Chrzęst suchej gałązki pod swoją stopą Waniuś nawet nie usłyszał. Świat nagle przewrócił się na lewą stronę, zawirował jakby przez pryzmat szkiełka od kalejdoskopu i w ułamku sekundy rozpadł się na milion świetlistych gwiazdek, które natychmiast zgromadziły się w lewym ramieniu tuż nad łokciem.
Ała Waniuś chwycił zranioną rękę i od razu zawył z bólu.
Wania! jego koleżanka Jagusia rzuciła się w jego stronę i z impetem klęknęła przed nim. Bardzo boli?
Nie, oczywiście, że przyjemnie! wykrzywił się i jęknął przez zęby.
Jagusia wyciągnęła dłoń i delikatnie dotknęła ramienia Waniusia.
Zabierz łapę! nagle wykrzyknął ostro, jego oczy błysnęły Boli przecież! Nie dotykaj mnie!
Waniuś czuł podwójną przykrość. Po pierwsze, wyglądało na to, że złamał rękę i najbliższe tygodnie upłyną mu nieciekawie, wysłuchując żartów kolegów o gipsie. Po drugie, sam, z własnej woli, władował się na tę starą jabłoń, chcąc pokazać Jagusi swoją zręczność, siłę i odwagę. Z pierwszą przykrością jakoś mógłby się pogodzić, ale ta druga rozsadzała go od środka. Mało że się wygłupił przy dziewczynie, to ona teraz jeszcze lituje się nad nim! O nie!
Podrywając się i przytrzymując wiszącą bezwładnie rękę, Waniuś ruszył zdecydowanym krokiem w stronę szpitala.
Wania, nie martw się, Wania! Jagusia biegła za nim, próbując go pocieszać, wszystko będzie dobrze, Wania! Zobaczysz, będzie dobrze!
Zostaw mnie zatrzymał się, rzucił jej pogardliwe spojrzenie i splunął na bruk Jak dobrze? Rękę złamałem, nie rozumiesz? Naprawdę? Idź do domu, nie denerwuj mnie!
Nie oglądając się, ruszył chodnikiem, zostawiając Jagusię z wielkimi szaro-zielonymi oczami, powtarzającą cicho:
Wszystko będzie dobrze, Wania… wszystko będzie dobrze…
***
Panie Iwanie Wojciechowiczu, jeśli w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin nie zobaczymy przelewu, będziemy bardzo niezadowoleni. A, miałem jeszcze dodać jutro rano ma być szklanka na drogach, proszę uważać. Sam pan rozumie, samochody na lodzie lubią się ślizgać… Te wypadki drogowe takie niemiłe, nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydarzyć. Miłego dnia życzę.
Głos w słuchawce ucichł. Iwan rzucił telefon na bok i wsparł czoło na dłoniach, rozgniatając włosy. Fotel zatrzeszczał, gdy się w nim rozsiadł.
Skąd ja mam wziąć te pieniądze? Przecież ten przelew był zaplanowany dopiero na przyszły miesiąc…
Westchnął ciężko i sięgnął znów po telefon, wbijając numer z energią rozpaczy.
Pani Olgo Wacławowno, czy możemy dzisiaj przelać naszej spółce partnerskiej pieniądze za tę aparaturę?
Ale… panie Iwanie Wojciechowiczu…
Możemy czy nie?
Tak, choć to zaburzy harmonogram pozostałych płatności…
Guzik to obchodzi! Jakoś się potem wymyśli. Proszę dziś zrobić przelew na konto partnera.
Ale potem będą trudności z…
Iwan nie czekając na koniec, rozłączył się i walnął pięścią w podłokietnik fotela.
Cholerne pijawki…
Coś miękkiego i cichego prześlizgnęło się przez jego ramię, aż podskoczył w fotelu.
Saszka, prosiłem cię, nie podchodź, kiedy pracuję. Prosiłem?
Jego żona Aleksandra delikatnie musnęła ustami jego ucho i pogładziła go po włosach.
Wania, nie denerwuj się, dobrze? Wszystko będzie dobrze.
Mam już dość twojego Wszystko będzie dobrze! Uświadamiasz sobie, że jutro mnie mogą załatwić i wtedy też będzie dobrze?
Wyskoczył z fotela i, łapiąc Saszunię za ręce, odsunął ją od siebie.
Co tam robisz? Barszcz gotowałaś? To idź gotuj dalej! Bez ciebie mam dosyć!
Kobieta westchnęła, a w drzwiach, już za progiem, jeszcze raz wyszeptała cicho te trzy słowa.
***
Wiesz… Leżę tu i wspominam nasze życie…
Stary człowiek uchylił powieki i spojrzał nieprzytomnie na swoją siwą małżonkę. Jej kiedyś piękna twarz pogmatwała się pajęczyną zmarszczek, ramiona zwiotczały, sylwetka przygarbiona. Nie puszczała jego ręki; poprawiła mu kroplówkę i uśmiechnęła się blado.
Ile razy byłem w tarapatach, na krawędzi życia, w rozpadlinach nieszczęść… Zawsze przychodziłaś i powtarzałaś jedno zdanie. Nie masz pojęcia, jak mnie wtedy denerwowałaś. Chciałem cię udusić za tę naiwność i powtarzalność staruszek próbował uśmiechnąć się, ale kaszel zdławił go na dłużej. Gdy minęło, mówił dalej: Łamałem kości, grozili mi śmiercią, traciłem wszystko, staczałem się na samo dno, a ty całe życie powtarzałaś: Wszystko będzie dobrze. Co ciekawe, nigdy nie skłamałaś. Skąd wszystko wiedziałaś?
Nic nie wiedziałam, Waniuś westchnęła staruszka Myślisz, że tobie mówiłam? Sama siebie chciałam przekonać. Całe życie cię kochałam, jak wariatka. Byłeś moim światem. Gdy cierpiałeś, moje serce wywracało się do góry nogami. Tyle łez, tyle nieprzespanych nocy Ale sama w kółko powtarzałam: Niechby nawet kamienie spadały z nieba jeśli on żyje, wszystko będzie dobrze.
Starzec na chwilę zamknął oczy, ścisnął jej dłoń drżącą ręką. Każde słowo sprawiało mu trudność.
Taa… A ja się na ciebie wściekałem. Wybacz mi, Saszko. Całe życie przeszedłem i nawet nie myślałem o tobie. Co za głupiec ze mnie…
Babcia cicho otarła łzę z policzka i pochyliła się nad twarzą swojego męża.
Wania, nie martw się…
Zatrzymała się na sekundę i patrzyła mu głęboko w oczy. Położyła głowę na jego nieruchomej piersi, głaszcząc cicho stygnącą dłoń.
Było dobrze, Wanieczku, było dobrze…



