Dziennik, 12 kwietnia
No cóż, jak myślicie? Przyjechała rodzina mojej teściowej, Tamary Janiny, na dwa tygodnie przed Wielkanocą i nie wygląda na to, żeby mieli zamiar wyjeżdżać.
Ja, Bożena, już sama nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Ci goście to dopiero prezent, i wygląda na to, że postanowili zmienić nasz dom w swoją prywatną pensjonat. A Tamara Janina, zamiast ich poskromić, tylko przytakuje i raczy ich pierogami. Nie wspomnę już o moim mężu, Krzysztofie, który udaje, że to w ogóle nie jego problem. Postanowiłam więc wszystko wam opisać, bo sam jestem ciekaw, czyja cierpliwość pierwsza pęknie — moja czy ich.
Zaczęło się pewnego ranka, gdy obudził mnie hałas w kuchni. Myślę — może Krzysiek postanowił mnie zaskoczyć i gotuje śniadanie? No pewnie! Wchodzę, a tam cała delegacja: ciocia Wiesława, jej mąż Zdzisław i ich córka Kinga, wszyscy z jakiegoś zapomnianego miasteczka, gdzie — jak wynika z ich opowieści — życie jest bardziej nudne niż w naszej zamrażarce. Przyjechali „na święta”, ale najwyraźniej uznali, że świętowanie zaczyna się dwa tygodnie wcześniej. Tamara Janina, promieniejąc jak pisanka, już krzątała się przy kuchence, szykując im żurek. „Bożenko, toż to rodzina! — mówi. — Trzeba ich przyjąć po ludzku!” A ja patrzę na te walizki w przedpokoju i myślę: to będzie na długo.
Ciocia Wiesława ma głos jak syrena strażacka. Od progu zaczęła opowiadać, jak u nich w mieście wszystko drogie, a u nas to „stolica luksusu”. Od razu też przystąpiła do inspekcji naszego domu. „Oj, Bożena, dlaczego te zasłony takie zakurzone? A co to za plamy na dywanie?” — pyta, a sama grzebie w szafie, jakby sprawdzała, czy prawidłowo składam pranie. Zaciąłem zęby i milczałem, ale wewnątrz już wrzeło. Zdzisław, jej mąż, okazał się zupełnym przeciwieństwem — cichy jak grób. Calymi dniami siedzi w salonie, ogląda telewizję i prosi, żeby „przełączyć na program o wędkowaniu”. A Kinga, ich dwudziestoletnia córka, żyje w telefonie, ale i tak pochłania połowę naszych zapasów. Wszedłem raz do kuchni, a ona kończy mój ulubiony jogurt. „Oj, myślałam, że to wspólne!” — mówi. Wspólne, owszem, ale nie dla ciebie, Kingo!
Tamara Janina, zamiast delikatnie zasugerować, że może już czas na powrót, tylko dolewa oliwy do ognia. Codziennie gotuje jak na weselu: żurek, pierogi, kotlety, sernik. A rodzina, rzecz jasna, wniebowzięta. „Tamaro, tyś nasza karmicielka!” — cmoka ciocia Wiesława, a sama sięga po dokładkę. Próbowałem porozmawiać z teściową, może niech przestanie ich rozpieszczać? Ale ona tylko załamała ręce: „Bożena, jak możesz? Toż to rodzina! Przyjeżdżają raz na sto lat!” No tak, i najwyraźniej zamierzają zostać jeszcze na kolejne sto.
Krzysiek, mój mąż, w tej sytuacji to mistrz neutralności. Mówię mu: „Krzysiu, pogadaj z mamą, niech im delikatnie zasugeruje, że czas do domu”. A on: „Bożena, wytrzymaj, to przecież goście”. Goście?! U nas to już nie dom, tylko hostel! Nawet do łazienki chodzę według harmonogramu, bo Kinga godzinami robi sobie selfie. A wczoraj ciocia Wiesława zaproponowała „pomoc w sprzątaniu” i tak wyszorowała moją ulubioną patelnię, że teraz nic się na niej nie smaży. „Myślałam, że tak będzie lepiej!” — mówi. Lepiej… dla śmietnika.
Najzabawniejsze, że oni już planują przyszłość. Ciocia Wiesława oznajmiła, że zostanie do majówki, żeby „zobaczyć, jak u was grillują”. Zdzisław marzy o wspólnej wyprawie na ryby z Krzysztofem, a Kinga prosi, żeby zawieźć ją do galerii handlowej, bo w ich miasteczku „nie ma porządnych ciuchów”. Siedzę i myślę: kiedy oni w końcu wyjadą? I co ważniejsze — jak ja to przetrwam bez zawału?
Zacząłem już układać plany, jak się ich pozbyć. Może powiedzieć, że mamy remont? Albo że wyjeżdżamy na wakacje? Ale Tamara Janina zdaje się cieszyć z tego najazdu. Wczoraj zaproponowała nawet wielkanocne przyjęcie z sąsiadami. „Niech wszyscy widzą, jaka to z nas zgodna rodzina!” — mówi. Zgodna… tylko ja już czuję się jak obcy we własnym domu.
Jedyna rzecz, która mnie ratuje, to poczucie humoru. Wieczorem, gdy wszyscy się rozchodzą, nalewam sobie herbatę i wyobrażam sobie, że piszę książkę pt. „Jak przetrwać inwazję rodziny”. Będą w niej rozdziały o tym, jak chować jedzenie, jak się uśmiechać, gdy chce się wrzeszczeć, i jak nie udusić teściowej za jej gościnność. A tak serio — wiem, że to wszystko minie. Wyjadą, a nasz dom znów będzie nasz. Na razie jednak liczę dni do Wielkanocy i modlę się, żeby ciocia Wiesława nie wpadła na pomysł zostania do lata.
Ciekawe, czy ktoś jeszcze ma takich krewnych? I jak sobie z nimi radzicie? Bo ja jestem już na granicy, ale się nie poddam. Może do świąt zostanę mistrzem zen. Albo przynajmniej nauczę się chować jogurty tak, żeby Kinga ich nie znalazła.
Lekcja na dziś: Goście jak ryba — po trzech dniach śmierdzą. Ale rodzina… no cóż, tu nawet święta woda nie pomoże.



