Cieszę się, że postanowiłam nie mieć dzieci. Teraz mam 70 lat i wcale tego nie żałuję.
Znalazłam się w przedziwnym korytarzu, rejestrując się do dermatologa. Ściany falowały jak woda w Wiśle, a wokół unosił się zapach świeżego chleba z piekarni pod Warszawą. Obok mnie przysiadła kobieta, której imię brzmiało Halina Kowalczyk. Zaczęłyśmy rozmowę jej głos był miękki, a zdania płynęły nielogicznie, lecz zrozumiale, jakby świat obracał się powoli w prawo.
Halina wyglądała tak stylowo, że przez chwilę pomyślałam, iż ma najwyżej pięćdziesiąt lat. Miała lakierowane pantofle i korale o kolorze maku. Wkrótce wyznała bez wahania, że przekroczyła już siedemdziesiątkę zupełnie bym nie uwierzyła, gdyby nie jej oczy pełne doświadczenia. Była zupełnie inna od kobiet z polskich wsi, które kojarzyłam z dzieciństwa.
Dowiedziałam się, że Halina była dwukrotnie zamężna, lecz obecnie prowadzi życie samotne. Pierwszego męża, pana Mariana z Poznania, zostawiła, gdyż nie chciała dzieci. Oboje doszli do porozumienia, że wolą inne drogi. Z początku jej wybór wydawał się ludziom dziwny jak to, bez dzieci w Polsce? Ale Halina opowiadała, że macierzyński instynkt nigdy się u niej nie pojawił, nawet po trzydziestce, kiedy wśród znajomych rozmowy coraz częściej krążyły wokół chrztów i pierwszych komunii.
Wolałam się rozstać, niż podążyć ścieżką, która nie była moja wyrzekła, patrząc przez okno, na którym odbijała się panorama Krakowa, jak w lustrze sennym.
Po latach wyszła za drugiego męża Jerzego z Lublina. On był już rozwiedziony i miał córkę, której się nie widywało, bo mieszkała w Gdańsku. Oboje uznali, że temat dzieci nie istnieje, i cieszyli się z codziennych spacerów po Plantach i książek czytanych wieczorami przy lamce czerwonego wina. Niestety, Jerzy nagle odszedł samochód, mgła, pusta droga pod Olsztynem.
Halina przyznała, że samotność jej nie doskwiera przeciwnie, daje niepojętą wolność. Nie muszę się do nikogo dostosowywać mówiła, stukając palcami o podłogę przypominającą pierniki z Torunia. Jest przekonana, że decyzji o braku potomstwa nigdy nie pożałuje.
Jej znajome często powiadają teraz z westchnieniem: Dzieci miały przy nas zostać na starość, a zostały za granicą czy w wielkich miastach. Zamiast wsparcia otrzymują telefony od święta i kartki na imieniny. Halina wybrała inną ścieżkę nigdy nie zaprzątała sobie tym głowy, bo wierzyła, że życie można przeżyć szczęśliwie bez gromadki wnuków przy stole.
Na moje pytanie, czy nie brakuje jej kogoś, kto podałby szklankę wody, zaśmiała się dźwięk jej śmiechu wirował przez korytarz jak powiew wiatru znad Mazur. Nie będę głodna, nie będę schorowana. Kiedy koleżanki wydawały oszczędności na dziecięce sukienki i korepetycje, ja odkładałam złotówki na konto. Wystarczy mi na prywatną opiekę do końca życia!
Wciąż słyszę to pytanie, jak echo w dziwacznym śnie: A wy jak sądzicie? Zgadzacie się z takim podejściem?Milczałam przez chwilę, przyglądając się Halinie tej kobiecie z makowymi koralami, pewnej siebie i pogodnej. Odpowiedź, której szukałam całe życie, stała się nagle tak prosta. Można iść własną drogą, bez żalu patrząc przez okno na ciche ulice niezależnie od tego, z kim się starzejesz, szczęście nie zależy od liczby przy stole.
Odwróciłam się od lustra w falującej ścianie i uśmiechnęłam do niej szeroko. Moje serce zalała lekkość, jakby uchylono we mnie okno na wiosenny wiatr. Halina chwyciła moją dłoń i ścisnęła delikatnie nie potrzebowałyśmy słów, by wiedzieć, że każda z nas odnalazła upragniony spokój.
Kiedy pielęgniarka zawołała Halinę do gabinetu, skinęła mi głową: Dbaj o siebie. Bo w końcu życie ma smak tylko wtedy, gdy smakuje się je na własnych warunkach. I poszła dalej, w głąb korytarza pachnącego świeżym chlebem.
Patrzyłam za nią jeszcze przez chwilę i gdy zniknęła za rogiem, poczułam coś niezwykłego wdzięczność za to spotkanie. Może wcale nie trzeba mieć dzieci, żeby poczuć, że ktoś podarował ci szklankę życzliwości. Czasem wystarczy krótka rozmowa, odbite światło w cudzych oczach i ten ciepły zapach, unoszący się jeszcze przez chwilę, gdy ktoś odchodzi ale zostawia po sobie ślad.


