Chciałoby się! Amant sobie wymyślił, że będzie mieszkał w moim M-2 na mój rachunek
Miałam to niepojęte szczęście i upór, żeby być zorganizowaną na medal. Do dwudziestki piątki sama uskładałam na wlasny kąt, nie żadne mityczne wsparcie od rodziców czy ciotek z Ameryki wszystko moimi własnymi rękami.
A kiedy na horyzoncie pojawił się facet, do którego zaczęłam wzdychać, oczywiście musiałam się pochwalić, że mam własne mieszkanie bo przecież jak tu nie zaszpanować, nie?
Ale nie byłam taka naiwna. Uprzedziłam gościa, że do jego mieszkania się nie wybieram nie lubię mieszkać na cudzym. Więc wymyśliliśmy kompromis: on znajduje nam jakieś nowe lokum do wynajęcia na pół, ja wynajmuję swoje mieszkanie komuś innemu, a zaoszczędzoną kasę polskie złocisze odkładamy na upragnioną furę.
Gość się zgodził i obiecał, że prędzej czy później uzbiera na nasz wspólny kąt i będziemy żyć jak w reklamie jogurtów.
I co? Mija pół roku i nagle zjawia się u mnie z walizką, jakby właśnie przyleciał z Londynu. Mówi, że szef się na niego obraził i już nie pracuje, więc został bez grosza przy duszy.
Prosi, żebym go przygarnęła na chwilę, bo przecież nie może wrócić do rodziców ale zaraz, przecież oni całkiem normalni, kanapę mu rozłożą i kotleta podsmażą.
No to wiadomo nie wpuściłam go. Zbyt dobrze znam ten numer widziało się już takich, co chcą żyć na cudzy koszt i być utrzymankiem w damskiej wersji M jak Miłość. Skończyło się, zanim zdążył rozpakować walizkę. I bardzo dobrze, bo potem przynajmniej nie musiałam tłumaczyć kotu, skąd ten obcy facet na kanapie.



