Dziennik – 17 listopada
Jak ten czas leci… Wszystkie te lata minęły w mgnieniu oka. A teraz, gdy dzieci dorosły, okazuje się, że już nas nie potrzebują. – Głos Elżbiety drżał, oczy wypełniły się łzami. Nie chciała słuchać dalej, bo każdy kolejny słowo ściskał jej serce bolesną obręczą.
Elżbieta wychowała trójkę dzieci, które dawno opuściły rodzinny dom w Brzozowie. Najstarszy syn, Marek, wyrandolował za granicę z rodziną jeszcze jako młody chłopak. Od tamtej pory ani razu nie odwiedził matki. Tylko zdjęcia, rzadkie listy i kartki na święta przypominały o jego istnieniu. Elżbieta pieczołowicie chowała każdą pamiątkę. Zimowymi wieczorami przeglądała te fotografie, odczytywała swoje własne listy: „Synku, tak za wami tęsknimy, przyjedźcie choć raz, poznajcie nas z żoną i wnukami…” Ale Marek nigdy nie miał czasu – swoje życie, swoje sprawy.
Średnia córka, Wioletta, wyszła za mąż za wojskowego. Często się przeprowadzali, mieli tylko jedno dziecko. Czasem Wioletta wpadała do Brzozowa, ale wizyty były krótkie i rzadkie. Mąż Elżbiety, Janusz, bardzo szanował zięcia, Roberta, i cieszył się, że Wioletta, sądząc po jej promiennych oczach, jest szczęśliwa. Elżbieta też nie martwiła się o córkę – wszystko u niej było poukładane.
Ale najmłodsza, Bogusia, została sama. Po weselu na wsi urodziła syna, ale małżeństwo się rozpadło. Elżbieta wtedy radziła: „Jedź do miasta, córeńko. Co cię tu czeka? Jesteś młoda, ładna, życie sobie ułożysz.” Bogusia posłuchała, zostawiła małego Tomka z matką, zrobiła kurs krawiecki i szybko znalazła pracę w mieście. Później zabrała syna do siebie. „W mieście będzie mu lepiej – mówiła. – Szkoła pod nosem, różne zajęcia, nie będzie się nudził.” Tomek, łapiąc babcię za fartuch, płakał, ale któż śmiałby się sprzeciwić matce?
„Wytrzymasz tydzień beze mnie – powiedziała Elżbieta mężowi. – Nie mogę dłużej, serce mnie boli, muszę odwiedzić Bogusię.” Janusz chciał jechać z nią, ale jesienią źle się poczuł. Elżbieta spakowała torby, naładowała wiejskich smakołyków. Janusz odprowadził ją na pociąg przed świtem. Trzy lata minęły od ostatniego spotkania – Tomek pewnie mocno urosł.
– Mamo, czemu nie dałaś znać, że przyjeżdżasz? – Bogusia przywitała ją, ledwo kryjąc irytację. – Mogłaś zadzwonić! Musiałam zwalniać się z pracy, odbierać Tomka ze szkoły, biega za zakupami. Cały dzień na nogach przez twoją wiadomość!
– Wybacz, córeńko, chciałam zrobić niespodziankę – tłumaczyła się Elżbieta, idąc z dworca. – Wiesz, jaka u nas na wsi łączność…
– Może coś się stało? Chcesz coś powiedzieć? Jak tata?
– Wszystko w porządku, trochę się przeziębił, jesień jednak. Ale trzymamy się.
Drzwi mieszkania otworzył Tomek. Boże, jak on wyrósł! Miał jużbokie ramiona jak dziadek i tak samo silne dłonie.
– Witaj, wnusiu! – uradowana zawołała Elżbieta, wyciągając ręce.
– Cześć, babciu – Tomek szybko wysunął się z objęć i uważnie na nią spojrzał.
– Czemu nie przyszliście na dworzec? Ledwo dotarłam z tymi torbami – powiedziała z wyrzutem Elżbieta, patrząc na córkę.
– Przygotowywaliśmy się na twoje przyjście – odparła Bogusia. – Obiad ugotowałam, musisz coś zjeść po podróży.
Elżbieta westchnęła – trudno, niech będzie. Po chwili już krzyczała w słuchawkę do męża:
– Wszystko dobrze, Janusz! Przyjęli mnie, pomogli! Nie martw się, siadamy do stołu, Bogusia zrobiła kolację, pyszna. Wszyscy cię ściskają!
Przy stole Bogusia nalała zupy i spytała:
– Jedną kotlet, czy dwie, mamo?
Elżbieta, głodna po podróży, mogłaby zjeść wszystkie pięć, ale spojrzała na córkę i odpowiedziała:
– Postaw na stole, sama.wezmę.
Na półmisku leżało pięć malutkich kotletów. Każdy wziął po jednej. Elżbieta sięgnęła po drugą, ale po trzecią już nie – zrobiło się jej głupio. Przypomniała sobie, jak gotowała dzieciom góry jedzenia, zwłaszcza na święta, żeby wszyscy najedli się do syta. A tu… Może Bogusia ma kłopoty? Trzeba jej pomóc, oni z Januszem mają oszczędności, a tegorobezne zbiory były dobre.
Elżbieta obejrzała mieszkanie. Świeży remont, nowe meble, telewizor na ścianie w salonie. Pokój Tomka niewielki, ale przytulny, wszystko, co trzeba, jest.
– Na jak długo do nas przyjechałaś? – spytała Bogusia, zmywając naczynia.
– Co, nie cieszysz się? Ledwie przyjechałam, a ty już pytasz, kiedy wyjadę?
– Nie, no… Po prostu bilety trzeba brać wcześniej. Mogę jutro pójść na dworzec, kupić ci powrotny, żeby nie ciągnąć.
Elżbieta wzruszyła ramionami – skoro tak, to trudno. Wieczór spędziła z Tomkiem, oglądając zdjęcia i filmiki z szkolnych uroczystości. Cieszyła się, jaki mądry rośnie wnuk. Szkoda tylko, że Janusz tego nie widzi. Poprosi Tomka o podpisanie kartki dla dziadka.
Minęło kilka dni. Z każdym wieczorem atmosfera stawała się chłodniejsza. Tomek coraz częściej zamykał się w pokoju, uczył się lub uciekał do sąsiadów grać w gry. Bogusia zostawała w pracy lub wychodziła z koleżankami, wracała późno, zrzucała buty i od razu szła spać. Elżbieta tęskniła za zwykłym, ludzkim ciepłem. Nie tak wyobrażała sobie spotkanie z córką.
Zadzwoniła do Janusza i zaczęła się pakować. Przechodząc koło pokoju wnuka, przypadkiem usłyszała rozmowę Bogusi z Tomkiem:
– Mamo, a kiedy przyjdzie wujek Kazik? Obiecał zabrać mnie na mecz.
– Niedługo, synku, jak tylko babcia wyjedzie… – odpowiedziała Bogusia.
– A kiedy babcia wyjedzie?
Elżbieta zastygła. Łzy polały się strumieniem. Trzymając się ściany i ściskając z bólu serce, dotarła do pokoju, szybko spakowała torby, narzuciła płaszcz i stała już w drzwiach, gdy wyszła Bogusia.
– GElżbieta spojrzała na córkę przez łzy i wyszeptała: „Już jadę, córeńko, przepraszam, że tak długo przeszkadzałam.”



