Obudziłam się w środku nocy, usłyszałam cichy jęk mamy. Zerwałam się z łóżka i od razu podbiegłam do jej łóżka.
Mamo, boli Cię bardzo?
Aniu, przynieś mi trochę wody…
Już biegnę rzuciłam i pobiegłam do kuchni.
Wróciłam po chwili, niosąc pełny kubek.
Proszę, wypij, mamo.
Wtedy ktoś zapukał do drzwi.
Anulka, otwórz, chyba babcia Zosia przyszła.
Do mieszkania weszła sąsiadka, trzymając w ręku wielki kubek.
Jak się czujesz, Marysiu? dotknęła jej czoła. Ale masz gorączkę. Przyniosłam Ci ciepłe mleko z masełkiem.
Wypiłam już lekarstwo…
Musisz do szpitala, tam Cię odpowiednio wyleczą. I musisz jeść, a w lodówce tylko pustki.
Pani Zosiu, wszystkie pieniądze wydałam na leki głos mamy zadrżał, w oczach pojawiły się łzy. Nic już nie pomaga…
Idź do szpitala, Marysiu.
A co z Anią? Sama jej nie zostawię.
A jak umrzesz, to kto się nią zajmie? Jeszcze trzydziestki nie masz, a nie masz męża, ani grosza przy duszy pogłaskała ją po głowie. Dobra, już nie płacz!
Pani Zosiu, co zrobić?
Dzwońmy po lekarza wyciągnęła komórkę.
Po chwili cała rozmowa była załatwiona.
Lekarz przyjdzie dzisiaj. Jak się pojawi, poślij Anię po mnie.
Sąsiadka wyszła do przedpokoju, a ja pobiegłam za nią:
Babciu Zosiu, czy mama nie umrze?
Nie wiem, trzeba pomodlić się do Pana Boga o pomoc, a Twoja mama przecież nie wierzy.
To dziadek Bóg pomoże? spytałam z błyskiem nadziei w oczach.
Trzeba pójść do kościoła, zapalić świeczkę i poprosić, wtedy On pomoże. No, już idę.
***
Wróciłam do mamy zamyślona.
Aniu, pewnie jesteś głodna, a nic nie mamy w domu. Przynieś dwa kubki.
Dałam jej je, rozlała nam resztki mleka.
Pij, córeczko.
Piłam łapczywie, ale zrobiło się we mnie jeszcze bardziej pusto. Mama to przeczuła od razu. Wstała z trudem, sięgnęła po portfel:
Masz dwadzieścia złotych. Kup dwa drożdżówki i zjedz po drodze. Coś upichcę z reszty. Idź, córeczko!
Odprowadziła mnie do drzwi i, trzymając się ściany, ruszyła do kuchni. W lodówce tylko jakaś tania ryba w puszce, trochę margaryny, na parapecie dwie ziemniaki i cebula.
Muszę zrobić zupę…
Zawirowało jej w głowie, usiadła ciężko na stołku.
Co się ze mną dzieje? Nie mam już siły. Połowa urlopu minęła, pieniędzy nie ma. Jak nie wrócę do pracy, to jak Anię do szkoły wyszykować? Za miesiąc ma iść do pierwszej klasy. Nikogo z rodziny nie mam, nikt nie pomoże. A ta choroba… Trzeba było od razu iść do przychodni. A jak teraz mnie położą, to co z Anią?
Z trudem wstała, zaczęła obierać ziemniaki.
***
Byłam bardzo głodna, ale martwiłam się o mamę.
Wczoraj cały dzień nie wstawała z łóżka… A jak rzeczywiście umrze? Pani Zosia mówiła, żeby poprosić dziadka Boga o pomoc. Zatrzymałam się nagle i skręciłam w stronę kościoła.
***
Pan Jacek od pół roku był już w domu, wrócił z misji wojskowej. Cudem przeżył, ledwie chodzi, wspiera się na lasce. Na rany już nie zwraca uwagi, a blizny na twarzy? Teraz wszystko mu jedno. I tak nikt go nie zechce za męża myślał, zmierzając do kościoła. Trzeba zapalić świeczki za chłopaków. Rok minął, jak zginęli… a ja cudem żyję.
Dwadzieścia lat temu poszedł do wojska, teraz jest cywilem. Emerytura całkiem spora, trochę odłożone na koncie, ale na co to komu, skoro jest się samemu?
Pod kościołem żebrali biedacy. Jacek wyjął kilka stuzłotowych banknotów i wręczył każdemu.
Pomódlcie się za moich kolegów, Romana i Stasia!
Wszedł do środka, kupił świeczki, zapalił i modlił się tak, jak nauczył go ksiądz.
Pomnij, Panie, naszych zmarłych…
Gdy skończył, stał jeszcze chwilę w zamyśleniu.
Wtedy tuż obok stanęła mała chuda dziewczynka z tanim woskiem w dłoni. Rozglądała się zagubiona. Podeszła do niej starsza pani.
Chodź, pomogę Ci!
Zapaliła jej świeczkę i nakazała się przeżegnać.
Teraz powiedz Panu Bogu, po co przyszłaś.
Patrzyłam długo na obraz, potem powiedziałam cicho:
Dziadku Boże, pomóż. Mama chora. Nie mam nikogo oprócz niej. Spraw, żeby wyzdrowiała. Mama nie ma pieniędzy na lekarstwa, a ja już za tydzień mam iść do szkoły i nawet plecaka nie mam…
Jacek patrzył na mnie z zaskoczeniem i ściśniętym sercem. Wszystkie jego własne troski wydały mu się nagle małe i nieistotne. Chciał krzyknąć na cały świat:
Dlaczego nikt nie pomógł tej dziewczynce i jej matce, chociażby kupując lekarstwa albo plecak?
Patrzyłam na obrazek i czekałam na cud.
Chodź, Aniu, pójdziemy razem powiedział stanowczo Jacek.
Ale… dokąd? spojrzałam przestraszona na obcego pana z laską.
Dowiemy się, jakie leki są potrzebne Twojej mamie, kupimy je w aptece.
Naprawdę?
Dziadek Bóg przekazał mi Twoją prośbę.
Naprawdę? spojrzałam radośnie na ikonę.
Chodź, dziewczynko. Jak się nazywasz?
Ania.
Mów mi wujek Jacek.
***
W domu słyszałam głosy mamy i pani Zosi:
Wyobrażasz sobie, jak drogie są te leki? Gdzie ja tyle znajdę? Mam tylko pięćdziesiąt złotych.
Otworzyłam szybko drzwi. Obie zamilkły, patrzyły z przerażeniem na nieznanego pana.
Mamo, pokaż recepty. Pójdziemy z wujkiem Jackiem do apteki po lekarstwa.
A pan to kto? spytała mama zdziwiona.
Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze. Pokażcie recepty odpowiedział z uśmiechem Jacek.
Ale ja mam tylko pięćdziesiąt złotych.
Ania, poradzimy sobie. wujek Jacek położył na moim ramieniu dłoń.
Mamo, daj recepty!
Mama podała mi kartki. Jakoś uwierzyła, że ten człowiek z ostrą twarzą ma dobre serce.
Marysiu, co Ty wyprawiasz? ocknęła się pani Zosia, gdy wyszliśmy. Przecież nie znasz tego człowieka!
Pani Zosiu, mam przeczucie, że to dobry człowiek.
No, dobrze, idę już…
***
Mama czekała, aż wrócę. Cała choroba na chwilę jej umknęła.
Wpadłam do mieszkania z szerokim uśmiechem:
Mamo, przywieźliśmy Ci lekarstwa i dużo pyszności!
W drzwiach stał Jacek, również uśmiechając się szczęśliwie, przez co jego twarz wydawała się dużo łagodniejsza.
Dziękuję Panu bardzo! ledwo wyszeptała mama. Proszę, niech Pan wejdzie!
Próbował się rozebrać i zdjąć buty, trochę mu to nie wychodziło, pewnie z emocji. Przeszedł do kuchni.
Proszę usiąść! wskazała mu miejsce mama.
Nie wiedział, gdzie odstawić laskę.
Ja postawię! znalazłam jej miejsce, żeby mógł sięgnąć. Proszę wybaczyć, nie mam czym szczególnym poczęstować…
Mamo, wujek Jacek wszystko kupił! i zaczęłam rozpakowywać zakupy.
Ach, tyle tego, nie trzeba było! jęknęła mama, widząc dużo słodyczy i herbatę, o której tylko marzyła. Zaraz zrobię herbatę!
Wzięła się za gotowanie wody. Pomyślała nawet, że może jednak czuje się trochę lepiej lub nie chciała, by gość widział ją taką słabą. Jacek jakby odczytał myśli:
Marysiu, nie jest Ci za ciężko? Wyglądasz na bladą.
Już mi lepiej Wypiję lekarstwo. Dziękuję Panu!
***
Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy słodkości i cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Uśmiechali się do siebie, ciesząc się tą chwilą bliskości. Ale wszystko dobre, kiedyś się kończy.
Bardzo, bardzo dziękuję. Jacek wstał i chwycił za laskę. Muszę już iść. Proszę się leczyć!
Jeszcze raz dziękujemy! mama podniosła się od stołu nawet nie wiem, jak się odwdzięczyć.
Odprowadziłam go do drzwi.
Wujku Jacku, przyjdziesz jeszcze?
Obiecałem przecież. Jak Twoja mama wyzdrowieje, pójdziemy razem kupić Ci plecak do szkoły!
***
Jacek wyszedł, a mama umyła naczynia.
Aniu, pooglądaj coś w telewizji, a ja się położę.
Zasnęła głębokim snem.
***
Minęły dwa tygodnie. Choroba już dawno odpuściła mało cud, lekarstwa pomogły. Mama nawet wróciła do pracy, bo w końcu urlopu ją odwołali, ale cieszyła się bardzo, że dostanie za ten czas wypłatę. Sierpień się już zaczął, pora kompletować wyprawkę dla mnie.
W sobotę wstaliśmy wcześnie i po śniadaniu mama powiedziała:
Aniu, pakuj się, idziemy na zakupy, zobaczymy, co trzeba do szkoły.
Dostałaś już pieniądze?
Jeszcze nie, będą na następny tydzień. Po drodze coś jeszcze kupimy, na jedzenie wystarczy.
Zbieraliśmy się już do wyjścia, gdy zadzwonił domofon.
Kto tam? spytała mama.
Marysiu, to Jacek… chciał coś dodać, ale mama już naciskała przycisk otwierania.
Mamo, kto to? wybiegłam do przedpokoju.
Wujek Jacek! mama nie kryła radości.
Hurra!
Jacek wszedł, ciągle wspierając się na lasce, ale jak się zmienił! Eleganckie spodnie, koszula, modna fryzura.
Wujku Jacku, czekałam na Was! ucieszyłam się.
Obiecałem przecież. spojrzał ciepło. Dzień dobry, Marysiu!
Dzień dobry, Jacku!
Zupełnie odruchowo przeszli na ty, to ucieszyło ich obu.
Już gotowe? No to idziemy!
Ale dokąd? mama wciąż była zmieszana.
Ania za tydzień zaczyna szkołę, trzeba jej wszystko kupić!
Ale ja…
Obiecałem Ani, a słowa trzeba dotrzymać.
***
Mama zawsze oglądała tylko najtańsze rzeczy nie miała nikogo, kto by pomógł, nie miała męża, jeśli nie liczyć chłopca ze szkoły, który dawno gdzieś zniknął.
A obok był mężczyzna, który zachwycał się jej córką. Kupował mi wszystko do szkoły, nie pytając o cenę, tylko o zdanie mamy.
Wróciliśmy do domu taksówką z zakupami.
Mama poszła do kuchni, ale Jacek zatrzymał ją delikatnie za rękę:
Marysiu, chodźmy razem się przejść, zjemy gdzieś obiad.
Mamo, chodź! krzyczałam uradowana.
***
Tej nocy mama nie mogła zasnąć. W głowie przemykały obrazy dnia, oczy pełne czułości i dobroci. Jej rozum i serce kłóciły się po cichu:
On nie jest przystojny i kuleje, upierał się rozum.
Ale jest dobry, patrzy na mnie z taką troską, odpowiadało serce.
Jest dużo starszy od Ciebie.
Ale on i Ania… on jakby był jej ojcem.
Jeszcze znajdziesz kogoś młodego i ładnego.
Nie chcę już ładnego chcę kogoś dobrego i pewnego.
Przecież nie tego wymarzyłaś.
A jednak! Bo spotkałam właśnie takiego. Kocham go!
***
Ślub wzięliśmy w tym samym kościele, w którym Jacek i ja się poznaliśmy trzy miesiące wcześniej.
Jacek i mama stali przed ołtarzem bez jego laski, a ja patrzyłam w obraz Matki Boskiej, z którą rozmawiałam wtedy, trzy miesiące temu. Szepnęłam z całego serca:
Dziękuję Ci, dziadku Boże!



