**Dziennik, 12 października**
— Serio? — głos Wojtka zadrżał, ale nie ze zdziwienia, tylko z wysiłku, by nie powiedzieć czegoś, czego później będzie żałował. Siedział na brzegu kanapy, wpatrzony w opakowanie sushi, którego on i Kinga nawet nie tknięli. — Naprawdę kupiłaś sobie Porsche?
— Nie Porsche, tylko Taycan. Elektryczne. Mogłeś choć nazwę zapamiętać, skoro zamierzasz mi to wypominać — odparła Kinga, nawet nie odrywając wzroku od telefonu. W feedzie Instagrama jej koleżanka wrzuciła zdjęcie z konferencji w Zurychu. Wszyscy w garniturach, ale z kieliszkami szampana. Jak zawsze.
W mieszkaniu unosił się zapach wasabi, irytacji i świeżo umytej łazienki — Kinga odruchowo przetarła kafelki przed przyjściem Wojtka. Chociaż wiedziała, że to i tak nic nie da.
— Po prostu nie rozumiem, po co ci taki samochód? — Wojtek zerwał się i zaczął chodzić po kuchni. — Nie jesteś kierowcą rajdowym. Nie jesteś milionerką. Myślisz, że ludzie będą cię bardziej szanować, jak będziesz jeździć tym… kosmicznym statkiem?
— Tak. Dokładnie. A do tego będę mogła parkować nie gdzieś na zadupiu, tylko na normalnych miejscach z ładowarką. I wyobraź sobie, nie będę stać w korkach, bo Taycan ma adaptacyjny tempomat. To nie jest show, Wojtek. To wygoda, bezpieczeństwo i — ta-da! — moje pieniądze.
— Słyszałaś, co mówił tata? — nacisnął Wojtek, jakby powtarzał formułkę, którą kuł całą noc.
— Niestety, słuch mam wciąż sprawny — Kinga w końcu odłożyła telefon. — Powiedział, że kobiecie nie wypada mieć takiego auta, bo to wywołuje „niezdrowe emocje wśród mężczyzn”. Cytat, nawiasem mówiąc.
— Po prostu się martwi. Jest starej daty.
— Jest zasuszonej daty, Wojtek. I ty w tę samą stronę zmierzasz, jeśli teraz nie powiesz czegoś, co choć trochę przypomina wsparcie.
Wojtek otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamknął je z powrotem. Jakby w środku miał radziecki telewizor — dźwięk działa, obrazu brak.
— Dlaczego nie mogłaś ze mną tego omówić? Jesteśmy rodziną. Mógłbym…
— Co? Poradzić KIA Ceed, jak twoja mama? Albo w ogóle zrezygnować i kupić twój „dziadkowy” kombi? — Wojtek uśmiechnął się, ale bez radości.
— No dzięki za zaufanie.
Kinga westchnęła i spojrzała na niego jak na stołek z pękniętą nogą — niby jeszcze trzyma, ale siadać już ryzykownie.
— Wojtek, miałeś kiedyś wrażenie, że możesz robić to, co chcesz? Bez oglądania się na czyjeś opinie, oczekiwania, kaprysy?
— Nie zarabiam tyle co ty, jeśli o to chodzi.
— Nie o pieniądze. O wolność wewnętrzną.
Wzruszył ramionami, jakby te słowa wywoływały u niego alergię.
— Wiedziałaś, że moi rodzice tacy nie są. Wiedziałaś, na co się piszesz.
— Miałam nadzieję, że przynajmniej mnie zaczną szanować. Albo ty.
Cisza w pokoju stała się gęstsza niż wczorajszy kebab z budki pod metrem. Wojtek znów usiadł, spuścił wzrok.
— Po prostu uważają, że powinnaś być… no, bardziej kobieca.
— Aha. I najlepiej bez prawa jazdy, bez zdania i z wieczną wdzięcznością za obrączkę? — Kinga gorzko się uśmiechnęła. — Wybacz, ale nie jestem dodatkiem do bigosu. Jestem niezależną osobą, nawiasem mówiąc.
Odwrócił się. I wtedy, jak w teatrze absurdu, do drzwi zapukano. Zbyt pewnie jak na kuriera. Zbyt cicho jak na sąsiadkę.
— To mama — wyszeptał Wojtek, wstając. — Chciała wpaść, zobaczyć, jak żyjemy.
— „Przypadkiem” była w pobliżu? Czy teraz ma tracker na moje auto? — Kinga uniosła brew i wstała, poprawiając bluzkę.
— Po prostu… bądź łagodniejsza, dobrze?
— Już jestem jak żel pod prysznic. A tobie pora przestać być gąbką.
Drzwi się otworzyły. Anna Stanisławowa weszła z siatką z Biedronki, z miną osoby, która przychodzi nie w gości, a na inspekcję.
— No, witajcie, gołąbeczki. Przyniosłam zdrową sałatkę, bez chemii, żebyście trochę o siebie zadbali. — Rzuciła okiem na Kingę, ślizgając się wzrokiem po jej szpilkach. — A ty czemu taka odświętna? Na bal się wybierasz?
— Zawsze taka jestem. Nie stać mnie na wygląd emerytki na urlopie macierzyńskim — spokojnie odparła Kinga.
— O kim ty w tej chwili mówisz? — Anna Stanisławowa zmarszczyła brwi.
— O abstrakcyjnym wzorcu, nie przejmuj się. Chyba że pasuje… to znaczy, że trafiłam.
— Wojtku, a ty jej pozwalasz tak mówić? — zwróciła się do syna, ignorując Kingę jak biurową drukarkę w weekend.
— On nie jest moim nadzorcą. Ani tłumaczem z polskiego na rodzinny — Kinga przeszła obok, zabierając sushi z kuchni. — Chcecie herbaty? Czy od razu przejdziemy do tematu mojego „niegodnego” samochodu?
— O, widzisz, sama wszystko rozumiesz. — Uśmiechnęła się Anna Stanisławowa. — Nam i Stanisławowi taki auto bardziej by się przydało. Dojazdy na działkę, wizyty u rodziny. A tobie po co? Dla pokazów?
— Tak. I dla zemsty. Na nią wyprowadziłem.



