Jestem położną już od wielu lat, a każdy dyżur to nowa historia. Spotykam się zarówno z chwilami radosnymi, jak i trudnymi. Zazwyczaj nie wtrącam się w sprawy osobiste pacjentek, ale ostatnio musiałam zrobić wyjątek dla pewnej studentki, która cichutko urodziła śliczną córeczkę, po czym wyraziła wolę oddania jej do adopcji.
Ola, bo tak miała na imię dziewczyna, przyjęto na oddział szpitalny w Warszawie. Przez całe dziewięć miesięcy nie odwiedziła ani razu lekarza. Unikała moich pytań o powód takiej decyzji, a tuż przed porodem nie miałam możliwości, by z nią spokojnie porozmawiać.
Narodziny przebiegły wręcz wzorowo Ola, choć niewykształcona w tematach macierzyństwa, spokojnie znosiła skurcze, wykonywała wszystkie polecenia, nie narzekała. W chwili, gdy trzymałam jej córeczkę w ramionach, a ta głośno płakała, Ola też płakała. Łzy spływały jej po policzkach, zapewniłam ją, że dziewczynka jest zdrowa, a życie podarowało jej prawdziwy cud.
Po kilku godzinach na oddziale Ola uprzejmie, lecz stanowczo poprosiła, byśmy zgłosili sprawę odpowiednim służbom adpocyjnym. Nie chciała przystawić córeczki do piersi, prosiła, by zostawić jej spokój.
Próbowaliśmy przemówić jej do rozsądku, przekonać, by nie podejmowała takiej decyzji pochopnie, ale Ola trwała przy swoim. Dziewczynka jednak kompletnie nie chciała jeść butelką zaciskała usteczka przy sztucznym mleku, ale za każdym razem wyczuwała mamę, węszyła, szukała jej piersi…
Zaczęła chudnąć, cała była słaba. Przejęta jej losem, podczas mojej kolejnej zmiany zabrałam małą do Oli, mimo że koledzy odradzali, twierdząc, że nie powinnam się wtrącać. Starałam się spokojnie, ale stanowczo, wytłumaczyć Oli, że to niebezpieczne dla zdrowia dziecka. Poprosiłam, niemal błagałam, by spróbowała nakarmić córeczkę. Kiedy Ola podjęła się karmienia piersią, maleństwo od razu chwyciło i zaczęło ssać, a ja, udając pilny telefon, opuściłam pokój.
Pół godziny później wróciłam, zobaczyłam je razem obie spały, Ola tuliła dziewczynkę do siebie. Kilka minut później Ola wyszła na korytarz, usiadła koło mnie i zaczęła opowiadać.
Okazało się, że ojcem dziecka był znany warszawski przedsiębiorca. Miał rodzinę i nie życzył sobie, by Ola rodziła. Namawiał ją na aborcję, obiecywał złote góry, ale Ola nie ugięła się. Kiedy dowiedziała się o jej decyzji, żona przedsiębiorcy, w przypływie złości, zaczęła naciskać na Olę różnymi sposobami pieniędzmi, groźbami. W końcu mężczyzna zniknął z Warszawy, a jego żona regularnie nalegała na oddanie dziecka do adopcji.
Ola popatrzyła mi w oczy bez wstydu: Chciałabym ją zatrzymać, ale jak dam radę, mieszkając w akademiku bez grosza przy duszy?
Te słowa dogłębnie mnie wzruszyły. Położyłam jej dłoń na ramieniu i zapewniłam, że musi wierzyć w siebie. Nasz ordynator, pan Piotr Majewski, miał spore kontakty w stolicy, więc dość szybko udało się nawiązać kontakt z ojcem dziecka i zaprosić go na rozmowę. Ku naszemu zdziwieniu, nie uciekł przed odpowiedzialnością pojawił się kilka godzin później, wysłuchał wszystkiego, co mieliśmy do powiedzenia. Po dłuższej rozmowie uzgodniliśmy kwestie związane z przyszłością Oli oraz jej córeczki. Muszę przyznać, że zachował się nad wyraz odpowiedzialnie.
Po wypisie ze szpitala Ola wynajęła nieduże mieszkanie w Warszawie, za które ojciec dziewczynki wpłacił roczny czynsz z góry była to kwota rzędu 24 tysięcy złotych. Otrzymała od niego także wystarczającą sumę pieniędzy na początek oraz obietnicę, że nie zapomni o córce. Wydaje mi się, że w końcu zrozumiał swoją odpowiedzialność.
Nie wiem, co dalej czeka Olę i jej córeczkę, ale wierzę, że uda im się stworzyć spokojny, kochający dom. A ja pozostanę z cichą nadzieją, że właśnie taka jest rola położnej nie tylko odbierać porody, ale czasem także stanąć obok drugiego człowieka w najtrudniejszym momencie życia.



