Czarna wdowa
Zgrabna i bystra Lidia jeszcze przed zakończeniem studiów na wydziale dziennikarstwa poznała Władysława, sporo starszego od siebie. To oczywiście Władysław Kaczmarek pierwszy zwrócił uwagę na jej filigranową sylwetkębył w Toruniu postacią rozpoznawalną, pisał piosenki, które często rozbrzmiewały w lokalnych rozgłośniach.
Dla wielu był swojakiempracował w regionalnej telewizji i znał chyba wszystkich na mieście. Dzięki niemu Lidia bez trudu, tuż po studiach, dostała pracę jako prowadząca jego autorski program. Niedługo potem pojawiła się jej pierwsza audycja Rozmowy od sercazaprosiła znanego psychologa i jeszcze kilka osób; format to pytania i odpowiedzi, opierając się na życiowych przykładach.
Dobra robota, Lidko pochwalił ją Władysław, oglądając premierowy odcinek. To trzeba uczcić, nie ma innej opcji.
Władysław Kaczmarek, lat czterdzieści pięć, trzykrotnie żonaty. Jego energia, grono znajomych, wieczne bywanie w knajpach i saunach kompletnie nie pasowały do spokojnego życia rodzinnego. Twórczy człowiek, przekonany o swoim talencie muzycznym, notorycznie bywał w towarzystwie i nie stronił od alkoholu.
Czas płynął. Lidia stała się rozpoznawalna w Toruniu, wyszła za Władysława, jej program zyskał sporą widownię. Dbała o wygląd, miała styl, była miła i pełna szacunku. Nic w niej nie było złowieszczegoot, blond piękność z telewizji, tak ją opisywano. Ale z mężem nie trafiła, o czym przekonała się już po krótkim czasie: Władek zbyt często wracał do domu pod wpływem.
Władek, nie wygłupiaj się rzucił kiedyś jego kolega Szymon, gdy ten, pijany, próbował poniżyć Lidkę. Ta dziewczyna jeszcze cię przegoni.
Nie, Szymku, zawsze wybierałem sobie żony bez wielkiej inteligencji odpowiadał Władek, przekonany o własnej przewadze, i szczypnął żonę w policzek podczas kolacji w kawiarni.
Zanim zdobył jej uczucia, był wręcz dżentelmenem: kwiaty, prezenty, dedykował jej nawet dwie piosenki. Z troską słuchał tego, co mówiła. Lecz gdy Lidia została żoną, wszystko się zmieniło; traktował ją obojętnie, czasem burczał, krzyknąłnie różniła się dla niego od domowej kotki.
Naiwna byłam, liczyłam, że dzięki niemu zostanę gwiazdą myślała.
Na studiach uczyła się francuskiego, choć niezbyt praktycznego w podróżach. Władek zamęczał ją:
Ucz się angielskiego! Za granicą zachowujesz się jak dziewczyna ze wsi. Na siłownię nie masz czasu, a na naukę angielskiego szkoda ci go bardziej?
Po takich tekstach Lidia z przekory nie chciała się uczyć. Ale gdy Szymon, mądry i oczytany, powiedział im przy stole:
Dla kobiety z klasą angielski to jak szpilki następnego dnia znalazła nauczyciela i poszła na kurs.
No Szymek, dobrze wpłynąłeś na moją żonę! Kupiła podręczniki, słucha angielskiego zamiast muzyki w aucie śmiał się Władek.
Mieszkali z Władysławem w dużym mieszkaniu odziedziczonym po dziadkuprofesorze medycyny. Pomagała im w domu Wera, samotna, złośliwa, wiecznie zazdrosna czterdziestotrzylatka, ale doskonale tłumiła emocje. W zasadzie Lidia nie miała przed nią tajemniccały dzień kręciła się po ich domu.
Pewnego ranka Lidia obudziła się sama; męża nie było, spał na kanapie w gabinecie, znów w nocy wrócił pijany. W kuchni Wera trzymała pustą flaszkę po koniaku:
Wieczorem była pełna. I co mu na śniadanie, gdy się obudzi?
Rosół, mruknęła Lidia i poszła pod prysznic.
Po siedmiu latach małżeństwa z Władysławem nie urodziła mu dziecka; jemu nie zależało, miał syna z pierwszego małżeństwa. Sama też nie bardzo chciała rodzićstawiała na karierę. Po śniadaniu posłała Werę do gabinetu męża. Władek leżał na brzuchu; na poduszce czerwone plamy.
Lidia! zawołała Wera, trzeba dzwonić po pogotowie!
Co się stało?!
Nie wiem…
Po kwadransie Lidia siedziała już w karetce, jechała z mężem do szpitala. Władysława natychmiast skierowano na intensywną terapię. Lekarze, po dłuższym czasie, mówili tylko:
Ciężko… niewiele możemy obiecać…
Wieczorem telefon:
Proszę Pani, Pani mąż nie żyje…
Niemożliwe… odparła cicho. Przecież był młody…
Pogrzeb odbył się z rozmachem. Szymon wszystkim pokierowałludzi mnóstwo, bo Władek był lokalną postacią. Nawet na stypie przyjaciel wygłosił mowę:
Nie płaczmy. Władek przeżył życie barwne zasłużył na upragniony odpoczynek.
Wszystko miał… podsłuchała żona szepty.
Lidia długo nie mogła przywyknąć do ciszy. W domu ponuro, Wera patrzy wyczekująco: czy straci pracę? Koledzy w redakcji:
Lidka, nie powinnaś się smucić. Zostałaś młoda, wolna, z pieniędzmi. Po mężu dwa solidne rachunki w banku, podzielili między syna Władka i nią. Ale i ona nieźle zarabiała. Szukała towarzystwa, nie lubiła być sama, czasem wpadała do kawiarni.
Zajechała do pobliskiego baru.
Po kolejnym nagraniu programu zajrzała do kawiarni niedaleko domu. Myśli krążyły, sączyła powoli hiszpańskie wino. Podszedł do niej postawny mężczyzna z szerokim uśmiechem:
Mogę się przysiąść? skinęła głową. Ignacy, przedstawił się, ona także. Tak smutna? Ładna kobieta nie powinna się zamartwiać.
Jakoś szaro…
Ignacy, czterdziestolatek, brunet, nie był szczególnie atrakcyjny, szeroka twarz; Lidii skojarzył się z pluszowym misiem i rozbawiła się tym.
Niech Pani pozwoli mi postawić wino czy ciastko…? spytał.
Dziękuję, może ciastko, ale tylko tyle.
Ignacy, choć nie był przystojny, miał to coś: mnóstwo historii, świetny humor, od razu przykuł jej uwagę. Śmiała się, bawiła, odprowadził ją pod dom, umówili się na spotkanie.
Rano Lidia oznajmiła Werze:
Już cię nie potrzebuję, sama sobie poradzę gotowanie, sprzątanie, nie jest mi potrzebne.
Lidko, tyle lat przepracowałam z oddaniem, a ty chcesz mnie wyrzucić na bruk? Gdzie ja pójdę?
Znajdziesz inne miejsce, jakąś rodzinę, albo do pracy w portierni…
Wyrzucasz mnie, zaczęła płakać Wera. Tak się do was przywiązałam…
W sumie, nie zbankrutuję przez to, za to okien i toalety myć nie muszę, pomyślała Lidia.
Spojrzała na Werę, która ocierała łzy.
No dobrze, skoro tak nalegasz możesz zostać, wtedy Wera niemal ją ucałowała.
Was pokochałam, ty i Władek byliście jak rodzina… Przeżyłam stratę Władka, teraz i ty mnie chcesz stracić…
Tak zostało Wera pracowała dalej. Częściej w gości wpadał Ignacy-Kubuś (tak czule go nazywała Lidia). Ignacy wręcz ubóstwiał Lidkę. Po trzech miesiącach Lidia została jego żoną. Wesele skromne, bo taka była jej decyzja. Ale miesiąc miodowyMalediwy. Kubusia stać było, prowadził własny biznes.
Lidia spodziewała się przeciętnego wyjazdubezpośredni lot, solidny hotel, standardowe rozrywki dla turystów. Okazało się, że jej pluszowy miś ma inne pojęcie luksusu. Lot pierwszą klasą, na lotnisku czekał przewodnik i szybki transfer katamaranem na wyspę. Przywitanie dla VIP-ów, fajerwerki, koktajle, taniec narodowy.
Willę mieli przepiękną: cztery pokoje, dwie łazienki, basen i własną plażę.
Boję się myśleć, ile Kubuś za to zapłacił zastanawiała się Lidia.
Nie pytała o majątekwiedziała, że ma pieniądze. Ignacy czule się nią opiekował: poprawiał kołdrę, głaskał po włosach, pilnował, żeby przed pracą jadła solidne śniadanie, a nie tylko kawę.
Władek bywał złośliwy, poniżał mnie i kazał wciąż się rozwijać, by dorównać jego poziomowi. Kubuś, choć nieprzystojny, żyje dla mnie, nie dla siebie. Zawsze wysłucha, a to mi się bardzo podoba, myślała.
Wera chwaliła nowego pana, cieszyła się, że mieszka z nimi w dużym domu pod Toruniem. Jedyny zgrzyt: pewnego razu Lidia zobaczyła, jak Ignacy robi sobie zastrzyk.
Co to? przestraszyła się.
Insulina, mam cukrzycę, ale żyję normalnie.
Leżąc na plaży, Lidia rozmyślała:
Może naprawdę trafiłam na szczęśliwy los?
Wyjazd podobał jej się bardzo. Jedynie martwiło ją, że spędza czas z niezgrabnym, pulchnym mężem, a nie np. instruktorem surfingu czy niebieskookim trenerem tenisa.
Muszę mojego misia zagonić na siłownię i wprowadzić dietę.
Poruszyła ten temat, ale Ignacy posmutniał:
Zajmę się sportem, jeśli chcesz, ale mam problemy z przemianą materii. Apollinem nigdy nie będę. Jestem insulinozależny.
Rozumiem, nie wymagam, ucięła.
Po powrocie zabrała się do pracy. Coraz częściej ogarniała ją melancholia.
Czy dane mi będzie przeżyć prawdziwą miłość? Nie czuję nic do Kubusia. Chciałbym poczuć namiętność, przeżyć mocne emocje. Pragnę, by w nocy obok mnie leżał przystojny, umięśniony mężczyzna, nie pluszowy miś…
W pracy koleżanki żartowały:
Nie zdradzasz męża? Taka cnotliwa?
Nie była wcale taka święta, po prostu nie chciała krzywdzić dobrego Kubusia. Na firmowej imprezie sylwestrowej porządnie się wstawili. Kolega Konstanty zadzwonił po swojego znajomego Artura, by odwieźć go do domu.
Lidko, może Ciebie też podrzucimy? zaproponował Konrad, ona nie odmówiła.
Artur posadził ją obok siebie.
Konrad, dlaczego jeszcze nie przedstawiłeś mi Lidii? zaśmiał się, a ona patrzyła na niego z zachwytem.
Zgrabny, przystojny, w luksusowym aucie nie spuszczał z niej wzroku. Najpierw odwiózł Konstantego, potem Lidkę, poprosił o numer telefonu, a pod domem wysadził, przytulił do samochodu i pocałował, namacalnie, namiętnie. Nie odtrąciła go. Podobał jej się ten silny Artur.
W łóżku okazał się idealnym kochankiem. W domu była czuła dla Kubusia, a Artur nie tracił czasu na czułościz energią, pożądaniem. Po wszystkim mówił:
Dobrze mi z Tobą.
Obojgu to odpowiadało. Ignacy późno wracał z pracy, początek roku, dużo spraw, więc nic nie podejrzewał.
Pewnego dnia Lidia pojechała do Artura, już czekała w łóżku, gdy on, z łazienki w szlafroku, chciał do niej dołączyć. W tym momencie ktoś zaczął uporczywie dzwonić do drzwi.
Zaraz kogoś zabiję syknął i poszedł otworzyć.
Lidia usłyszała dwa znajome głosy: Artura i Kubusia. Przerażona zerwała się z łóżka, zaczęła się ubierać. W drzwiach już stał Ignacymilczący. Łatwiej było, gdyby krzyczał.
Kubuś… Ignacy… to nie tak…
Artur milczał, mógł nawet nie wpuścić męża.
Kto mnie wydał? spytała.
Jaka to teraz różnica? Nie wierzyłem, ale musiałem sprawdzić.
Lidia zobaczyła, że Ignacy wygląda fatalnie, blady, spocony, runął na ziemię. Dotknęła gociężko oddycha.
Dzwoń po pogotowie, szybko!
Artur zadzwonił. Lidia znalazła w kieszeni męża cieniutki pen z insuliną, pamiętała, że zawsze ją zabierał. Wstrzyknęła lek.
To może go uratować! myślała. Ale Ignacy nie odzyskiwał przytomności. Przyjechała karetka, lekarz powiedział:
Niestety… zmarł.
Lidia oprzytomniała. Artur odwiózł ją do domu. Wera pyta:
Lidko, co się stało? Jakaś jesteś nieobecna…
Lidia pomyślała:
Wera mogła mnie wydać. Jak jej nie odpowiadał Artur, ciągle o niego wypytywała… Ale zamilkła, bo i tak by się nie przyznała.
Po pogrzebie Lidia długo dochodziła do siebie.
Lekarze podali jako przyczynę śmierci zawał serca. Po pogrzebie musiała zmierzyć się z córką Ignacego z pierwszego małżeństwa, która przyszła z mężem-prawnikiemwymówili Lidii dom, grożąc, że w razie sporu nic nie odzyska. Rzuciła jej gruby plik banknotów (20 000 zł) i dała trzy dni na wyprowadzkę wraz z Werą.
Lidia nie miała ochoty walczyć o spadek, zrezygnowała ze wszystkiego. Wróciła z Werą do dużego mieszkania po Władku.
Mijał czas. Lidia powoli wracała do równowagipomagał Artur, spotykali się, choć nie proponował jej małżeństwa. Rozumiała, że mąż z niego nie będzie, ale i tak się z nim spotykała. Pewnego dnia kolega Konstanty zadzwonił:
Lidka, usiądź… Artur zginął w wypadku, na miejscu…
Lidia zamarła.
Dlaczego wszyscy moi mężczyźni umierają? Jestem jak czarna wdowa… Tak mnie przedstawią. Może mam pecha, czarną aurę?
Po jakimś czasie do programu Lidii przyszedł młody mężczyzna, Makary. Czuła, że nie spuszcza z niej wzroku; po nagraniu zaprosił ją na kawę.
Dobrze zgodziła się, czas się otrząsnąć.
Makary podbił jej serceLidia zakochała się do szaleństwa, promieniowała szczęściem.
To jest ta miłość. Nie mogę bez niego oddychać, żyć, a boję się o niego.
Makary także się zakochał, ich wspólne chwile były radosne, lubiła z nim byćłatwo, lekko, wiedział, jak rozmawiać. Nie zastanawiała się kim naprawdę jest; wiedziała tylko, że nie ma rodzeństwa, ojciec żyje, ale nie utrzymują kontaktu. Makary mieszkał z Lidią; wyjechał do pracy, ona miała ruszyć do stacji dopiero po południu. Nagle postanowiła dowiedzieć się o nim więcejnigdy nie był żonaty, nie miał dzieci.
Lidia uruchomiła laptopa, wpisała w wyszukiwarkę Makary Brzeziński i już pierwsza strona ją ogłuszyła. Ten prosty, swojski Makary figurował w pierwszej setce najbogatszych ludzi w kraju. Lidia była w szokujego majątek był ogromny.
Nie wierzę… roześmiała się nerwowo. Szok! a potem przyszła obawa oby nic złego się nie stało…
Uspokoiła się, ruszyła do pracy. Wieczorem zadzwoniła do Makarego, bo nie odpowiadał od rana. Telefon milczał, dzwoniła do biura.
Dzień dobry, poproszę Makarego…
Kto pyta? odparła sekretarka.
Lidia…
Makary trafił do szpitala… podała adres.
Lidia pędziła do szpitala.
Co się stało? zapytała lekarza.
Doktor uspokoił:
Spokojnie, nic groźnego, będzie żył, lekko serce siada, ale wszystko pod kontrolą.
Mogę go zobaczyć? Proszę…
Dobrze, dziesięć minut.
Lidia weszła cicho do saliMakary czekał na nią z uśmiechem. Usiadła przy nim, wziął ją za ręce.
Wszystko będzie dobrze, kocham cię. Jak wyjdę, pobierzemy się, zgadzasz się?
Oczywiście! pocałowała go. Przed nami całe życie i prawdziwe szczęście.
Dziękuję za przeczytanie, wsparcie i każdą pozytywną myśl. Powodzenia!



