Z perspektywy lat patrzę na tę historię z mieszanką rozbawienia i zdziwienia nad własną naiwnością, bo przecież wtedy wydawało mi się, że już wszystko wiem o życiu. Miałam na imię Brygida i od wczesnej młodości wyznaczałam sobie cele nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Tak się zawzięłam, że już przed dwudziestymi piątymi urodzinami udało mi się odłożyć wystarczającą sumę, by kupić niewielkie mieszkanie na warszawskiej Pradze.
To nie była zasługa rodziców czy rodziny; wystarczyło mi uporu i zaradności, by samodzielnie stanąć na nogi. Być może właśnie ta samodzielność uśpiła moją czujność. Kiedy poznałam Andrzeja, zakochałam się do szaleństwa, a głupota podpowiedziała mi, żeby przyznać się do własnego kąta. Wtedy wydawało mi się to naturalne chwaliliśmy się przecież sobą nawzajem.
Równocześnie postawiłam sprawę jasno: nie zamierzam przeprowadzać się na jego stancję, tylko on powinien wynająć dla nas mieszkanie, a swoje oddać komuś w najem. Ja też zamierzałam trochę dorobić, wynajmując swoje marzył mi się nowy samochód z polskiego salonu, może jakaś ładna Skoda albo Fiat. Andrzej bez wahania się zgodził. Powiedział, że za kilka miesięcy odłoży odpowiednią sumę i zaczniemy wspólne życie pod jednym dachem.
Minęło pół roku. Pewnego deszczowego popołudnia zastałam go pod drzwiami, stał z walizką i miną cierpiętnika. Bez większych ceregieli oznajmił, że stracił pracę, nie ma grosza przy duszy i nigdzie indziej nie znajdzie schronienia, więc prosi, żebym pozwoliła mu pomieszkać na chwilę u siebie.
Pomyślałam tylko jedno: dobrze, że przynajmniej ma rodziców pod Warszawą. Niestety odmówiłam nie miałam wątpliwości, że to jedynie pretekst, żeby się do mnie przytulić i żyć za moje pieniądze, niestety nic więcej. Skończyło się, jak się skończyło rozstaliśmy się, a ja zrozumiałam, że nie wszystko złoto, co się świeci, nawet wtedy, gdy wydaje się, że ma się szczęście w miłości.



