Cudotwórczyni z szóstej klasy: Historia Lizy Bogaczewskiej, która już jako 12-latka ratowała sąsiadó…

Wszystko stało się jasne już w szóstej klasie Agnieszka Jagodzińska będzie świetną lekarką. Kiedy sąsiad, Tomek Wojda, spadł z huśtawki i rozbił sobie głowę oraz kolano widok był nie dla ludzi o słabych nerwach, a dwunastoletnia dziewczyna nie zgubiła zimnej krwi.
Karolino, przynieś wodę, bandaż i wodę utlenioną! poleciła swojej przyjaciółce z sąsiedztwa. Karolina od razu pobiegła do domu.
Nim przybiegła przerażona pani Teresa, mama Tomka, która w jakiś cudowny sposób dowiedziała się o wypadku, Agnieszka już dokładnie oczyściła rany, zdezynfekowała, zabandażowała i uspokoiła poszkodowanego. Widząc, kto udzielił synowi pierwszej pomocy, pani Teresa była pod wielkim wrażeniem.
Ty to będziesz lekarzem. I to dobrym! Szybka reakcja, pewność… Z niejednego lekarza nie doczekasz się niczego podobnego, a tu, proszę, dziewczynka!

Wszyscy w okolicy czuli się przy niej pewniej, nawet na wycieczkach, gdzie skaleczenia i urazy były codziennością. Później przyszły studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, staż w Klinice Wojskowej w Warszawie, specjalizacja, kursy dokształcające.
Agnieszka, teraz już dr JagodzińskaNowak, zyskała uznanie w Szpitalu Miejskim w Gdańsku, gdzie pracowała na oddziale diagnostyki funkcjonalnej. Zespół, w którym się znalazła, był świetny poza jednym wyjątkiem, starszym zastępcą ordynatora, dr. Wiesławem Łysikiem. Wiecznie niezadowolony, kłótliwy, człowiek, który najwyraźniej żywił się cudzym stresem. Agnieszka starała się nie wchodzić z nim w spory, ale wiedziała, ile ją kosztuje to opanowanie.

Pocieszał ją fakt, że ich styczność ograniczała się do cotygodniowych zebrań lekarskich, na których omawiano przypadki nowych pacjentów. Każde z tych spotkań było jednak prawdziwym wyzwaniem Łysik regularnie wbijał Agnieszce złośliwe szpile, a im bardziej udawało jej się zachować spokój, tym wytrawniej próbował ją sprowokować.

Niemożliwy człowiek żaliła się mężowi, Piotrowi Nowakowi, podczas kolacji.
Wygrasz z nim uśmiechnął się Piotr. Ty masz do ludzi podejście, jakiego ze świecą szukać.
Mama, naprawdę, mogłabyś być nawet dyplomatką! dodał trzynastoletni syn, Kuba. Tam płacą dużo lepiej niż lekarzom…
No dobra, to rozważę zażartowała.

Agnieszka słynęła z opanowania, ale i ona była tylko człowiekiem. Czuła, że kiedyś miarka się przebrała i to nastąpiło szybciej, niż się spodziewała.

Na jednym z zebrań, Agnieszka przedstawiała przypadek sześćdziesięcioletniej pani Zofii Marczyk, która siedziała po drugiej stronie biurka. Zazwyczaj raportowanie było proste: potem pacjent opuszczał salę i diagnoza była omawiana wewnętrznie w trzyosobowym składzie ordynator, lekarz prowadzący i zastępca.
Tym razem jednak wszystko wymknęło się spod kontroli. Pani Zofia spytała drżącym głosem:
Czy to bardzo poważne? Czy mam szansę wyzdrowieć? Mam jeszcze wnuczkę, sierotę, do wychowania…

Agnieszka już otworzyła usta, by dodać kobiecie otuchy, gdy nagle Łysik huknął:
Z takim rozpoznaniem?! Proszę pani, stan jest zaniedbany, tu żaden lekarz nie da gwarancji! Czemu pani tyle zwlekała?!
Pacjentka zbladła, drgnęła jej warga. Łysik nie poprzestał:
Znam takich! Najpierw leczycie się sami, dopiero jak już naprawdę nie da się wytrzymać szukacie pomocy. A my to nie czarodzieje, tylko lekarze!

Pani Zofia nie wytrzymała i zapłakała. Wybiegła z gabinetu. Agnieszka miała do siebie ogromny żal, że nie przerwała ordynatorowi ale była kompletnie zaskoczona. Kto krzyczy na starszą kobietę, która przeprasza, że żyje?
Ordynatorka oddziału pokręciła głową z dezaprobatą panie doskonale wiedziały, że Łysik miał rację, ale nie sposób było usprawiedliwić jego braku taktu. Przynajmniej z szacunku do wieku.
I wtedy Agnieszka nie wytrzymała.

Panie Wiesławie, z całym szacunkiem jak pan może tak się zachowywać?!
Ja tylko mówię prawdę! wzruszył ramionami Łysik. Choroby lepiej leczyć wcześniej, a nie gdy mleko się już rozlało!

Widząc ten tryumf na jego twarzy, Agnieszka odruchowo się skrzywiła.
Tak, łatwiej leczyć na początku. Ale nie wyobraża pan sobie nawet, ile trzeba było trudu, żeby ta kobieta zdecydowała się w ogóle na leczenie. Uwierzyła, że jest dla niej szansa! A pan w jednej chwili wszystko zniszczył! Szkoda słów…

Łysik początkowo próbował bronić swojego zdania, ale coraz bardziej tracił rezon, kiedy zobaczył, że nikt mu tym razem nie przyklaskuje. Agnieszka czuła, że zaraz zabraknie jej powietrza. Musiała wstać, podejść do okna; nie mogła dzielić z nim powietrza.
Nagle trzasnęły drzwi została sama. Usiadła za biurkiem i schowała twarz w dłoniach. Chciało jej się płakać, ale zaraz się otrząsnęła nie da mu takiej satysfakcji!

Nagle usłyszała ciche pukanie. Kiedy podniosła głowę, zobaczyła dr. Łysika. W ręku trzymał buteleczkę z kroplami na uspokojenie, zdumiony i trochę przestraszony.
Pani Agnieszko Proszę, to dla pani. I przepraszam, naprawdę. Może miała pani rację

Agnieszka odetchnęła, złość minęła.
Panie Wiesławie, każdy z nas ma trochę racji. Ale naszym zadaniem jest dawać nadzieję, czasem ona leczy nawet lepiej niż lekarstwa.
Tak, wiem odpowiedział cicho.

Taka zmiana zaskoczyła wszystkich, a najbardziej samą Agnieszkę. Wolała wyjaśnić sprawy do końca:
Panie Wiesławie, zapamiętaj pan: nigdy nikomu nie pozwolę podważać mojego profesjonalizmu przy pacjentach, niezależnie od stanowiska.

Rozumiem, pani Agnieszko, przepraszam potwierdził.

Godzinę później Agnieszka przyszła do sali pani Zofii. Zastała ją uśmiechniętą, z bukietem tulipanów na szafce.
Pani doktor, wie pani co? Pański szef mnie odwiedził, przyniósł kwiaty, przeprosił i zapewnił, że zrobią wszystko, aby mi pomóc!
I tak właśnie będzie! uśmiechnęła się Agnieszka, głaszcząc ją po dłoni. Jeszcze nas wszystkich pani zaskoczy powiedziała z czułością.

Miesiąc później pani Zofia wracała do zdrowia. W dniu wypisu dr Łysik przyniósł jej bombonierkę i bukiet róż.
Proszę, to dla wnuczki… a to dla pani wręczył kwiaty.
Dziękuję! Nikt mi już tak dawno nie dał kwiatów, nawet nie pamiętam kiedy Wszystkim lekarzom bardzo dziękuję, postawiliście starą na nogi.
Zwykłem mówić: wracajcie do nas ale życzę, żeby pani wróciła tylko w odwiedziny! uśmiechnął się Łysik.

Wszyscy w szpitalu byli w szoku: nikt nie poznał w tym mężczyźnie dawnego zrzędliwego ordynatora. Nikt nie śmiał się plotkować Agnieszka nie była osobą godną takich plotek, a Łysik jeszcze mniej pasowałby do roli kobieciarza.

Na kolejnym typowo kobiecym podwieczorku w szpitalnej kuchni, gdy cała damska część personelu, od pielęgniarek po salowe, piła herbatę z domowymi ciastami i konfiturą, temat był tylko jeden zmiana Łysika. Pielęgniarka Elwira nie wytrzymała:
Agnieszko, co ty z nim zrobiłaś? Nawet się uśmiecha, choć rzadko
Nic nadzwyczajnego! zaśmiała się Agnieszka. Wystarczy być pewną siebie i nie dać się poniżyć.
Niby proste mruknęła młoda salowa Basia. Zawsze się trzęsę, jak go widzę.

Każdy ma prawo szanować siebie skwitowała Agnieszka. Przystojny czy nie, lekarz czy salowa. Trzeba być spokojnym i szanować siebie.

Ja myślę, że Łysik to po prostu smutny człowiek filozoficznie dodała kucharka Janina.

Zgodziły się wszystkie, poza Agnieszką, która już od dawna wiedziała, jak bardzo samotny jest doktor. Wtedy wbiegła kasjerka Aniela z rewelacją:
Słyszałyście? Łysik się żeni!
Kto by pomyślał!
Cuda się zdarzają!
Ale z kim?! zapytała Basia.
Słyszałam, że z jakąś pacjentką…

Agnieszka tylko się uśmiechnęła, domyślając się prawdy.
Dziewczyny, to zdaje się dobra okazja! Czas wznieść toast za zdrowie nowożeńca!
Pomysł podchwycono, toast był huczny i radosny. I może rzeczywiście trochę szczęścia zmieni każdego?

Nazajutrz podczas przerwy Agnieszkę odwiedził uśmiechnięty od ucha do ucha dr Łysik.
Pięknie dziś pani wygląda, pani Agnieszko!
To miło, dziękuję.
Biorę ślub, wie pani?
Naprawdę? Z kim?
Z Zofią naszą pacjentką! Przyszedłem jej pogratulować wyzdrowienia, jak to się mówi, i zakochałem się jak dzieciak!
To cudowna wiadomość! Z całego serca gratuluję!

Ślub był piękny. Pani Zofia wyglądała młodziej niż kiedykolwiek, promienna i szczęśliwa, a Agnieszka, patrząc na parę nowożeńców, czuła cichą satysfakcję. Przecież to właśnie ona, choćby trochę, zmieniła bieg tych dwóch ludzkich losów.

Rate article
Fajna Tajna
Cudotwórczyni z szóstej klasy: Historia Lizy Bogaczewskiej, która już jako 12-latka ratowała sąsiadó…