknął w oczy Jana Tadeusza.
No! wyjęty z siebie ryknął staruszek. Co to mam mówić? JEST! Powiedz, jak trzeba, rozumiesz? rzucił, patrząc swoimi czerwonymi, rozciągniętymi żyłkami w oczy wnuczka.
Ich oczy były jak dwa identyczne odbicia. W dziadka były doświadczenia całego świata, w ich głębokości tliła się nieustająca surowa duma. U Szymka oczy widziały tylko dom i przedszkole, czasem wpadali razem do knajpki U Sąsiadów, gdzie dziadek chwalił się przyjaciółmi. Te oczy płakały cicho, żeby nikogo nie oburzyć.
Ej wyszeptał mały.
Jest! wydał dźwięk dziadek.
Ej, ej
Tak mogliby się wpatrywać w siebie, a śnieg opadałby wciąż dalej, pokrywając białym kocem dwie bliskie sobie, lecz zupełnie nie rozumiejące się osoby, gdyby nie pojawiła się obok kobieta, Dorota Kowalska, kucharka z stołówki Wszyscy po brzuch, której twarz rozświetlały lampki girland po prawej stronie niepasujących rozmówców.
Wojtek, to ty? wykrzyknęła Dorota, kaszląc głośno. A ten szalik, co to, dziadska moda! Czerwony, co z zimą to jakby Mikołaj!
Tak, i ten szalik mam od lat, nie rozmawiaj o tym! burknął Jan, prostując się i przyciskając nos do kobietę.
No dobra. Czemu taki mruk? Nie podchodź. Co znowu masz małego chłopca? Czyżby Łucja już go nie odwiedzała? skinęła Dorota w stronę Szymka.
Łucja wyjechała w delegację odparł Jan, ziewając. Już całą chwilę tam nie była. Nie odzywa się nawet tata. Coś się stało, nie chce już z opiekunem się męczyć. Narodził się inny, normalny. Rozumiesz, Szymek? mruknął z niechęcią.
Szymek wzruszył ramionami. Nie rozumiem. Może i nie trzeba…
Nie my, nie myśmy o tym decydować. Co wy się tu kłócicie? przytuliła się Dorota do twarzy chłopca, pachnąc zupą, kotletami i czymś słodkim. Szymek nie wiedział, co to było, ale w brzuchu znów zamruczało.
Wiesz, w ogrodzie nie je się, opiekują się nim, a Galina, młoda, odwraca się i wszystko mu mówi, a on tylko krzyczy ej, ej. Niech nauczy się mówić jest, a kupię mu bułkę. To moje ostatnie słowo! zmarszczył brwi Jan, wskazując noskiem w stronę wnuczka.
Dorota przez chwilę przyglądała się mu, ręce przyciśnięte do bioder, przygryzając wargę, po czym nagle lekko uderzyła Szymka w plecy, tak że staruszek prawie stracił równowagę.
A to moje ostatnie słowo. Nie zostawię głodnego dziecka samego. Nie jest niepełnosprawny, sam powiedział, ma opóźnienie, ale dorosnie. Dogonisz, Szymku? skinęła.
Chłopiec spojrzał na nią intensywnie, czując, jak w brzuchu coś się kurczy.
No to chodźmy do stołówki. Dzisiaj mam wolne, Zuzanna mnie zastąpi. Nie będziemy się kłócić, każdy ma miejsce przy kuchence! Chodźcie za mną, biedaczki! machnęła ręką, jakby prowadziła oddział żołnierzy.
Nie mamy czasu. Musimy iść do domu! odparł Jan, odwracając się.
Nie chciał chodzić po obcych kątach. Lepiej wrócić do domu, wjechać razem z Szymkiem na ósmą piętrówkę, a w windzie go przyciskać do przycisków, liczyć. Szymek będzie się wiercił, a Jan będzie krzyczał, że wnuk rośnie na dureń.
W końcu się wyciszy i znów wykrzyknie ej. Taki to będzie nieuczesany chłopiec
I tak odszli. Dorota patrzyła za nimi z lekkim smutkiem. Chciała się troszczyć o kogo? Nie ważne. Ogrzać, nakarmić, przytulić. Nie o Jana Tadeusza, bo on nie w jej guście. A o Szymka, tego nieśmiałego.
Zima nie chciała się skończyć, Łucja ciągle jeździła w delegacje, dziadek dalej woził Szymka do przedszkola, ziewał i jęczał, szorstko wiązał mu czapkę, wsuwał rękoma płaszczyk. I szli wciąż w czerwonym szaliku, jak latarnie w zamieci starego miasta. Dorota obserwowała ich z boku.
Pewnego bardzo trudnego okresu, kiedyś nie wytrzymała i wciągnęła ich do swojej stołówki.
Mówię, że nie jedziemy! Do domu, Szymek! ryknął Jan, wyciągając rękę w stronę wnuczka.
Jednak i on rozumiał, że doszli do pewnego progu. Dalej czekał mrok i rozczarowanie. Czy rozumie, czy nie wielka sprawa. Szymek czasem szukał matki, wąchał jej płaszczyk w przedpokoju, chował się w nim nosem. Dziadek budził go, ale chłopiec odpychał.
To twoja głupia miłość! jęknął zmęczony Jan. Matki nie potrzebujesz! Ona siedzi w restauracji, trzyma kieliszek, a ty się trzepiesz
W końcu Jan zgodził się przyjść do Doroty w pracy.
No i super, Wojtku! Co u ciebie w domu? A ja mam szarlotkę! Chodźmy!
Jej stołówka Wszyscy po brzuch była pełna po brzegi. Tanie jedzonko, ale pożywne, jak w domu. Zupy, gulasz, kasza gryczana na staropolsku, sałatka, kompot. Czasem serwowali placki. Dorota nauczyła się od kolejnego kochanka, nie w garnku, ale wyjdzie to tak, że wow. Słodka marchew, drobno pokrojona cebula, ryż osobno, nie sklejony, maślany, błyszczący, mięso w pełni.
Smacznego, chłopaki! wołała Dorota, kiedy podziękowali.
Tak to było. Gotowała, jak sama. Jakby gościła rodzinę duży, z pulchnymi dziećmi i mężempracuszem. Niechby on wypił wódkę, a potem zjadł wędzoną śledź i gadał o polityce, a potem śpiewał. Ważne, że jest. Dzieci. Dorota zawsze chciała trójkę. Płeć nie ma znaczenia, ważne ciepłe brzuszki przytulające się do jej piersi, chichoczące i bez zębów. Gotowałaby im zupy, kiszonki, kompoty, karmiąc.
Dlaczego Dorota była sama? Nikt nie słyszał jej historii. Żyła i to wszystko. Co na ziemi matce takie kobiety…
Wszyscy w sali spojrzeli na przechodzących mężczyznę, chłopca i kucharkę. Ktoś z stałych bywalców podniósł rękę, skinął.
Tak przywitano właściciela knajpy, pijawki i złodzieje, dziękując, że nie wypędza ich pan.
Dorota też przywitała. A co? Niech jedzą. Najedzony człowiek to dobry człowiek. Tak.
Weź go, Szymka, tego głodnego! otworzyła ostrożnie drzwi zaplecza, małego pokoju z dwoma stołami, łóżkiem i szafą. Co się martwicie? Zmarzło? A my mamy już rosołek! Siadajcie. Szymku, usiądź. Oto krzesło. Jak mały niedźwiadek. Dla dziadka. A ja stoję jak koń pokazała pięść, której nie widać było, i zniknęła za drzwiami.
Jan niechętnie rozebrał się, drżał. Od kilku dni miał gorączkę, kości mu łamały się, chciał leżeć w domu przy herbacie z dżemem, jeść bułkę i spać. A tu Szymek
Wszyscy się domyślali, że coś jest nie tak z Szymkiem, ale Łucja od razu powiedziała ojcu po wypisaniu ze szpitala.
Co się stało? zmarszczył brwi Jan. Nie zauważyłaś?
Nie chciałam, że miałby wyjść. Lepiej, żeby nie rodziła, bo teraz cierpię zwariowała Łucja.
Nie martw się! Uda się, wszystko będzie dobrze! Szymku! zawołał mężczyzna, nachylając się nad kołyską, w której się przewracał mały Szymek.
Mijały miesiące, potem zniknęły. Łucja zrozumiała, że nie rodziła dla siebie, że obietnica uda się, będzie dobrze się nie spełniła. Płakała, wspominała ojca.
Łucja? Co się stało? zapytał w słuchawce Jan.
Nie rozmawiali półtora roku, po kłótni na urodzinach Łucji. Wtedy wyrzuciła ojca z przyjęcia, twierdząc, że mu nie ma się żyć. On odjechał do mieszkania po rodzicach. Żonę, matkę Łucji, pochowano dawno. Serce pękło. W jedną chwilę włożyła nowe buty na obcasie, po czym upadła.
Wieczorem mieli iść do teatru na Dziadka do orzechów, nie do jakiegoś zamku, a do Krakowa. Bilety wypadły przypadkiem, wielka radość! Łucja miała nowe sukienki, a taksówka już stała. Ale przyjechała karetka, Łucja została w domu, patrząc, jak wynoszą matkę. Bilety musiała wyrzucić.
Od tamtej pory Jan nienawidził Dziadka do orzechów, a Łucja nienawidziła ojca, który nie pozwolił jej wejść do zamku królewskiego.
Łucja! Co ty robisz? Matka nie żyje! szepnął ojciec, trzymając krawat w dłoni. Zmarła!
Łucja nie słyszała, albo była twarda jak kamień. Zawsze tak była, choć przytulała się do matki jak kot. Nie kochała nikogo i wszystko miała w branie. Wszyscy jej byli winni. A Szymek miał spełniać normy. Nie udało mu się. Łucja nie mówiła nikomu, ale sama czuła się winna, że syn urodził się taki. Nie chciała go mieć, walczyła w brzuchu, a potem krzyczała, że to nie jej wina, że urodziła się na podłodze, nie krzycząc
Teraz nigdy nie krzyczy, nawet w przedszkolu, kiedy reszta gra w wojowniczki i biegnie po podwórku, on tylko cicho przytakuje, niepewnie.
Kiedy Łucja w końcu uwierzyła, że syn nie będzie jej dumą, całkiem go załatwiła i zaczęła podgryzać dziadka.
Łucja często wyjeżdżała w delegacje, a Jan zabierał wnuka do siebie. Rano przed pracą jeździli do przedszkola, wieczorem wracali, myli, czesali, smażyli jajka na dwa. Jedli w ciszy, stukając widelcami. Jan wypijał kieliszek, a w nim pojawiał się nauczyciel.
Po umyciu naczyń siadał z ospałym Szymkiem na kanapie, przytulał wnuka i razem oglądali Młodzież po odcinku. Szymek nudno przyglądał się obrazom, a Jan delikatnie wkładał mu palec w usta, prosząc, by powtórzył słowo.
Szymek próbował. Najpierw patrzył na wargi dziadka, dotykał je, potem szukał własne i wydychał coś, co brzmiało jak słowo. Ale mieszał się, Jan się denerwował, kartka leciała na stół, a chłopiec zasypiał.
Czy Jan kochał wnuka? Sam nie wiedział. Kochał, ale nie rozumiał. Nie wiedział, jak pomóc.
No dzieciaki, dawajcie! Szymku, weź łyżkę! wpadła do pokoju Dorota, niosąc tacę pełną talerzy, i postawiła ją na stole.
Chłopiec odwrócił się i od razu zaczął płakać.
W ogrodzie Galia Egorowa, mocno ściskając jego wargi, próbowała wlać mu łyżkę zupy. Boleło, chłopiec się wykręcał, a Galia ryczała.
Miała jednak inny plan. Postawiła krzesełko, usiadła i spojrzała na Jana. Wiesz, znamy się już trzydzieści lat, prawda? zaczęła Dorota. A wpadaliśmy w kłótnie, i godaliśmy się, i nawet małżeństwo mnie wciągnęło! skinęła, wlewając Szymkowi łyżkę.
Smaczne? zapytała, wyciągając łyżkę. Zawsze trzeba jeść smacznie, Szymku. A nie smacznie nie znaczy nie jeść. Życie trzeba przeżyć z radością.
Skąd ma przyjść radość, kiedy mały jest sam, bez mamy, a ja go nie wiem, co zrobić? wpadł Jan, marszcząc brwi.
Radość jest wszędzie. Bez niej nic nie ma sensu odpowiedW końcu Szymek położył się spokojnie na kolanach dziadka, zamknął oczy i szepnął: Kocham cię, Dziadziu, a ich serca zadrżały w jednoczesnym rytmie nadziei.



