Jestem gotowa wrócić
Jadwiga zawsze budziła się przed dzwonkiem budzika, jakby miała w sobie wbudowane wewnętrzne zegary. Wstawała, myła się i przygotowywała śniadanie. Gdy mąż wchodził do kuchni, ogolony, pachnący wodą toaletową, na stole czekała już jajecznica lub jajka na miękko, pokrojony chleb, ser i kiełbasa, filiżanka mocnej kawy. Sama Jadwiga zadowalała się tylko kawą i kawałkami sera bez chleba.
Żyli razem trzydzieści lat. Nauczyli się czytać w sobie nawzajem tak dobrze, że prawie się nie odzywali, zwłaszcza rano. „Do wieczora”, „Dziś się spóźnię”, „Dzięki…”. Z wyrazu twarzy, kroków, nawet z milczenia potrafili odgadnąć nastrój drugiej osoby. Po co niepotrzebne słowa?
— Dziękuję — powiedział Zbigniew, dopił kawę i wstał od stołu.
Kiedy zaczynali razem życie, zawsze całował ją w policzek przed wyjściem do pracy. Teraz tego nie robił, tylko dziękował i wychodził. Pracował jako inżynier w fabryce wagonów, wyjeżdżał wcześnie, bo musiał przedzierać się przez korki na drugi koniec miasta.
Jadwiga sprzątnęła ze stołu, umyła naczynia i zaczęła się zbierać. Pracowała jako wykładowczyni na uniwersytecie, który znajdował się dwie przystanki od jej domu. Zawsze chodziła tam pieszo, bez względu na pogodę, nawet gdy wiał silny wiatr i lał deszcz. Wysoka, wysportowana, szczupła. Sukienki zakładała tylko latem. Na uniwersytet zawsze nosiła garsonki, zwykle szare, w drobną kratkę. Pod marynarką nosiła bluzki w pastelowych kolorach.
Kiedyś ciemne włosy, teraz przyprószone siwizną. Nie farbowała ich, zaplecionych w cienki warkocz układała w ślimaka na karku. Żadnego makijażu, żadnej biżuterii, poza obrączką.
Jako wykładowczyni musiała dużo mówić podczas zajęć i wykładów. W domu wolała milczeć. Męża to nie przeszkadzało. Cenił ciszę. Dla wielu byli idealną parą. Nie kłócili się, nie sprzeczali.
Zbigniew był od niej starszy o dwa lata. Wciąż jednak był przystojnym mężczyzną. Jadwiga przywykła, że kobiety zwracają na niego uwagę. Kiedyś się denerwowała, ale z wiekiem zaczęła na to patrzeć filozoficznie. „Gdzie on pójdzie? Nikt nie będzie go tak karmił jak ja” — powtarzała sobie. Gotowała naprawdę wyśmienicie.
Mieli córkę, która po studiach wyszła za mąż za wojskowego i wyjechała z nim.
Studenci trochę się jej bali. Rzadko się uśmiechała, zawsze była opanowana i spokojna. Ale nie była złośliwa. Nawet na egzaminie można się z nią było dogadać. Jeśli student szczerze przyznał, że nie zna odpowiedzi na pytanie, ale się uczył, pomagała mu, często ciągnąc go na czwórkę. Ale za ściąganie bezlitośnie wyrzucała z sali, a za oszustwo stawiała jedynki. Byli i tacy spryciarze, którzy nie przygotowywali się do sesji, licząc, że męczeńskim wyrazem twarzy i błaganiem wyproszą trójkę. Ale oszustwo nie przechodziło. Kłamstwo wyczuwała i nie wybaczała.
Z nikim z wydziału Jadwiga się nie przyjaźniła, w plotkach nie uczestniczyła.
Pewnego dnia w stołówce usłyszała rozmowę dwóch pierwszorocznic. Siedziała do nich plecami, nie zauważyły jej.
— Co myślisz o tej chemiczce? Stara panna. Gdyby nie obrączka, pomyślałabym, że nigdy nie miała męża — powiedziała jedna.
— Ma męża, przy okazji całkiem przystojnego. I córkę też ma, już zamężną — odparła druga.
— I co on w niej znalazł, skoro jest taki przystojny? Skąd w ogóle wiesz?
— Mieszkamy w jednej klatce. Moim zdaniem jest w porządku.
— No, pewnie, w porządku. Ubiera się jak facet. Wątpię, żeby miała biust.
Jadwiga skończyła jeść, wstała i spojrzała na studentki.
— Przepraszamy — pisnęły i zaczerwieniły się.
„Stara panna. Oto jak mnie widzą”. W pokoju nauczycielskim spojrzała w lustro. „No tak. Co Zbigniew we mnie znalazł?” Rozległ się dzwonek, Jadwiga poszła na zajęcia.
W domu od razu zabrała się za przygotowanie obiadu. Postanowiła upiec mięso w żaroodpornych naczyniach, akurat na jego powrót. Wszystko było gotowe. Podeszła do okna. Mąż zawsze parkował pod ich oknami. Ale dziś samochodu nie było. Nagle z tyłu zaskoczył zamek drzwi wejściowych.
Jadwiga zdziwiła się i wyszła do przedpokoju.
— Nie przyjechałeś samochodem? Zepsuł się? — zapytała.
— Nie, zaparkowałem gdzie indziej.
Nie pytała dlaczego. Wróciła do kuchni, by wyjąć mięso z piekarnika. Zbigniew wszedł za nią, usiadł przy stole.
— Jadziu, usiądź proszę.
Zdjęła rękawicę kuchenną i usiadła naprzeciw niego, splatając dłonie. Od razu wiedziała, że coś się stało. Zbigniew patrzył w bok, unikając jej wzroku. Od dawna między nimi panowała rezerwa. Ale teraz wydawał się obcy, zdystansowany i spięty.
— Tak się składa… Zakochałem się w innej kobiecie. Odchodzę do niej — powiedział i otarł spoconą dłoń o czoło.
Jadwiga zacisnęła palce do bólu.
— Przepraszam. Pójdę się spakować. — Wstał i wyszedł z kuchni.
Jadwiga pozostała siedzieć przy stole. „Idź, zatrzymaj go, porozmawiaj…” — krzyczał w niej głos. Ale nie ruszyła się. Słyszała, jak otwiera szafę, jak brzęczą puste wieszaki. Wyciągnął szufladę, pewno zabrał dokumenty. Rozległ się dźwięk zamykanego zamka w walizce. Przez chwilę z pokoju nie dochodził żaden dźwięk. Potem głuche stuknięcie kółek po dywanie, głośniejsze po płytkach w przedpokoju.
Zbigniew męczył się, zakładając płaszcz i buty. „Wejdzie i powie, że się rozmyślił, że kocha tylko ją…” — miała nadzieję. Ale za nim zatrzasnęły się drzwi, zaskoczył zamek. Jeszcze długo siedziała, wpatrzona w jeden punkt. W końcu rozplotła dłonie, ukryła w nich twarz i rozpłakała się.
Dlatego nie zaparkował pod oknami. Żeby sąsiedziDni mijały, a ona wciąż patrzyła przez okno, jak gdyby gdzieś w głębi serca wierzyła, że pewnego dnia zobaczy go znów stojącego pod ich domem – nie jako człowieka, który odszedł, ale jako tego, który wrócił, choć już nigdy nie był pewien, czy to aby nie sen.



