18 kwietnia
Martusiu, do zobaczenia za trzy dni! I nie zapomnij upiec swojego słynnego mięsnego placka. Taki pyszny… rozbrzmiewał radosny głos teściowej, Heleny Janowskiej, w słuchawce.
Mi jednak nie było do śmiechu. Zakończyłem rozmowę i ciężko opadłem na krzesło. Za kilka dni miała być Wielkanoc. Cała rodzina Dominika znów miała zjawić się u nas.
U was tyle miejsca, dla wszystkich wystarczy! Kiedyś ledwie się mieściliśmy w naszych klitkach, a tu można się rozsiąść! Będzie gdzie spotykać naszą całą ferajnę orzekła Helena dwa lata temu.
Teraz zaczynałem nienawidzić tej naszej przestronnej trójki kredyt jeszcze długo trzeba będzie spłacać. To właśnie przez to mieszkanie cała familia tłumnie wpadała do nas, robiła zamieszanie i przeszkadzała nawet w spaniu.
Do kuchni wszedł Dominik i pocałował mnie w czubek głowy.
Wszystko z mamą ustalone? zapytał.
Tak, znowu święta u nas. Dominik, może ty porozmawiasz z mamą? popatrzyłem błagalnie.
Zmarszczył brwi.
Marto, przecież to już było. Mama za tobą przepada, uwielbia jak gotujesz! Jak mam jej zabronić przyjeżdżać? Tym bardziej, że już jest na emeryturze. Nie każesz jej szykować wszystkiego na takich ludzi? Wychowała czwórkę dzieci, zasłużyła na oddech.
Za każdym razem dawałem się przekonać. Ale w duchu myślałem: A kto się zatroszczy o mnie? Dlaczego ja w święta muszę obsługiwać całą familię?
Ale narzekać było bez sensu. Nie chciałem się kłócić ani psuć rodzinnej atmosfery. Dlatego następnego dnia wyruszyłem po zakupy, a dzień przed Wielkanocą od rana do nocy szykowałem jedzenie.
Do późnej nocy stałem przy garnkach, żeby przygotować dla wszystkich. Na święta miały się zjechać dzieci Heleny z rodzinami razem ponad dziesięć osób!
Czemu znowu jestem sam z tym wszystkim? Niemożliwe, żeby nikt nie mógł pomóc! Przecież nie tylko twoja mama, ale może chociaż jedna z żon braci? Czy wszystkie na emeryturze? rzuciłem nerwowo do Dominika, ugniatając ciasto na placek.
Dominik spojrzał na mnie zdziwiony.
Przecież wiesz, że bracia nie potrafią gotować, ja też nie bardzo. A ich żony mają dzieci albo pracują. Nie mogę im kazać zostawić wszystkiego, to nie fair.
A mnie już można? Ja też pracuję, nawet jeśli z domu, to nie znaczy, że się nie męczę, Dominik.
Nie denerwuj się przytulił mnie w pasie. Wszystko będzie dobrze. Wszyscy się spotkamy, twoje jedzenie wszyscy pochwalą, poprawi ci się humor.
I znów zrezygnowałem z marudzenia. Po północy padłem do łóżka, ale ze zmęczenia nie mogłem zasnąć. Targały mną myśli i żal.
Po co mi te pochwały? Też chciałbym raz przyjść na gotowe, nie poświęcić tyle czasu, pieniędzy i zdrowia.
Ledwie głębiej zasnąłem, już obudził mnie telefon. Teściowa chciała złożyć życzenia jako pierwsza, a na koniec stwierdziła:
Za godzinę będziemy u ciebie. Wczoraj wszystkim dzieciom powiedziałam, więc zacznij już wszystko wykładać na stół jej głos był radosny, energiczny.
Nie miałem nawet siły wstać z łóżka. Wyobrażałem sobie, jak biegam do kuchni dziesiątki razy, podaję i zabieram talerze, potem sprzątam wszystko.
Nie chcę jęknąłem w poduszkę.
Marta, czemu jeszcze leżysz? Mama zaraz przyjedzie! I goście! w drzwiach stanął Dominik, nie patrząc zbyt przychylnie.
Już idę odpowiedziałem niechętnie i wstałem. Dasz radę, dasz sobie radę, jesteś silna, powtarzałem sobie idąc zmyć twarz.
Mobilizowałem się jak mogłem. Ostatecznie stół był nakryty i wszystko podgrzane na czas.
Przy stole panował gwar. Rodzina wymieniała się wrażeniami, wspominała, śmiała się i głośno dzieliła planami. Helena siedziała obok mnie i nie przestawała wyrażać zachwytu:
Nasza Martusia cudownie gotuje! Wszystko pyszne, córeczko. Nigdy nie umiałabym takiej uczty przygotować! szeroko się uśmiechała, ściskała moją dłoń i patrzyła z uznaniem w oczy.
Przyjmowałem gratulacje, ale często wychodziłem z pokoju. Uciekałem na balkon, by schować się przed hałasem i pytaniami o dzieci. Z Dominikiem zdecydowaliśmy, że zaczekamy z rodziną, aż się trochę ustatkujemy. Ale krewni tym się mało przejmowali.
Martusiu! rozległ się głos teściowej. Czas podać deser! Dokąd ty się znowu schowałaś?
Drzwi na balkon się otwarły, a do środka weszła Helena.
Palisz?! zapytała ze zdziwieniem.
Co? Skąd! żachnąłem się Wyszedłem tylko odetchnąć świeżym powietrzem, duszno tu trochę.
No tak, dzieci w środku, nie da się wietrzyć. Już myślałam, że zaczęłaś podjadać… Ale pamiętaj, nie wolno, czekam jeszcze na wnuki! pogroziła żartobliwie palcem.
Uśmiechnąłem się lekko na siłę. Helena nic nie zauważyła.
Chodź, trzeba zebrać ze stołu i podać deser.
Zaraz idę
Wróciliśmy razem, ale Helena od razu usiadła na swoim miejscu. Zostałem sam. Zebrałem brudne talerze, zaniosłem je do kuchni. Potem położyłem ciasto i zmieniłem sztućce znowu wszystko sam.
Twój sernik jest najlepszy na świecie! pochwaliła znów Helena.
Szybko umknąłem do kuchni i zacząłem zmywać, by się czymś zająć. W takich chwilach najbardziej żałuję, że wciąż nie kupiliśmy zmywarki. Odkładaliśmy ten wydatek cały czas.
Po dwóch godzinach goście zaczęli się zbierać.
Dominiczku, zawieziesz mnie do domu? zapytała Helena.
Jasne, mamo, tylko wezmę klucze.
Zostałem w mieszkaniu sam. Położyłem się w salonie na kanapie, wycieńczony. Wszędzie bałagan, znowu. Gromada dzieci, grupka gości cała wczorajsza poranna krzątanina poszła na marne.
Trzeba wstać i wszystko ogarnąć powiedziałem do siebie. Bo jak zostawię, to jutro będę się tylko bardziej złościć.
Z cichym westchnieniem podniosłem się z kanapy. Zbierałem talerze, obrus i ręczniki od razu wrzuciłem do prania. Stół odstawiłem do kąta w salonie. Umyłem znów wszystko ręcznie, resztki jedzenia poukładałem w pojemnikach. Potem odkurzyłem wszystkie pokoje i umyłem podłogę.
Należy mi się nagroda za ten wysiłek…
Napuszczałem wody do wanny, wrzuciłem ulubioną solną kulę, puściłem spokojną muzykę i zanurzyłem się w gorącej wodzie. Po raz pierwszy od kilku godzin sięgnąłem po telefon. Była już wiadomość od Dominika:
Mama zaproponowała, żebym został. Będę jutro.
Tego się spodziewałem. Jak zwykle
Dominik dobrze wiedział, że zmywać i sprzątać będę dziś i zamiast pomóc, został u mamy.
Jak oni mnie traktują, tak ja ich zacznę traktować. Mam dosyć! zdecydowałem.
Cały miesiąc minął nie wiadomo kiedy. Kolejne święto zbliżało się wielkimi krokami. Telefon od teściowej długo nie kazał na siebie czekać:
Martusiu, nakrywaj stół! Wpadniemy w piątek na urodziny młodszego brata Dominika.
Oczywiście, stół stoi, ale gotować nie mam kiedy, praca mnie wzywa do biura, nie wiem, o której wrócę jęknąłem z udawanym smutkiem. Nie wiem, czy w ogóle będę na imprezie
Co? Ale jak to?..
No praca, nie przeskoczę…
Dobrze, coś wymyślę… westchnęła Helena.
Do zobaczenia odparłem i z uśmiechem odłożyłem telefon.
Wieczór spędziłem u kolegi. Rano kazałem Dominikowi całe sprzątanie zostawić na siebie to w końcu urodziny jego brata, nie moje.
Na rocznicę Heleny wziąłem urlop i pojechałem do rodziców do Wrocławia. Prezent wręczyłem wcześniej i oznajmiłem od razu:
A gdzie będziemy świętować?
Dominik was wpuści, mnie nie będzie.
A jedzenie?
Zamówcie coś, albo reszta synowych coś zrobi. Poradzicie sobie!
Kolejne uroczystości zorganizowałem już w domu ale poczęstunek ograniczał się do plasterków wędlin i sklepowego tortu. I zawsze mówiłem:
Mnie nawet nie było kiedy gotować. Praca mnie przygniata. Możecie zamówić coś, jeśli chcecie.
Ale nikt nie chciał wydawać własnych pieniędzy. Do Sylwestra rodzina zrozumiała, że już nikt nie będzie się gościł kosztem Marty. I ochota na wspólne świętowanie jakoś osłabła.
Tego Sylwestra spędziliśmy z Dominikiem sami, mnie to bardzo odpowiadało. Plan wypalił. Wznosząc kieliszek szampana, z dumą pomyślałem, że czasem trzeba zawalczyć o własne i właśnie tego się nauczyłem.



