Chcesz się mnie pozbyć? – Co ty znowu na siebie włożyłaś? – Elżbieta Pietrowna zmierzyła córkę wzr…

Chcesz się mnie pozbyć?

Co ty masz na sobie? Jadwiga Malinowska zmierzyła córkę wzrokiem od stóp do głów, zatrzymując się na spódnicy. Przecież to za krótka. W twoim wieku już powinnaś ubierać się jak dorosła kobieta, a nie jak podlotek.

Zofia odruchowo pociągnęła za materiał, choć spódnica ledwo zakrywała kolana. Zwyczajna biurowa spódnica ołówkowa, kupiona miesiąc temu na wyprzedaży. Wtedy wydawała się idealna: klasyczny krój, stonowany kolor.

Mamo, ona jest całkiem normalna Zofia starała się, by w jej głosie nie zabrzmiała złość. Chodzę w niej do pracy.
Właśnie. Ludzie patrzą i co sobie o tobie myślą. Ja w twoim wieku

Zofia nie słuchała dalej. Słyszała to już setki razy o skromności, o tym “jak to kiedyś było”, o tym, jak powinna wyglądać porządna dziewczyna. Zamiast odpowiedzi położyła na stole kopertę z logo biura podróży, wypchaną dokumentami.

To dla ciebie, mamo

Jadwiga przerwała w pół zdania. Spojrzała na kopertę, potem na córkę i znowu na kopertę.

Co ty znowu przyniosłaś?
Otwórz.

Zofia czekała na ten moment pół roku. Odkładała każdą nadprogramową złotówkę. Ten właśnie uzdrowiskowy ośrodek z kolumnadami i źródłami mineralnymi, o którym mama marzyła. Zofia go znalazła, zarezerwowała najlepszy pokój, zadbała o wszystko.

Jadwiga wyjąła voucher, przebiegła wzrokiem po kartce. Zofia czekała, jeśli nie na uścisk, to choćby na proste dziękuję, ciepły gest.

Matka z niesmakiem zacisnęła usta i przesunęła kopertę na bok, jakby była brudna.

Znów wszystko za mnie zdecydowałaś.

Zofia poczuła, jak dławi ją własny oddech.

Mamo, to Polanica-Zdrój. Zawsze chciałaś
A kto mi będzie podlewał fiołki? Myślałaś o tym? Jadwiga postukała paznokciem w stół. Trzy tygodnie mnie nie będzie w domu, zwiędną na śmierć.
Będę przyjeżdżać. Codziennie.
Przecież pracujesz. Zapomnisz, zabiegasz się. W dodatku pewnie tylko kapustą tam karmią. Czytałam w tych nowych sanatoriach tylko ciąć koszty potrafią.

Zofia patrzyła na matkę, nie rozumiejąc, czy ta żartuje, czy mówi poważnie. Pół roku rezygnowania z porannej kawy, nowych butów, wyjazdów z przyjaciółkami i po to wszystko?

Mamo, tam jest restauracja z pięcioma salami. Menu do wyboru. Masaże, basen, spacery po górach
Spacery po górach Jadwiga zadrwiła. Modnych słów się nauczyłaś, ale zapytać mnie nie raczyłaś, czy mi to w ogóle potrzebne?

Zofia przełknęła ślinę. Czekała choćby na skąpe “dobra robota”. Tego jednego, dla którego żyła wszystkie te lata.

Zofia opadła na krzesło. Nogi nagle zrobiły się miękkie, jakby ciało zdecydowało za nią, że nie da rady już stać. Patrzyła na kopertę przesuniętą na skraj stołu i milczała.

No i ten klimat Jadwiga już krążyła po kuchni, niby poprawiając i tak nienagannie ułożony obrus. Wilgotność tam okropna, ciśnienie mi od razu skoczy. Wzięłaś to pod uwagę?

Zofia nie odpowiedziała. Pierwszy raz od lat poczuła, że nie chce się tłumaczyć.

I ta podróż? Ile się tam jedzie? Całą noc w pociągu się tłuc? Z moim kręgosłupem? Matka usiadła naprzeciw i złożyła dłonie, gotowa do długiej przemowy. Popatrz na sąsiadkę Krysię. Chociaż łobuziara z niej, a męża ma do niczego, pije tylko, ale matki swojej nie zostawia. Codziennie wpadnie raz z zakupami, raz tak posiedzieć.

Zofia przypatrywała się zmarszczkom przy ustach mamy, siwym odrostom pod warstwą farby i znajomym rękom z wyraźnymi żyłami. Tym samym, które kiedyś zaplatały jej warkocze na szkolne apele. Tym, które śpiewały kołysanki. Gdzie to wszystko się podziało?

Ty mnie w ogóle słuchasz?
Słucham, mamo.
Jakoś nie wygląda. Siedzisz jak posąg. Ja o ważnych sprawach mówię, a ty

Jadwiga wyliczała dalej: pokoje w sanatoriach ciasne, sąsiedzi hałaśliwi, lekarze młodzi i nie znają się na niczym, tylko leki wypisują. Zofia kiwała w odpowiednich momentach, ale w środku czuła rosnącą pustkę.

Zegar na ścianie wybijał kolejne minuty. Jeszcze godzinę. Jeszcze pół. Jadwiga nabierała tempa od uzdrowiska do licznych żalów: o samotnych wieczorach, rzadkich telefonach, o tym, że córka już zupełnie się jej wymknęła.

Wiesz w ogóle, jak mi tu samej? Mama uniosła z podbródka. Chcesz mnie wywieźć, żeby się bawić na luzie?
Mamo, to prezent.
Prezent! Jadwiga rozłożyła ręce. Prezent powinien być miły. A to… Kupuje się takie rzeczy, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia. Odda córka matkę gdzieś za miasto, a sama ma święty spokój, tak?

Zofia powoli wstała. Nogi wciąż były jak z waty, ale zmusiła się, by sięgnąć po kopertę. Jej palce zacisnęły się na sztywnym papierze.

Masz rację, mamo. Źle byś się tam czuła. Oddam voucher.

Jadwiga zamilkła. W jej oczach pojawiło się coś na kształt zagubienia, jak u kogoś, kto szykował się do długiej walki, a przeciwnik nagle złożył broń.

Jak to, oddasz?
Tak. Oddam pieniądze. Rzeczywiście, nie przemyślałam tego.
Zosia, połóż kopertę z powrotem.
Po co? Przecież nie chcesz jechać.
Nie powiedziałam, że nie chcę! Powiedziałam, że powinnaś była zapytać! Głos matki stawał się ostrzejszy, poliki nabiegały rumieńcem. Zawsze tak zrobisz po swojemu, a potem udajesz zdziwioną, że mi źle!

Zofia przycisnęła kopertę do klatki piersiowej i ruszyła do przedpokoju. Serce biło w gardle, ale determinacja czyniła jej krok pewniejszym.

Gdzie idziesz? Zosiu! Mówię do ciebie!
Mamo, jestem zmęczona.
Zmęczona! Jadwiga wybiegła za nią, łapiąc córkę za łokieć. Całe życie tobie poświęciłam! Głodowałyśmy, ojciec cię zostawił, a ja sama cię wychowałam! I tak się odpłacasz?

Zofia odwróciła się. Spojrzała matce w oczy, na drżące ze złości wargi, pobladłą ze złości twarz.

Przecież sama mówiłaś, że nie chcesz.
Mówiłam, że nie spytałaś!
Dobrze, pytam. Mamo, chcesz pojechać do Polanicy-Zdroju?

Jadwiga aż oniemiała z oburzenia.

Kpisz sobie? Chcesz mnie doprowadzić do szału? Jesteś bezdusznym automatem! Połóż voucher na miejsce może się jeszcze namyślę!

Zofia delikatnie wyswobodziła łokieć, nie puszczając koperty.

Zadzwonię jutro, mamo.

Zamknęła za sobą drzwi, zanim Jadwiga zdążyła odpowiedzieć. Z przekleństwami i pretensjami dotarł do niej tylko stłumiony szum przez drzwi o niewdzięczności, straconej młodości, że jeszcze pożałujesz. Zofia nie zatrzymała się, nie spojrzała wstecz. Nogi same niosły ją po schodach, obok roztłuczonych skrzynek pocztowych, mijając sąsiadów.

Na dworze siąpił drobny deszcz. Zofia wystawiła twarz do kropel i przez chwilę tylko stała na chodniku, wciągając w płuca zapach mokrego asfaltu. Ludzie ją omijali, ktoś prychnął z dezaprobatą, ale była jej to obojętne. Koperta z voucherem wciąż była w jej dłoni i Zofia nagle pomyślała, że przecież może pojechać tam sama. Polanica, kolumny, kąpiele solankowe i ani słowa pretensji przy śniadaniu.

Szła bez celu, aż dotarła do małej kawiarni na rogu. Ciepłe światło sączyło się przez okno na stoliki z białymi obrusami, z wazonikami świeżych kwiatów, na ludzi powoli jedzących kolację. Zofia weszła do środka.

Dobry wieczór kelner podał menu z serdecznym uśmiechem. Jest pani sama?
Tak odpowiedziała, zdziwiona, jak lekko zabrzmiało to słowo.

Wybrała stolik pod ścianą, jak najdalej od innych. Rozłożyła serwetkę na kolanach, otworzyła kartę dań. Wzrok od razu padł na najdroższy deser tarta gruszkowa z karmelem i soloną kruszonką. I kieliszek czerwonego, wytrawnego wina.

Mamie wydałoby się to rozrzutnością. Wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Zofia zobaczyła w myślach zaciśnięte usta, surowe spojrzenie, wieczne ja w twoim wieku i złożyła zamówienie.

Wino było ciężkie, lekko cierpkie na języku. Zofia upiła łyk i oparła się wygodnie na krześle. W jej ciele rozlewało się dziwne uczucie lekkości tam, gdzie od tylu lat gnieździł się ciężar. Przypomniała sobie, jak w dzieciństwie bała się przynieść czwórkę, bo potem cały tydzień mama się do niej nie odzywała. Jak na studiach wybrała ekonomię zamiast polonistyki, bo po polonistyce pracy nie ma. Jak przez trzy lata była z Michałem, którego kochała, ale odeszła, bo matka ciągle powtarzała, że z niego nic nie będzie.

Deser był delikatny i rozpływał się w ustach. Zofia patrzyła na karmel i uświadomiła sobie, że nie pamięta, kiedy ostatni raz zrobiła coś po prostu dlatego, że chciała nie dla matczynego uznania, nie dla skąpego dobra robota, tylko dla siebie.

Telefon w torebce zawibrował. Potem jeszcze raz, i znowu. Zosia spojrzała na ekran siedem nieodebranych, trzy nagrane wiadomości od mamy i wyłączyła dźwięk.

Wypiła wino, dojadła deser i poprosiła o rachunek. Zostawiła chojnę napiwek, bo tak chciała, i wyszła w wieczorny chłód. Deszcz już ustał, a nad dachami migotały pierwsze gwiazdy.

Zofia pomyślała, że najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok pozwolić sobie być ważniejszym od cudzych oczekiwań. Czasem, by zacząć nowe, trzeba przestać ciągle udowadniać swoją wartość i po prostu dać sobie prawo do szczęścia.

Rate article
Fajna Tajna
Chcesz się mnie pozbyć? – Co ty znowu na siebie włożyłaś? – Elżbieta Pietrowna zmierzyła córkę wzr…