Cienie Troski: Dramat Zofii i jej Rodziny
Zofia leżała w szpitalnej sali małego szpitala w Poznaniu, jej twarz była blada, lecz w oczach widać było ulgę. Do sali weszła jej przyjaciółka Kinga, niosąc w rękach torebkę z owocami.
– No i wystraszyłaś nas, Zosiu! – wykrzyknęła Kinga, siadając przy łóżku. – Jak mogłaś tak długo zwlekać? A gdyby nie zdążyli cię dowieźć?
Zofia słabo się uśmiechnęła, jej głos był cichy.
– Przepraszam, Kingo. Wszystko stało się tak nagle, nie myślałam, że to coś poważnego. Myślałam, że samo przejdzie. Dzięki Bogu, już po wszystkim. Jak tam moja babcia? Daje sobie radę z nią Krzysztof? Stała się ostatnio taka kapryśna.
– Wszystko w porządku, Zosiu, nie martw się – uspokoiła Kinga. – Babcia żyje, jest zdrowa, nakarmiona i zadbana. Tylko gderze, jak zawsze.
– Dziękuję ci, Kingo, że pomogłaś ze staruszką! – Zofia ścisnęła dłoń przyjaciółki. – Jestem ci winna wdzięczność.
– Ho, ho, winna! – zaśmiała się Kinga, lecz w jej oczach błysnęło coś ciepłego. – A za co mi dziękujesz? Wiesz, lecę do was, niosę garnek bigosu, myślę sobie, biedna babcia tam leży głodna. A u was tam… takie rzeczy!
– Co się działo? – Zofia zaniepokoiła się, nie rozumiejąc, o czym mowa.
– No widzisz, jak my wszyscy o ciebie się martwiliśmy? – kontynuowała Kinga, jej głos drżał od emocji. – Co ty sobie myślałaś, Zosiu? Cierpiałaś, milczałaś, mało do tragedii nie doszło!
Zofia, wciąż osłabiona po operacji, leżała przykryta cienkim szpitalnym kocem i ledwie się uśmiechała.
– Przepraszam, Kingo, sama się tego nie spodziewałam. Bóle zaczęły się nagle, myślałam, że miną. Prawie pożegnałam się z życiem. Ale wszystko w porządku, niedługo mnie wypiszą. W domu babcia, nie mam czasu się tu wylegiwać. Krzysztof sam z nią, a ona teraz taka wymagająca.
– Nie martw się, w domu wszystko pod kontrolą – łagodnie powiedziała Kinga. – Babcia w porządku: najedzona, czysta, gderze, ale to jej specjalność.
– Kingo, ty jesteś aniołem! – Zofia spojrzała na przyjaciółkę z wdzięcznością. – Nie wiem, jakbyśmy sobie bez ciebie poradzili.
– No daj spokój! – Kinga machnęła ręką, ale na jej twarzy pojawił się przebiegły uśmiech. – Nie mnie dziękuj, ale swojemu Krzysztofowi. On u ciebie nie mąż, a skarb! Zawsze wiedziałam, że to porządny człowiek, ale teraz to go naprawdę doceniłam. Wyobraź sobie, lecę do was, z garnkiem bigosu, myślę, trzeba babcię uratować. A u was tam… takie rzeczy!
– Co takiego? – Zofia zmarszczyła brwi, serce zabiło mocniej.
– No właśnie coś takiego! – Kinga ożywiła się. – Wchodzę, a w mieszkaniu aż pachnie kapustą na całą klatkę! Babcia leży czysta, najedzona, zadowolona jak królowa. Ja jeszcze w drzwiach mówię: “Teraz ręce umyję, babcię przebiorę, nakarmię”. A Krzysztof na to: “Nie krzątaj się, Kinga, wszystko pod kontrolą. Obiad gotowy, babcię przebrałem, nakarmiłem”. Myślałam, że garnek upuszczę!
– Jak to sam? – Zofia aż podskoczyła, jej oczy się rozszerzyły.
– Sam, Zosiu, sam! – Kinga pokiwała głową. – Nie wierzyłam, pytam: “Jak to ty ją przebrałeś? Przecież ona, poza tobą, nikogo do siebie nie dopuszcza!” A on tak spokojnie: “Dogadaliśmy się z babcią”. Weszłam do niej – i rzeczywiście, czysta, zadbana, nawet się uśmiecha. O ciebie się martwi, płacze. Uspokoiłam ją, powiedziałam, że wszystko w porządku.
Zofia zmęczona zamknęła oczy, czując, jak policzki płoną ze wstydu. Jakież to niezręczne wobec Krzysztofa! Zawiodła go, zostawiła samego z babcią, a on, okazuje się, wziął wszystko na siebie. I nawet słowem się nie zająknął, gdy dzwonił! Spytała go wtedy: “Kinga była? Obiecała pomóc”. A on tylko odpowiedział: “Była, wszystko w porządku, nie martw się”. Nawet babcia, gdy Zofia z nią rozmawiała, nic nie powiedziała, tylko płakała i pytała o jej zdrowie.
Zofia od dziesiątego roku życia mieszkała z babcią w ich starej kawalerce na peryferiach Poznania. Na początku oczywiście z rodzicami, ale ci nagle uznali, że ich małżeństwo było błędem. Ojciec po rozwodzie wyjechał za granicę, osiadł tam, ożenił się. Pieniądze przysyłał regularnie, początkowo przyjeżdżał, ale szybko zapomniał, że córce potrzebna jest nie tylko pomoc finansowa, ale i ojcowska miłość. O swojej matce, u której mieszkała Zofia, też nie pamiętał. Matka Zofii nie długo rozpaczała: znalazła nowego męża, urodziła dwóch synów, a Zofia jakoś zeszła na dalszy plan.
Gdy rodzice się rozstali, dla Zofii nie było miejsca w ich nowych rodzinach. Matka z nowym mężem postanowili przenieść się do innego miasta, i dziewczynka została z babcią. Ta od razu powiedziała:
– Podoba się, nie podoba, ale co zrobisz? Teraz żyjemy we dwie. Umówmy się od razu: pomagamy sobie, bo nie mamy na kogo liczyć. Rodzice się rozeszli, a my nie mamy dokąd iść.
Zofii nawet nie chciało się nigdzie ruszać. Z babcią było spokojnie. Była surowa, ale sprawiedliwa. Kłóciła się tylko w ważnych sprawach, i to raczej dla zasady, nazywając wnuczkę pełnym imieniem: “Zofio, tak się rzeczy nie robi!”
Matka przypomniała sobie o córce, gdy jej synowie podrośli. Zaczęła dzwonić, zapraszać: “Przyjedź, Zosiu, zabierz dokumenty, będziesz u nas studiować, tu więcej możliwości”. Zofia kończyła wtedy szkołę i zastanawiała się, gdzie iść na studia. Ucieszyła się, niemal zerwała się do matki, ale babcia ją powstrzymała:
– Oczywiście, Zofio, biegnij, skoro matka sobie przypomniała! Tylko pomyśl: oni tam żyją od lat? I dopiero teraz o tobie pomyśleli? Dlaczego wcześniej nie wołała, a teraz cię wzywa? Może potrzebna im darmowa niania? Skończ szkołę,Zofia posłuchała babci i została, a kiedy po maturze zadzwoniła do matki, usłyszała tylko: “Za późno, Zosiu, nie jesteś nam już potrzebna”.



