2 marca 2017, czwartek
Dziś znów wracam myślami do początku mojej historii… Czasem czuję, że nawet zapisując te wspomnienia próbuję wytłumaczyć sama sobie, dlaczego wszystko tak się potoczyło.
Nazywam się Wioletta Górecka. Dorastałam w domu dziecka we Wrocławiu. Kiedy miałam osiemnaście lat, poznałam Krzysztofa i bardzo szybko zdecydowaliśmy się na ślub. Nie wiedziałam wtedy, co to znaczy być żoną, bo nie miałam wzorców nawet żadna z moich koleżanek nie była mężatką, a rodziny znałam tylko z opisów w książkach.
Po ślubie zamieszkałam z Krzyśkiem w jego mieszkaniu na Nowym Dworze. Chłonęłam wszystko, co mówiła jego mama, pani Elżbieta, bo wydawało mi się, że skoro nie mam własnej mamy, to może chociaż ona mnie poprowadzi. Wszyscy ostrzegali mnie przed teściowymi, lecz ja naprawdę wierzyłam, że nasz kontakt będzie wyjątkowy.
Pani Elżbieta od razu zaczęła mnie uczyć jak powinna postępować prawdziwa, polska żona. Jedną z pierwszych jej złotych myśli było: To zawsze żona jest winna zdradzie męża. Nie mogłam tego pojąć przecież to ta druga strona wybiera zdradę… Ale teściowa twierdziła, że kobieta sama jest sobie winna, bo przestaje się starać, dbać o siebie i wyglądać atrakcyjnie. Zaleciła mi, żebym nawet w starszym wieku miała talię osy.
Zaczęłam więc obsesyjnie pilnować wagi. Skoro mówiła, że małżeństwo ratuje figura, zapisałam się do fitness klubu i wpisałam w notatniku: Nigdy nie przytyć. To był dopiero początek. Z czasem przyszła kolejna rada: W porządnej, polskiej rodzinie kobieta też pracuje.
Nie kłóciłam się chciałam pracować, bywałam nawet ambitna. Gdy zapytałam, jak powinno wyglądać życie w czasie urlopu macierzyńskiego, usłyszałam tylko: Wychowawczy to twój problem. Musisz sobie poradzić sama!.
Kilka lat po ślubie, kiedy urodziła się nasza druga córka, poszłam na urlop wychowawczy. Pracowałam wtedy pół etatu jako opiekunka. Cieszyłam się, choć zarabiałam niewiele niecałe 700 zł miesięcznie. Wtedy usłyszałam od teściowej: Po co stroić się i wydawać na fryzjera teraz, skoro nie idziesz do pracy? Takie rzeczy to dopiero, jak wrócisz do ludzi. Na razie oszczędzaj!. Oddawałam więc pieniądze Krzyśkowi, sama nie mając odwagi nic kupować.
I ciągle przewijała się jedna myśl: Dobra żona sama robi wszystko w domu. Brałam więc na siebie całe sprzątanie, gotowanie, pilnowanie dzieci wszystko po swojemu, nie prosząc nikogo o pomoc. Byłam wykończona. Czasem osuwałam się na kuchenną podłogę, ledwo przytomna, gdy po 21.00 kończyłam zmywanie po kolacji i gotowanie obiadu na kolejny dzień. Krzysztof wtedy już spał zawsze mówił, że jest bardzo zmęczony, bo on zarabia na dom i ma prawo odpocząć.
Nic więc dziwnego, że któregoś dnia wylądowałam w szpitalu zignorowałam ból, liczyło się tylko, żeby ze wszystkim zdążyć, żeby nikogo nie zawieść. Przez dwa tygodnie nikt mnie nie odwiedził ani Krzysztof, ani pani Elżbieta. Na szczęście miałam wtedy telefon i mogłam poprosić przyjaciółkę Monikę, żeby przyniosła mi kilka rzeczy i dobre słowo.
Gdy wróciłam do mieszkania, w progu podjęłam decyzję. Złożyłam pozew o rozwód. Dziś wiem, że czasem nawet najbardziej zachłanna na miłość i akceptację dusza musi się podnieść. Może nawet dopiero wtedy rodzi się na nowo.



