*Dzisiaj, 12 czerwca*
Tu chociaż zjem porządnie, a nie twoje paskudztwo! syknął mężczyzna przy szwedzkim stole. Ale moja odpowiedź na jego talerzu sprawiła, że zbladł jak ściana.
Ci, którzy długo są w małżeństwie, wiedzą: mężczyźni dzielą się na dwa typy. Jedni zjedzą wszystko, co im podasz, i jeszcze podziękują. Drudzy jak mój Zdzisław. Dla niego każda moja potrawa to okazja do krytyki.
Przez wszystkie trzydzieści lat naszego wspólnego życia słyszałam tylko jedno: Znowu przesoliłaś zupę, Ziemniaki niedogotowane, U mojej mamy kotlety były puszyste, nie to co twoje podeszwy. Po prostu skarb, nie mąż!
Przyznam szczerze, zaczęłam już myśleć, że mam dwie lewe ręce. Starałam się, że hej! Kupowałam książki kucharskie, oglądałam programy o gotowaniu.
Przyrządzałam mu żuliki w kokilkach, kaczkę z jabłkami na Wigilię, barszcz gotowałam godzinami. A w zamian? Wiecznie kwaśna mina i porównania do jego nieżyjącej matki.
W ostatnich latach doszło jeszcze jedno. Zdzisław przez nadwagę miał problemy zdrowotne: skoki ciśnienia, cholesterol w kosmos.
Lekarz, stary i surowy, powiedział wprost: Zdzisławie, jeszcze jeden taki atak i możesz nie wstać. Nic smażonego, tłustego, słonego. Dieta inaczej koniec. A kto, jak myślicie, będzie pilnował tej diety? Oczywiście ja.
Gotowałam mu wszystko na parze, duszone bez tłuszczu, soliłam dopiero na talerzu. A w odpowiedzi słyszałam pomruki, że go głodzę i karmię trawą. Trzeba mieć anielską cierpliwość!
Kiedy wybraliśmy wreszcie się na wakacje, do hotelu z systemem all inclusive, odetchnęłam z ulgą. Myślałam odpocznę od kuchni i od krytyki. Niech je, co chce, przekona się, że restauracyjne jedzenie nie zawsze jest lepsze od domowego. Jakże się myliłam
Od pierwszego dnia nasz wypoczynek zamienił się w kulinarne piekło. Na widok szwedzkiego stołu Zdzisław stracił rozum. Kręcił się między półmiskami jak sęp.
Jego talerz wyglądał za każdym razem jak dzieło sztuki na dole tłusty bigos, na nim karkówka, obok sałatki z majonezem, a na wierzchu kawał pizzy.
Delikatnie przypominałam:
Zdzisiek, lekarz mówił ciśnienie pamiętasz, jak źle było w zeszłym miesiącu?
A on tylko odburknął:
Nie marudź, kobieto! Jestem na wakacjach! Zapłaciłem jem, co chcę! Od twoich dietetycznych paskudztw chociaż tu odpocznę!
I tak siedział naprzeciw, chrupał tak, że cała sala słyszała, wpychał w siebie wszystko, a ja grzebałam w listku sałaty, czując się jak pielęgniarka przy żywym trupie. I śmieszno, i straszno.
Tak mijały dni. On jadł, ja milczałam. On chwalił kucharzy, ja milczałam. Opowiadał synowi przez telefon, jak nadrabia lata, a ja tylko zaciskałam zęby. Ale pewnego wieczora miarka się przebrała.
Jedliśmy kolację. Ja wzięłam trochę warzyw i kawałek piersi z kurczaka. A Zdzisław, jak zwykle, naładował talerz po brzegi sam widok przyprawiał mnie o mdłości.
Przeżuwając tłustą żeberka, przewrócił oczami z zachwytu i mruknął:
To dopiero jedzenie! Soczyste, aromatyczne, prawdziwe! Tu chociaż zjem porządnie, a nie twoje paskudztwo!
Dziewczyny, mało nie upuściłam widelca. Trzydzieści lat przy garach, troska, dieta a w zamian paskudztwo!
Cała moja złość z lat wychynęła jak fala. Ledwo oddychałam
Aha, tak? pomyślałam. Chcesz porządnego jedzenia? To go dostaniesz! Takiego, że zapamiętasz na zawsze!
Na następną kolację szłam z uśmiechem, jak myśliwy na polowanie. Zdzisław, niczego nieświadomy, już wybierał potrawy. Podchodzę i słodko mówię:
Zdzisiu, usiądź, odpocznij. Dziś ja się tobą zajmę. Bo jesteś moim ukochanym mężem, trzeba cię rozpieszczać.
Spojrzał zdziwiony, ale posłusznie usiadł. Ja wzięłam największy talerz. I zaczęło się przedstawienie.
Nałożyłam trzy najtłustsze żeberka, smażone na chrupko. Dorzuciłam górę frytek, sałatki z majonezem, kwaśne ogórki, skrzydełka i paszteciki. A na wierzch hojnie polałam wszystko keczupem, sosem serowym i musztardą.
Kucharz patrzył na mnie jak na wariatkę. Pewnie myślał, że karmię całą drużynę piłkarską.
A ja, niczym święta zakonnica, z powagą zaniosłam to tłuste arcydzieło do naszego stolika i postawiłam przed Zdzisławem.
Jedz, kochanie, nie krępuj się! Wszystko najlepsze dla ciebie. Chciałeś porządnego jedzenia? Proszę bardzo! Smacznego, mój drogi!
Powiedziałam to głośno, żeby wszyscy słyszeli. Ludzie się odwrócili. Ktoś się zaśmiał, kobieta obok skinęła ze zrozumieniem. Zdzisław zmieniał się w oczach: najpierw zbladł, potem poczerwieniał. W moich oczach zobaczył nie troskę, ale lód. I zrozumiał to nie czułość, to wyrok.
Ty co ty robisz? wyszeptał.
Co takiego, kochanie? Nie smakuje? odparłam słodko. Przecież to porządne jedzenie, sam mówiłeś. Jedz, starałam się.
Siedział jak rażony piorunem. Awantury nie zrobi publicznie się nim opiekuję. Zjeść samobójstwo. W końcu w milczeniu odsunął talerz.
Resztę wakacji jadł tylko piersi z kurczaka i warzywa. A na mnie patrzył z lękiem.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba postawić granicę. Nawet po trzydziestu latach. I niech nikt nie mówi, że polska kuchnia to paskudztwo.



