Chcieliśmy przecież jak najlepiej – historia o marzeniach, rodzinnych oczekiwaniach i własnej drodze…

My przecież chcieliśmy jak najlepiej

Jaka jeszcze szkoła muzyczna? matka ciska na stół kolorową ulotkę, którą Zuzanna przyniosła ze szkoły. Nawet sobie nie wyobrażaj. Nigdy w życiu.

Zuzanna stoi w drzwiach kuchni, przyciskając do piersi tornister. Coś tkwi jej w gardle, nie może przełknąć.

Mamo, ale ja naprawdę chcę…
Ona chce! matka powtarza jej słowa szyderczym tonem. Jeszcze byś zrozumiała coś z życia! Pójdziesz na finanse i rachunkowość. To porządny zawód. Prestiżowy. Będziesz miała zawsze złotówki na koncie.

Ojciec siedzi przy stole, cicho. Zuza wie jego milczenie to zgoda na wszystko, co matka mówi. Zawsze.

Tata… obraca się do niego, nadzieja jeszcze nie umarła. Tata, powiedz coś. Sam mówiłeś, że mam talent.

Ojciec unosi wzrok na matkę, potem wbija go z powrotem w talerz z zupą.

Mama ma rację, Zuza. Muzyka to nie praca. To tylko zabawa, fanaberia.

Łzy płyną same. Gorące, zacięte. Zuzanna wyciera policzki rękawem szkolnego fartuszka, rozmazując ślady smutku.

Znów się rozbeczała matka zaciska wargi. Spójrz na Kaśkę, na swoją kuzynkę. Księgowa! I co? Swoje M-3, mąż, jak człowiek żyje. Ty gorsza od niej? Chcesz do końca życia grać na gitarkę na klatkach schodowych?

Kasia. Zawsze Kasia. Córka cioci Ewy, najwyższy idol i przykład do naśladowania. Kasia to, Kasia tamto. Kasia już po ślubie w wieku dwudziestu pięciu lat, a ty, Zuzanna, nawet szklanki poprawnie nie umyjesz.

Ja nie chcę być jak Kasia, szepcze Zuzanna. Ja chcę zajmować się muzyką.
Dość tego, ojciec odsuwa talerz, ciężko wstaje od stołu. Postanowione. Idziesz na ekonomię i koniec. My z matką źle ci nigdy nie poradzimy.

Zuzanna patrzy na oboje na matkę z wiecznie skrzywioną miną i ojca, który już wychodzi z kuchni, uznając sprawę za zamkniętą. Są jak mur, tarcza nie do przebicia. Nie ma pieniędzy, nie ma głosu. Zostało jej tylko marzenie, które właśnie roztrzaskali razem z kolorową ulotką o kuchenny linoleum.

Przytaknęła. Zbiera z podłogi pomiętą broszurę, prostuje kartki i cicho wrzuca do kosza na śmieci…

…Pięć lat na uczelni zamienia się w szarą smugę. Zuzanna chodzi na wykłady, wkuwa rachunkowość, zdaje kolejne egzaminy. Nic jej nie porywa, nic nie rozumie do końca. Salda, obroty, rozrachunki wszystko spada jej na głowę i przygniata do ziemi.

Na balu dyplomowym matka promienieje, jakby to jej dali dyplom. Robi Zuzannie zdjęcia pod kolumnami uniwerku, dzwoni szpanować do cioci Ewy.

Pracę już ma? pyta ciotka przez telefon, a matka błyszczy zadowolonym uśmiechem.
Załatwione! Przyjęli ją do dobrej firmy! Nasza Zuzka jeszcze wszystkim pokaże!

Nasza Zuzka. Jakby była meblem, rodziną inwestycją.

Pierwszy dzień pracy jest dokładnie taki, jak Zuzanna się obawiała. Wąski pokój bez okna, monitor, stos dokumentów i smród taniej kawy. Koleżanki po czterdziestce obgadują promocje w Biedrze i cudzy rozwód.

Siedzi osiem godzin, gapi się w tabelki. Cyfry pływają jej przed oczami, zamieniają się w bezsensowną breję. Wieczorem boli ją głowa i strasznie chce się płakać.

Pierwsza wypłata wpadła dwudziestego ósmego. Sprawdza kwotę w bankowości mobilnej, przelicza w myślach. Wystarczy. Jak wynajmie pokój na peryferiach, będzie jeść zupki, nie kupi nic poza tym starczy.

Wieczorem milcząco pakuje rzeczy do starej walizki. Matka wchodzi, gdy Zuzanna zapina suwak.

Co to za cyrk?
Wyprowadzam się.

Przez parę sekund matka patrzy na nią bez zrozumienia. Potem jej twarz nabiera ostrego koloru.

Dokąd się wyprowadzasz? Powariowałaś?!
Nie, Zuzanna podnosi walizkę. Tak postanowiłam.
A mieszkanie? A samochód? matka łapie się za framugę jakby ją zniosło z nóg. Z ojcem wszystko obliczone! Nazbierasz na wkład, weźmiesz kredyt hipoteczny, potem porządnie wyjdziesz za mąż…
To wyście zaplanowali, Zuzanna omija ją i wychodzi do korytarza. To moje życie. Nie wasze.

Włącza się ojciec.

Zuzka, nie rób głupstw. Gdzie pójdziesz?
Gdziekolwiek.

Otwiera drzwi. Przekracza próg, a drzwi zatrzaskują się za nią same od przeciągu.

Walizka obija jej łydki na schodach. W dole ujada pies, na piątym piętrze ktoś łupie disco polo. Zwykły wieczór bloku na warszawskim Ursynowie. Zuzanna wychodzi na podwórko, wciąga w płuca powietrze i rusza do przystanku autobusowego. W kieszeni pensja, w walizce rzeczy, a przed nią pustka i zagadkowość jej własnego życia…

…Pierwsze tygodnie po odejściu telefon nie cichnie. Matka pisze litanię wiadomości, raz groźby, raz błaganie. Ojciec dzwoni wieczorami, gdy Zuzanna wraca do swoich czterech wynajętych ścianek.

Wróć do domu, prosi chrapliwy głos ojca przez słuchawkę. Wystarczy. Przecież rodzina jesteśmy.

Zuzanna kiwa głową, choć wie, że tego nie widzi.

Nie wrócę, tato.
To już nie masz rodziców, odcina matka, zabierając mu telefon. Słyszysz? Zapomnij do nas drogę! Nie mamy córki.

Cisza. Zuzanna patrzy na wygaszacz telefonu, odkłada go na parapet i długo siedzi po ciemku, patrząc na migoczące światła z obcych bloków. Bez łez, bez rozpaczy. Tylko dziwna, dźwięczna pustka pod żebrami, która, jak rana, sama się w końcu zarasta.

…Dekada mija jak mrugnięcie. Trzykrotnie zmienia wynajęte mieszkania, pięć razy pracę. Nie przespane noce nad nutami i programami do obróbki dźwięku. Uczy się sama, nocą, gdy całe miasto śpi. Chwytające się nędznych zleceń muzyka do reklam, do krótkometrażówek studentów reżyserii, do wszystkiego. I kawałek po kawałku przebija się wyżej.

Dziś jej imię pojawia się w czołówkach trzech pełnometrażowych polskich filmów i dwóch seriali, które lecą w TVP2 i Polsacie. Domowe studio zajmuje cały pokój w jasnym mieszkaniu na Mokotowie, a na serdecznym świeci się obrączka od trzech miesięcy.

Paweł wchodzi do studia, kiedy Zuzanna miksuje kolejny utwór, stawia przy klawiaturze filiżankę gorącej kawy.

Ktoś dzwoni domofonem, całuje ją w czoło. Nie spodziewamy się nikogo.
Ale domofon dzwoni znowu. Potem jeszcze raz. Natarczywie, jakby ten na dole wiedział, że ktoś oddycha u góry.

Zuzanna zdejmuje słuchawki, idzie do domofonu. Na ekraniku widzi dwóch starszych ludzi kobietę w niemodnym płaszczu i mężczyznę w podniszczonej kurtce. Rozpoznaje ich od razu, mimo że postarzało ich te dziesięć lat. Matka przygarbiona, ojciec przytył.

Naciska przycisk.

Czego chcecie?
Zuziu… matka pochyla się do kamery. Córeczko, to my. Otwórz proszę.

Zuzanna nie rusza się z miejsca. Paweł staje bliżej, kładzie jej dłoń na ramieniu.

To twoi rodzice? pyta cicho.
Tak.

Jeszcze raz naciska guzik.

Skąd wiedzieliście, gdzie mieszkam?
Przez znajomych, matka szybko odpowiada. Przez Kaśkę ona zobaczyła w internecie zdjęcia ze ślubu, tam napisali dzielnicę, a dalej to już…
Rozumiem.

Zuzanna ucina i długo patrzy w ekran, gdzie rodzice drepcą z nogi na nogę. Dziesięć lat ciszy. Dziesięć lat, bez jednego telefonu, jednego SMS-a, żadnego żyjesz?. Teraz stoją pod klatką, niepewni, zerkając w oko kamery jakby szukali zaproszenia.

Zejdę, mówi do Pawła. Zaczekaj tutaj.

Zjeżdża na dół. Przystaje na klatce, bierze kilka głębokich oddechów. Otwiera drzwi, nie wpuszcza rodziców dalej.

Zuziu, jak pięknie wyglądasz! matka zaklaskała w dłonie. Taka piękna z ciebie kobieta, taki piękny ślub był widzieliśmy zdjęcia, mąż twój taki przystojny, podobno porządna rodzina…
Po co przyszliście?

Matka milknie, wymienia spojrzenie z ojcem. Ten chrząka, wciska ręce do kieszeni kurtki.

Zuza, my rodzice twoi, zaczyna. Co było to było, przeszłość. Ty się ułożyłaś w życiu, możesz pomóc.

Pomóc?
No tak, wzrusza ramionami ojciec. Remont by się zdał porządny, łazienka cała popękana. Chcielibyśmy wreszcie pojechać gdzieś, nad morze. Ty przecież dobrze zarabiasz, z takim mężem…

Matka szarpie go za rękaw, syczy coś cicho, ale ojciec nie ustępuje.

Przecież ona nam córka! Powinna pomagać!

Zuzanna opiera się o framugę, splata ręce na piersi. Usta wykrzywia niedobry uśmiech.

Powinnam, tak? powtarza powoli. Przez dziesięć lat kazałaście mi zapomnieć drogę, nie dzwoniliście, nie pisaliście. Teraz, kiedy coś mi się udało, nagle sobie przypomnieliście, że istnieje córka?

Chcieliśmy, żebyś zrozumiała, że się mylisz, szepcze matka. Myśmy tylko chcieli jak najlepiej…
Jak najlepiej, Zuzanna kiwa głową. I widzicie, właśnie dlatego osiągnęłam wszystko. Bo nie zapomniałam swojego marzenia. Nie zostałam księgową jak wy chcieliście. Nie zmarnowałam życia na debetach, w dusznym pokoiku bez światła. Poszłam swoją drogą. I to jest efekt.

Wskazuje za siebie jasny hol klatki, światła nowego życia.

Więc czego chcecie? Kasy na remont? Na wczasy? Naprawdę? Po dziesięciu latach przychodzicie prosić?

Zuza, nie wracaj do tego, mamrocze ojciec. Ileż można?
Ja nie wracam. Ja tylko przypominam sobie. Skreśliliście mnie ze swojego życia, gdy odmówiłam być taka jak wy. Teraz wracacie, jak się okazuje, że ułożyłam życie lepiej od waszych planów? Wygodne, co?

Matka pociąga nosem, w oczach szkli się łza.

Ale my cię kochaliśmy zawsze, Zuziu… Wychowaliśmy cię…

Chcecie jak najlepiej? przerywa Zuzanna. Matka cichnie. To zniknijcie. Zapomnijcie o mnie. Zapomnijcie drogę tutaj. Żyjcie dalej jakbyście nie mieli córki, jak powiedzieliście dziesięć lat temu.

Cofa się, zamyka powoli drzwi. Ojciec rusza się, ale zatrzymuje go jej wzrok.

Zuza…
Do widzenia.

Drzwi zamykają się z cichym trzaskiem.

Zuzanna wraca na swoje piętro, do mieszkania. Paweł czeka na nią w przedpokoju, z niepokojem patrzy w jej twarz.

Wszystko w porządku?
Tak, wydycha, wtula się w niego czołem w jego ramię. Teraz już tak.

On obejmuje ją, gładzi po plecach, nie pyta o nic. I Zuzanna myśli, że naprawdę jest lepsza od kuzynki Kasi. Ma już wszystko dom, męża, karierę z której może być dumna. Ale nie o to tutaj chodzi. Zupełnie nie o to.

Szła ku temu dziesięć lat. Upadała i podnosiła się, harowała do utraty tchu. Teraz jest szczęśliwa. Naprawdę, do końca, do dźwięku w piersi. I to jest ważniejsze od wszystkich porównań.

Rate article
Fajna Tajna
Chcieliśmy przecież jak najlepiej – historia o marzeniach, rodzinnych oczekiwaniach i własnej drodze…