Jestem żoną od dziesięciu lat. Razem z mężem mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu w Warszawie. Spłacamy kredyt hipoteczny. Nie mamy jeszcze odwagi na dziecko. Najpierw chcemy się ustabilizować. Mam też brata, Piotra. On również jest żonaty. Z żoną, Grażyną, mieszkają w kawalerce na Pradze. Piotr pracuje na dwa pełne etaty i bierze dodatkowe zlecenia, żeby związać koniec z końcem. Grażyna nie pracuje. Rodzi dzieci jedno po drugim już mają trójkę, czwarte w drodze, a piąte ponoć niedługo w planach.
Oprócz dzieci, poubierali też kredyty na lodówkę, pralkę, telewizor i inne sprzęty. Z mężem nieraz ratowaliśmy im skórę. Czasem gotówką, innym razem jedzeniem. Ostatnio Grażyna coraz częściej zamiast prosić, po prostu żąda.
Gdy granica zostaje przekroczona, musimy postawić sprawę jasno i odmówić. Wtedy ona i Piotr się obrażają, ale po paru tygodniach wracają z następną prośbą.
Skoro wy z Michałem nie macie dzieci, a my wkrótce będziemy mieli już czwórkę, musicie oddać nam swoje mieszkanie wypaliła Grażyna niedawno, z kamienną twarzą.
Przepraszam bardzo, a dokąd mamy niby pójść? Do waszej kawalerki? zapytałam, nie wierząc własnym uszom.
Nie. Was puścimy na wynajem, a wy sobie coś wynajmiecie powiedziała tak, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Po chwili dodała: Kiedy się wyprowadzicie?
Wiesz co, powinnaś się leczyć. Wynoś się z mojego domu powiedziałam stanowczo.
To ja poronię przez ciebie, i będziesz miała to na sumieniu! rzuciła i wybiegła z mieszkania.
I stało się. Jeszcze tego samego dnia. Po cichu. W trzecim miesiącu ciąży.
O drugiej w nocy Piotr pojawił się u nas, roztrzęsiony i pełen żalu. Mój mąż natychmiast starał się go uspokoić i zapytał, o co chodzi. Opowiedziałam, co się wydarzyło. Michał kilka razy polał Piotrowi głowę zimną wodą, żeby wytrzeźwiał, i delikatnie wypchnął z mieszkania. Od tamtej nocy nie mam już brata.



