Jestem położnym od kilkunastu lat i w tym czasie przyszło mi uczestniczyć w najróżniejszych wydarzeniach, zarówno tych radosnych, jak i trudnych. Zazwyczaj nie mieszam się w intymne sprawy rodzących kobiet, ale ostatnio nie miałem wyjścia. Chciałem wesprzeć młodą studentkę, która właśnie urodziła cudowną córkę i od razu chciała ją oddać.
Dziewczyna miała na imię Weronika. Przyjęto ją do szpitala tutaj, w Krakowie. Przez dziewięć miesięcy nosiła pod sercem dziecko, nie była ani razu u lekarza i nie odpowiadała na moje pytania, dlaczego tak postąpiła. Przed porodem w ogóle nie miałem okazji o tym z nią porozmawiać.
Weronika urodziła wzorowo, zupełnie inaczej niż wiele pań z kursów rodzenia. Zaledwie cicho jęczała, zawsze współpracowała i wykonywała wszystkie zalecenia. Wszystko odbyło się bardzo spokojnie, bez żadnych komplikacji. Gdy trzymałem jej córeczkę na rękach, a mała głośno płakała, Weronika też zaczęła płakać. Pocieszyłem ją wtedy, mówiąc, że dziewczynka jest zdrowa i należy się cieszyć tak wyjątkowym dzieckiem.
Jednak już kilka godzin później na oddziale Weronika powiedziała, że chce oddać córkę do adopcji. Poprosiła, żebym powiadomił odpowiednie służby.
Próbowaliśmy ją przekonać, żeby zmieniła decyzję, ale nie chciała nawet przystawić córki do piersi i prosiła, żeby zostawić ją w spokoju.
Dziewczynka, w przeciwieństwie do innych noworodków, nie chciała przyjmować mleka sztucznego. Wyczuwała naturalny zapach mleka, szukała piersi, której nie mogła się doczekać
Zaczęła przez to tracić na wadze i podczas kolejnej zmiany postanowiłem wziąć małą i ponownie zawieźć ją matce, choć wszyscy odradzali mi ten pomysł. Wytłumaczyłem Weronice, że takie zachowanie zagraża zdrowiu jej córki i poprosiłem ją niemal stanowczo by spróbowała nakarmić małą. Kiedy przystawiła dziewczynkę do piersi, ta zaczęła łapczywie ssać mleko. Po chwili wyszedłem z sali, by zostawić je same.
Po powrocie po pół godzinie zobaczyłem, że obie spały, a Weronika czule tuliła swoją córeczkę. Po przebudzeniu wyszła z dzieckiem na korytarz, usiadła przy moim biurku i zaczęła opowiadać swoją historię.
Okazało się, że ojciec dziewczynki był znanym krakowskim przedsiębiorcą. Miał żonę i zdecydowanie nie cieszył się z tej ciąży. Proponował Weronice aborcję, ale ona postanowiła urodzić. Kiedy dowiedział się o jej decyzji, wyznał wszystko żonie. Ta wybaczyła mężowi, ale Weronice nie dała spokoju, naciskała, by oddała dziecko do adopcji. Pieniądze i groźby nie pomogły, potem przedsiębiorca zniknął na jakiś czas z miasta, a jego żona wciąż wymuszała oddanie dziecka.
Na koniec Weronika spojrzała na mnie poważnie i powiedziała:
Chciałabym ją zatrzymać, ale nie wiem, jak sobie poradzę w akademiku i bez złotówki…
Słysząc te słowa, pochwaliłem ją i dodałem jej otuchy. Nasz ordynator, pan dr Nowak, miał liczne kontakty w Krakowie, więc bez większego trudu udało się skontaktować z ojcem dziecka. Ku naszemu zdziwieniu, przedsiębiorca nie próbował uciekać, przyszedł po kilku godzinach i omówiliśmy wspólnie przyszłość Weroniki i jej córki. Muszę przyznać, że zachował się nadzwyczaj przyzwoicie.
Po wypisie ze szpitala Weronika wynajęła mieszkanie na osiedlu, za które ojciec dziecka zapłacił z góry za cały rok to było ponad 30 tysięcy złotych. Dał jej także sporą sumę na start i zapewnił, że będzie regularnie wspierał córkę. Wyglądało na to, że sumienie się w nim odezwało.
Dalszych losów Weroniki i jej córki nie znam, ale mam nadzieję, że stworzy rodzinę, w której ta dziewczynka będzie dorastać otoczona miłością.
Ten przypadek nauczył mnie, by nigdy nie oceniać kobiety i jej decyzji pochopnie, bo za każdą kryje się trudna historia. Czasem wystarczy odrobina wsparcia, by jedno życie otrzymało szansę na szczęście.



