Już w szóstej klasie było oczywiste, że Hania Borkowska będzie świetną lekarką. Wtedy sąsiad mały Pawełek spadł z huśtawki i konkretnie rozbił sobie kolano oraz czoło. Widok raczej nie dla osób o słabych nerwach, lecz dwunastoletnia dziewczyna nie spanikowała.
Jaga, przynieś wody, bandaż i wodę utlenioną! rozkazała kumpeli z bloku naprzeciwko, a ta tylko skinęła głową i pognała do domu.
Zanim na placu zabaw pojawiła się roztrzęsiona pani Wiesia mama Pawełka, której ktoś zdążył już donieść o katastrofie Hania w ekspresowym tempie przemyła, zdezynfekowała i zabandażowała rany. Kiedy kobieta dowiedziała się, kto pierwsza udzielił pomocy, aż zaniemówiła z wrażenia.
Lekarką zostaniesz! stwierdziła pod koniec. I to porządną! Tyle dobrego, że dzieciaki jeszcze myślą lepiej niż niejeden lekarz!
W harcerstwie nie było na Hanię mocnych. Wszyscy woleli nie mieć kontuzji, ale jeśli już się coś przydarzyło, lepiej, żeby Hania była w pobliżu.
Potem przyszedł czas na studia medyczne, staż, specjalizację, kursy, egzaminy Wszystko jak trzeba. Aż w końcu Hania Borkowska, teraz już pani doktor Gajewska, została głównym lekarzem na oddziale diagnostyki funkcjonalnej w szpitalu w Poznaniu.
Szefowie ją cenili, pacjenci chwalili, a zespół sama śmietanka. No, może poza doktorem Janem Grzybowskim starszym zastępcą dyrektora ds. medycznych, który miał opinię marudy i energetycznego wampira. Bez kłótni nie potrafił żyć, a Hania starała się nie dać się prowokować, choć wymagało to od niej nieziemskiej cierpliwości.
Jedynym pocieszeniem było to, że wpadała na Grzybowskiego tylko raz w tygodniu, i to podczas posiedzeń komisji lekarskiej najczęściej w poniedziałek, żeby utrudnić start w nowy tydzień.
Owych spotkań Hania nie znosiła. Doktor Grzybowski zawsze musiał mieć ostatnie słowo, lubił dogryzać i wyciągał całą gamę swoich pasywno-agresywnych docinków. Czuł się wyraźnie pobudzony, gdy widział, że Hania nie daje się sprowokować. No, taki typ żyje z emocji innych, i już.
No nie wytrzymam z tym człowiekiem wzdychała do męża przy kolacji. Przysięgam, mam wobec niego anielską cierpliwość, ale odnoszę wrażenie, że on tylko po to przyszedł na świat, by mi tę cierpliwość wystawiać na próbę.
I tak dasz radę śmiał się Maciej. Dyplomację masz we krwi. Nie poznałem drugiej takiej kobiety!
Mama, to prawda pokiwał głową trzynastoletni syn Szymek. Jak ci się znudzi bycie lekarką, idź do MSZ, tam zarobisz więcej.
Będę mieć to na uwadze zaśmiała się Hania.
Była naprawdę dyplomatką, ale jak każda miała swoje granice. Czuła, że kiedyś emocje puszczą i wtedy naprawdę wybuchnie.
Nadszedł poniedziałek, komisja lekarska, jak zawsze. Wszystko szło według schematu do momentu, gdy Hania opisywała przypadek kobiety pod sześćdziesiątkę, siedzącej na kozetce naprzeciw.
Standardowy przebieg był taki: lekarz prowadzący zdaje relację, pacjent wychodzi, a potem lekarze omawiają przypadek. Ale tego dnia stało się coś innego.
Pacjentka, lekko znerwicowana i przygarbiona, spytała:
Powiedzcie tylko jedno Czy to coś bardzo poważnego? Wyleczę się? Muszę jeszcze wychować wnuczkę, sierotę!
Głos jej drżał, oczy pełne łez i nadziei.
Hania nabrała powietrza, żeby powiedzieć coś pocieszającego, ale wtedy Grzybowski ryknął jak lew:
Z takim rozpoznaniem?! Pani kochana, to już taki stan zaawansowany, że żaden rozsądny lekarz nawet nie powie może! Trzeba było przyjść wcześniej!
Kobieta oniemiała i zaczęła chlipać. Grzybowski jednak nie zwalniał tempa:
Ano znam te przypadki! Najpierw domowe metody, potem fora internetowe, a dopiero jak jest dramat, to lekarz. A my nie mamy czarodziejskiej różdżki!
Nieszczęsna kobiecina wybiegła z płaczem z gabinetu.
Potem Hania sama na siebie się złościła, że nie potrafiła wygarnąć mu od razu. Chociaż, prawdę mówiąc, była zbyt zszokowana. Krzyczeć na starszą panią, która i tak ma dosyć? Niepojęte. Kierowniczka oddziału tylko bezradnie pokręciła głową.
Obie wiedziały, że Grzybowski może mieć rację, ale można to powiedzieć z wyczuciem, choćby przez szacunek dla wieku.
I wtedy Hani puściły hamulce.
Panie doktorze Grzybowski, przy całym szacunku co pan sobie wyobraża?!
A cóż ja takiego powiedziałem? zrobił niewinną minę Grzybowski. Nie jesteśmy cudotwórcami, powinno się mówić prawdę, a nie mamić.
Hania skrzywiła się z niesmakiem. Kierowniczka oddziału już wiedziała, na czym mu zależy prowokacja się udała Ale czy na pewno?
Oczywiście odparła Hania że najlepiej byłoby leczyć na samym początku. Ale wie Pan, ile trudu kosztowało mnie namówienie tej kobiety na hospitalizację? To był wyczyn! Zaczęła wierzyć, że może będzie lepiej! A pan jednym zdaniem rozwalił jej całą nadzieję. Gratuluję!
Grzybowski chyba się przeliczył. Hania już się nie hamowała. Po tej wymianie zdań, kierowniczka oddziału wycofała się jakby nigdy nic. A Hania czuła, że nie może oddychać tym samym powietrzem, co Grzybowski. Ot, energetyczny wampir.
Siedziała patrząc w kąt, zła. Była bliska łez, ale pomyślała: O nie, takiego prezentu mu nie dam!. Usiadła do biurka i sięgnęła po kartotekę. Praca nie zaczeka.
Wreszcie usłyszała cichy głos, zupełnie niepodobny do Grzybowskiego.
Pani Haniu… zaczął, nie podnosząc wzroku i z buteleczką melisy w ręce. Proszę… napić się, to na uspokojenie. I… przepraszam. Może ma pani rację…
Panie doktorze, i pańska racja jest, tylko wie pan, my poza leczyć, musimy choć czasem dać ludziom nadzieję. Bez niej nawet najdroższe leki nie działają westchnęła Hania.
Grzybowski zamruczał coś pod nosem i wyszedł, a Hania aż zaniemówiła z wrażenia. Kłótnia ewidentnie coś zmieniła czyżby?
Jeszcze tego samego dnia Hania poszła zobaczyć swoją pacjentkę, panią Weronikę.
Na stoliku przy łóżku stał bukiet tulipanów.
Wyobraża sobie pani? Przyszedł ten pański szef, kwiaty przyniósł, przeprosił. Powiedział, że zrobią dla mnie co się da!
No, mówię pani, wszystko będzie świetnie. Jeszcze pani zatańczy na własnym weselu! zażartowała Hania, a Weronika parsknęła śmiechem.
Po miesiącu Weronika wyraźnie odżyła. W dniu wypisu Grzybowski przyniósł jej bombonierkę Wedla.
Dla wnuczki mruknął zakłopotany.
Dziękuję! ucieszyła się kobieta.
A dla pani bukiet róż.
Piękne! Dawno nikt mi kwiatów nie dawał. I dziękuję za wszystko, lekarze złote ręce mają!
Już chciałem powiedzieć: “proszę wracać,” ale lepiej tylko w odwiedziny! zażartował Grzybowski.
Obecni zaniemówili: czyżby to nareszcie miała być przemiana Dracula w człowieka?
Relacje między Hanią a doktorem Grzybowskim zrobiły się poprawne, a nawet kawowe. Zdarzało się, że wypijali wspólnie kawę po komisji, a czasem nawet wpadali do kawiarenki obok szpitala.
Naprawdę nie ma szczęścia w życiu zwierzył się pewnego razu Grzybowski. Może przez to taki jestem… Trochę życie minęło, a ja jakby coś przegapiłem.
No coś pan! Pracuje pan z tyloma ludźmi, ratuje ich, nie każdy tak może odparła Hania.
Ale w jej głowie pojawiła się myśl: Jaki on właściwie samotny.
W końcu plotki rozniosły się po szpitalu.
Na babskim spotkaniu z herbatą i powidłami śliwkowymi (dzieło siostry Otylii), pielęgniarki i sprzątaczki zerkały na Hanię jak na wyrocznię.
Hanka, co ty mu zrobiłaś? szeptała pielęgniarka Sabina. Nawet uśmiecha się czasem!
Nic wielkiego, wystarczy odrobina pewności siebie machnęła ręką Hania.
Tobie łatwo mówić, jesteś lekarką! wykrzyknęła młoda salowa Dżesika. Jak on mnie widzi, to drżę.
Każda i każdy ma prawo do szacunku podsumowała Hania. Niezależnie od stanowiska. To się da wypracować.
W tym momencie do kuchni wbiegła gospodyni bogato obładowana ciastem.
No, słyszałyście, Grzybowski się żeni! rzuciła z progu.
Na pewno?
I z kim? dopytywała Sabina.
Z pacjentką podobno… odpowiedziała gospodyni.
Hania nie powiedziała nic, ale się szeroko uśmiechnęła. Miała swoją teorię na ten temat.
Dziewczyny, czy nie powinniśmy uczcić tego inaczej niż herbatą? zaproponowała. Chyba pora na butelkę dobrego wina!
Kolektyw przyjął pomysł z entuzjazmem. Wypiły za zdrowie wiecznie obrażonego doktora, licząc po cichu, że może szczęście małżeńskie uczyni go mniej toksycznym.
Już następnego dnia, podczas przerwy na kawę, do Hani podszedł promieniejący Grzybowski.
Pani Haniu, ożenię się rzucił z triumfem. Chciałbym panią zaprosić z rodziną na wesele. To dzięki pani znalazłem miłość życia.
O, to naprawdę wspaniała wiadomość! Hania uśmiechała się szczerze.
Żenię się z Weroniką. Tą samą, od której się wszystko zaczęło.
No i proszę! Dobrze pan wybrał! Już mówiłam, że powinien pan częściej działać z sercem, a nie z wątroby.
Bez pani nic by się nie zdarzyło
Na ślubie Grzybowski wyglądał olśniewająco w stroju od krawca, a Weronika wyglądała na dziesięć lat młodszą po nowej fryzurze i farbie. Aż trudno było uwierzyć, że to ta sama zszargana chorobą pani walcząca o życie dla wnuczki.
Nie da się ukryć Hania poczuła dumę. A śmiejąc się z własnych myśli, stwierdziła: To był kawałek mojej dobrej roboty i żadna dyplomacja tego nie zmieni!.



