Co ty? Jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat! Jaka kochanka? Mi ciebie wystarczy!
Weronika nie mogła sobie z tym poradzić. Czuła w kościach, że mąż ją zdradza. Dręczyła ją niepewność. Pewnego dnia odważyła się z nim szczerze porozmawiać.
Zapytała wprost, czy to prawda, ale on tylko odpowiedział:
Co ty? Jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat! Jaka kochanka? Mi ciebie wystarczy!
Wydawało się, że Krzysztof mówi szczerze. Nie zauważyła fałszu w jego uśmiechu, słowach ani spojrzeniu, ale coś wciąż nie dawało jej spokoju.
Wera nie była typem, który polega na losie, więc postanowiła dotrzeć do prawdy. Ale jak?
Po przeczytaniu porad w internecie zdecydowała się najpierw sprawdzić telefon męża, ale nie znalazła nic podejrzanego. Tylko niewinne pogawędki z paroma koleżankami z dawnych lat, co jej nie poruszyło. Wielka mi rzecz!
Telefon Krzysztofa nigdy nie miał hasła. Jak twierdził, nie miał nic do ukrycia. Żadnych tajnych rozmów, żadnych usuniętych wiadomości. Anioł we własnej osobie.
Czasem Weronice wydawało się, że wszystko sobie wymyśliła, ale za każdym razem, gdy mąż spóźniał się z pracy, czuła ten sam niepokój.
Przyjaciółka zawsze powtarzała:
To tylko twoje przypuszczenia! Krzysztof cię kocha i nigdy nawet nie spojrzy w stronę innej kobiety! Swoimi podejrzeniami tylko wszystko psujesz!
Ale Wera nie słuchała. Jej dusza podpowiadała coś innego, a dzielić się mężem z inną kobietą było dla niej nie do przyjęcia.
Pewnego dnia nawet poszła go sprawdzić przybiegła do jego biura, żeby się upewnić, czy naprawdę pracuje, czy może włóczy się po kobietach. Gdy ją zobaczył, wpadł w złość. Mówił, że go kompromituje przed kolegami z pracy. Potem długo musiała przepraszać, ale mąż szybko odpuścił.
Wydawałoby się, że wszystko w ich życiu układa się dobrze. Dom jak przysłowiowa pełna miska. Dwoje dzieci rośnie. Żyj i ciesz się, a nie Weronika uparcie szukała sobie problemów.
Jak mówi przysłowie kto szuka, ten znajdzie! Tyle że na razie jej się nie udawało.
Ogólnie Wera bardzo się martwiła, jak to często bywa u trzydziestoletnich kobiet, które nie chcą zostać samotne z dwójką dzieci.
Z zewnątrz wydawała się spokojna, ale w środku kipiało.
Nie było w Krzysztofie żadnych podejrzanych oznak. Ani śladu szminki na koszuli, ani obcych perfum, nawet nie zmienił stylu życia, ale ona wciąż czuła, że coś jest nie tak.
Gdyby nie przypadek, Weronika pewnie nigdy nie poznałaby prawdy. Wymyślonej czy prawdziwej? Zobaczymy.
Gdy młodszy syn poszedł do pierwszej klasy, Wera postanowiła nauczyć się jeździć samochodem. Zapisała się na kurs wieczorami po pracy. Po trzech miesiącach zdała egzamin i dostała prawo jazdy.
Mąż był z niej tak dumny, że kupił jej samochód. Mały, ale zawsze.
Wera sama była drobnej budowy, więc czuła się w nim komfortowo, a i parkowanie było łatwiejsze.
Krzysztof oczywiście się nie przyznał, ale kupił auto głównie po to, żeby żona nie prosiła go o pożyczenie jego Audi. Uważał, że jeszcze nie czas, żeby jeździła takim autem. Najpierw musi nabrać doświadczenia. Tak jej przynajmniej mówił.
I oto pewnego weekendowego poranka Weronika obudziła się wcześniej niż zwykle i postanowiła zrobić domownikom przyjemność upiec pieróg z bakłażanem i kurczakiem. Wszyscy go uwielbiali, ona też. Zabiera się do roboty, a tu mąki brak.
Na dworze mróz, śnieg po kolana, ale już przyzwyczaiła się do zimowej jazdy. Postanowiła szybko skoczyć do sklepu. Wyszła do samochodu, a ten nie chce zapalić. Wróciła do domu wszyscy jeszcze śpią. Chodziła na palcach, żeby nikogo nie obudzić.
Iść pieszo po mrozie nie miała ochoty, więc postanowiła wziąć grzech na duszę i pojeździć bez pozwolenia samochodem męża. Przecież to tylko parę kilometrów. Nawet się nie zorientuje.
Wzięła kluczyki od jego Audi i wyszła na zewnątrz. Gdy auto się nagrzewało, postanowiła przetrzeć szyby. Siegnęła do schowka, wiedziała, że mąż trzyma tam ściereczki. I przypadkiem zahaczyła o coś coś upadło na podłogę.
Podniosła. Telefon. Ale czyj?
Na pewno nie Krzysztofa jego aparat znała dobrze. Ten smartfon wyraźnie do niego nie należał. Najpierw pomyślała, że mąż go przypadkiem zabrał, jak to miał w zwyczaju mówić, ale palec sam dotknął przycisku i Wera go włączyła.
Pierwsze, co zobaczyła, to wiadomość od jakiejś Karoliny.
Kochanie, tak za tobą tęsknię! Przyjedź szybko! Czekam na ciebie!
Wera aż mrugnęła ze zdumienia. Hasła nie było, więc zaczęła czytać korespondencję. Samochód się nagrzewał, a ona czytała.
Ta wymiana wiadomości była długa. Niemal na całe życie.
Okazało się, że mąż codziennie kończył pracę o piątej, a do domu wracał o siódmej. Weronika nawet nie przyszłoby do głowy sprawdzić, o której faktycznie wychodzi z biura.
Okazało się, że prawie każdego dnia najpierw szedł do swojej ukochanej Karoliny na godzinę, a potem wracał do domu, udając, że nic się nie stało. I pisał do niej takie słowa, jakich żona nigdy od niego nie słyszała.
Na zdjęciu była starsza kobieta. Na pewno po czterdziestce. I po co mu taka?
Weronika wściekła się jak nigdy.
Właśnie miała wyjść z samochodu, gdy zobaczyła, że Krzysztof wychodzi z klatki.
Zostawiła w domu kartkę, że pojechała do sklepu. On pewnie postanowił wykorzystać okazję i wysłać kolejną wiadomość do swojej Karoliny.
Dopiero teraz Wera zaczęła sobie przypominać, że mąż często wieczorami schodził do samochodu. To portfel zapomniał, to coś innego. Prawie codziennie wychodził przed snem, ale wracał szybko, więc nawet się nie zaniepokoiła.
Krzysztof zauważył żonę za kierownicą i ruszył w jej stronę.
Kto ci pozwolił? Nie tak się umawialiśmy!
Wera spojrzała na niego i wściekła się jeszcze bardziej.
Zapięła pas, wrzuciła wsteczny i mocno wcisnęła gaz.



