Urodziła po cichu i chciała oddać swoje dziecko
Jestem położną już tyle lat, że pewnie mogłabym napisać niejedną książkę o porodach niektóre historie są wręcz do medalu, inne zaś aż proszą się, by o nich zapomnieć. Z reguły nie wtrącamy się w życie rodzących i ich rodzin, ale czasem jednak trzeba wyjść poza procedury tak jak ostatnio, kiedy przyszło mi pomóc pewnej studentce, która tuż po porodzie powzięła dość niekonwencjonalny plan dotyczący swojej córeczki.
Dziewczyna nazywała się Bogusia tylko imię typowe dla polskich Babć, ale i młode pokolenie czasem je dostaje. Przyjąłem ją do szpitala w Warszawie. Bogusia przez dziewięć miesięcy nosiła w sobie dziecko i nie widziała na oczy żadnego lekarza. Na moje pytania: Dlaczego? odpowiadała wzrokiem, jakby pytała, czy ziemniaki znajdę na stołówce, nie doczekując się odpowiedzi przed porodem.
Sama akcja porodowa wyglądała absolutnie modelowo o wiele lepiej niż większość pań po kilku kursach w szkole rodzenia Oddech i relaks na Ochocie. Bogusia tylko cicho mruczała i wykonywała moje polecenia z taką precyzją, że aż chciałam zapisać ją do podręcznika. Gdy już przytulałam nową obywatelkę RP, która ryknęła na cały oddział jakby domagała się praw wyborczych, Bogusia też się rozryczała. Łzy płynęły, powiedziałam, że córka zdrowa, więc czas na radosne świętowanie ale Bogusia wyglądała, jakby miała raczej ochotę na długi spacer po lesie.
Na oddziale powiedziała, że chce oddać dziecko do adopcji. Poprosiła, czy mogę ściągnąć odpowiednie służby, jakbym rezerwowała stolik na niedzielny obiad spokojnie, konkretnie.
Zespół próbował ją przekonać, jakbyśmy tłumaczyły koleżance, że nie warto iść na randkę z typem z Badoo. Ale Bogusia za nic w świecie nie chciała przystawić córki do piersi, prosząc, żebyśmy dali jej święty spokój.
Mała niech będzie, nazwijmy ją Hania nie chciała butelki, za to jak tylko poczuła zapach mleka, to otwierała buzię, jakby wzywała menu degustacyjne na kolację z Masterchefa, i kręciła głową w poszukiwaniu piersi, której nie było.
Dziewczynka zaczęła chudnąć, więc na mojej następnej zmianie złamałam wszelkie niepisane zasady i zapakowałam Hanię do inkubatora, powożąc ją prosto do mamy co spotkało się z dezaprobatą starszej położnej, która od czterdziestu lat nie zmieniła poglądów. Wyłożyłam Bogusi, że jeśli nie nakarmi dziecka, to grozi jej dyplom z antymatki, i poprosiłam, żeby jednak spróbowała. Przykłada córkę do piersi, Hania w sekundę zasysa mleko, a ja chyłkiem udając ważną naradę przy dyżurce zostawiłam je same.
Pół godziny później wracam a tu widzę, że obie śpią, Bogusia tuli Hanię niczym pluszowego misia. Za moment Bogusia, cała w nowej energii, bierze córeczkę na korytarz, siada obok biurka i zaczyna opowiadać.
Okazało się, że ojcem dziewczynki jest znany w Warszawie biznesmen taki, co zasłynął z kanapek na spotkania w radzie miasta i BMW pod blokiem. Facet był żonaty, oczywiście ciąża była dla niego mniej wygodna niż nieudana reforma podatkowa. Proponował aborcję i różne inne rozwiązania, ale Bogusia postanowiła, że będzie twarda jak pierogi w grudniu. Gdy biznesmen usłyszał, że jednak się nie wycofała, wyspowiadał się żonie ta wybaczyła aż do przesady, po czym zaczęła prześladować Bogusię jakby ta była winna niedzielnym korkom na S8. Ani proponowane przez niego złotówki, ani groźby nie podziałały, potem pan biznesmen zniknął z miasta jak w czasach urlopu sejmowego, a żona z temperamentem typowej teściowej naciskała, żeby oddać dziecko do adopcji.
Na koniec rozmowy Bogusia spojrzała na mnie odważnie i mówi:
Chciałabym ją zatrzymać, ale nie wiem, jak dam radę wychować ją w akademiku za marne stypendium i bez wsparcia
Nie mogłam nie docenić jej odwagi, dodałam jej trochę otuchy, zapewniając, że w tym kraju nigdy nie jest się samemu, a nasz ordynator zna więcej osób niż dowolny kandydat do Rady Warszawy. Udało się umówić spotkanie z ojcem małej ku zaskoczeniu, nie uciekał, po paru godzinach przyszedł i omówili przyszłość Hani i Bogusi. Facet okazał się bardziej przyzwoity niż jego Instagram sugerował przyznał się do winy, zaproponował konkretną pomoc.
Po wyjściu ze szpitala Bogusia wynajęła w miarę przytulną kawalerkę na Mokotowie czynsz za rok opłacił tata Hani, nie szczędząc grosza, przelewając ponad 40 tysięcy złotych na konto Bogusi. Dorzucił jeszcze sumkę na bieżące wydatki i zapewnił, że w przyszłości będzie wspierał córkę. Najwyraźniej odezwało się w nim polskie sumienie, które potrafi być większe niż przeciętna porcja pierogów.
Nie wiem, jak dalej potoczą się ich losy, ale mam nadzieję, że Bogusia zostanie tą mamą, która dzięki swojemu wyborowi wychowa Hanię na dzielną, pogodną Warszawiankę. I kto wie może to będzie historia, którą kiedyś z uśmiechem opowiem nowej pacjentce przy kolejnym dyżurze.



