Cicha kobieta powiedziała głośno
Władysław Stanisławowicz! Ile można wytrzymać?! To już drugi raz w tym tygodniu zalewacie mi mieszkanie! krzyczała sąsiadka z dołu, wymachując mokrą szmatą tuż przed nosem Haliny Kazimierza.
Już się przeprosiłem! Kaloryfer mi przecieka, hydraulika wezwałem! tłumaczył się mężczyzna, stojąc w drzwiach w samych kalesonach i podkoszulce.
Przeprosił! A co ja mam robić z sufitem? Tapety nowe właśnie przykleiłam! Wy tam w ogóle niczym się nie interesujecie?
Halina stała za plecami męża, zaciskając pięści. Sąsiadka Bożena Janówna miała rację, ale Władysław, jak zwykle, nie chciał słuchać. Kaloryfer rzeczywiście przeciekał od miesiąca, a on ciągle odkładał naprawę.
No co pani tak wrzeszczy jak przekupka na targu! nie wytrzymał Władysław. Naprawię, mówiłem przecież!
Kiedy naprawicie? Jak mi całe mieszkanie zaleje? Bożena Janówna była wściekła, jej siwe włosy rozczochrały się, policzki płonęły.
Halina cicho podeszła do męża, dotknęła jego ramienia.
Władek, może ja jutro rano znajdę hydraulika, dobrego. Mam numer jednego fachowca szepnęła.
Zostaw! Sam się tym zajmę! odburknął mężczyzna, nawet się nie odwracając.
Bożena Janówna spojrzała na Halinę ze współczuciem. Kobiety znały się już osiem lat, od kiedy Kazimierzowie wprowadzili się do tego mieszkania, ale przez cały ten czas sąsiadka nigdy nie słyszała, by Halina Kazimierówna podniosła głos. Zawsze cicha, zawsze uległa, zawsze przepraszająca za męża.
Dobrze, Halino Kazimierówno, rozumiem, że to nie wasza wina. Ale zróbcie już coś! Bożena Janówna odwróciła się i poszła w stronę schodów.
Władysław trzasnął drzwiami i poszedł do kuchni, gdzie na kuchence stał barszcz. Halina szła za nim, jak zwykle, w milczeniu.
Czego się tak marszczysz? burknął mąż, siadając przy stole. Nalej barszczu.
Halina wzięła chochlę, ale ręce jej drżały. Krople czerwonego barszczu spadły na czysty obrus, który rano prasowała.
Niezdaro! mruknął Władysław. Normalnie nalać nie potrafisz!
Przepraszam szepnęła Halina i szybko wycierała plamę serwetką.
Przy obiedzie mąż opowiadał o pracy, narzekał na szefa, na kolegów, na wszystkich po kolei. Halina kiwała głową, od czasu do czasu wtrącając: Tak, oczywiście albo Masz rację. Tak było zawsze, przez dwadzieścia trzy lata ich małżeństwa.
Po obiedzie Władysław położył się na kanapie oglądać piłkę nożną, a Halina poszła zmywać naczynia. W kuchennym oknie widać było, jak sąsiadka rozwiesza pranie na balkonie. Bożena Janówna zauważyła jej spojrzenie i pomachała ręką. Halina nieśmiało odwzajemniła gest.
Wieczorem, gdy mąż zasnął przed telewizorem, Halina cicho ubrała się i zeszła do sąsiadki. Bożena Janówna otworzyła drzwi w szlafroku, z kubkiem herbaty w ręce.
Halino Kazimierówno! Proszę wejść, wejść! Herbaty się napijecie?
Dziękuję, nie trzeba. Na chwilę tylko. Chciałam zobaczyć, jak tam u was z sufitem.
W łazience rzeczywiście było smutno. Na suficie rozlała się duża żółta plama, a w rogu zaczynała odklejać się taśma tapety.
Okropność! westchnęła Halina. Bożeno Janówno, wybaczcie nam, proszę! Jutro sama znajdę fachowca, sama zapłacę!
Ależ co wy, Halino Kazimierówno! Nie w pieniądzach rzecz. Po prostu mam już dość cierpliwości. Sami widzicie, jaki wasz mąż ma charakter Zawsze wszystkich obwinia, a sam niczego nie chce załatwiać.
Halina spuściła wzrok. Sąsiadka miała rację, ale głośno się do tego nie przyznała.
On się męczy w pracy, denerwuje cicho tłumaczyła.
Halina, a wy jak żyjecie? nagle zapytała Bożena Janówna. Znam was tyle lat i nigdy nie widziałam, żebyście się uśmiechnęli. Zawsze taka smutna chodzicie.
Normalnie żyję. Co wy Halina zmieszała się z powodu bezpośredniego pytania.
Dzieci macie?
Nie. Jakoś nie wyszło.
A chcieliście?
Halina długo milczała, w końcu skinęła głową.
Chciałam. Bardzo chciałam. Ale Władek mówił, że jeszcze za wcześnie, potem że pieniędzy nie ma, potem że nie jest gotowy. A teraz już za późno.
Bożena Janówna postawiła kubek na stole, podeszła do Haliny.
A czego wy sami chcecie? Nie Władek, a wy osobiście?
Nie wiem szczerze odpowiedziała Halina. Już nawet nie pamiętam, czego chcę. Tak długo przyzwyczaiłam się myśleć o tym, czego on potrzebuje
Halino Kazimierówno, przecież jesteście piękną kobietą. I jeszcze nie starą, czterdzieści pięć lat to nie wiek! Dlaczego się tak umniejszacie?
Halina spojrzała na swoje odbicie w lustrze w przedpokoju. Rzeczywiście, twarz jeszcze nie stara, oczy żywe, sylwetka zgrabna. Ale wyraz twarzy zmęczony, jakby przygaszony.
Nie umniejszam. Po prostu tak wychodzi. Nie umiem głośno mówić, kłócić się. Mama mówiła, że dobra żona powinna mężowi ustępować.
A wasza mama była szczęśliwa?
Halina zamyśliła się. Mama zawsze cicha, zawsze w cieniu ojca. Tata wydawał rozkazy, decydował, a mama kiwała głową. Ale szczęśliwej jej Halina nie pamiętała.
Chyba nie cicho przyznała.
Widzicie. A wy powtarzacie jej drogę.
Kiedy Halina wróciła do domu, w mieszkaniu było cicho. Władysław chrapał na kanapie, w pokoju śmierdziało alkoholem widocznie po jej wyjściu sięgnął po wódkę. W kuchni w zlewie stała brudna miska, na stole leżały okruchy.
Machinalnie zaczęła sprzątać, ale nagle się zatrzymała. Spojrzała na śpiącego męża, na bałagan, który narobił w pół godziny jej nieobecności. Coś w niej drętwieło, jak napięta struna.
Rano Władysław obudził się z kacem, zły i rozdraż



