Cały rok wydawania pieniędzy na dzieci, żeby spłacić ich kredyt! Koniec z dokładaniem ani złotówki!
Mój mąż i ja mamy jednego synadorosłego. Ma już swoją rodzinę, a my zostaliśmy dziadkami.
Dorastałam w czasach PRL-u, wyszłam za mąż mając trzydzieści lat. Wtedy to już była prawie staropanieńska emerytura. Każda sąsiadka w bloku umiała wyczytać przez ścianę, kiedy powinnam już mieć potomstwo, bo dziecka nie mieć, to wtedy traktowano jakby się właśnie przeszło ospę wietrzną razem z dżumą.
No, my z mężem jednogłośnie zdecydowaliśmy jedno dziecko wystarczy. Jako ludzie z maturą na karku wiedzieliśmy, że dzieci kosztują jak remont balkonu: jednej kwoty nigdy nie starcza, a jak ich więcej, to i dług rośnie. Więcej dzieci, więcej wydatków, wiadomo.
Syna wyedukowaliśmy, finansowo ogarnęliśmy, życie sobie poukładaliśmywszystko jak należy.
A nasz syn? Zaraz po ślubie, jego żona, czyli moja synowa, była już w ciąży, a tu na świat się pojawił wnuk. Młodzi własnego mieszkania nie mieli, więc wzięli kredyt. Jakoś to spłacali co miesiąc. I oto nagle kolejny grom z jasnego nieba: synowa znów w ciąży! Pytam ich, jak poradzą sobie z dwójką małych dzieci i kredytem mieszkaniowym na karku. Obrazili się śmiertelnie Poradzimy sobie!. No to, jeśli tak mówią, niech sobie radzą!
I radzili sobie… przez chwilę. Potem synową zwolnili z pracy, a syn stracił robotę. I co? Przenieśli się do naszego mieszkania, które wynajmowaliśmy na czarną godzinę. Mąż stwierdził: To młodym pomożemy spłacać ten kredyt! zrobiło mu się ich żal. No to przez rok cały z moim ulubionym Janem płaciliśmy ich raty hipoteczne. Myślałam, że jesteśmy superdziadkami: pomagamy, ratujemy młodych. No jasne.
Aż się w końcu dowiaduję, że to nie spłacane, a opóźniane! Całe sześć miesięcy w plecy ze spłatami. Gdzie się podziały nasze pieniądze?! Mąż czerwony z wściekłości, ja zaskoczona pierwszy raz zabrakło mi słów. Tu człowiek stara się pomóc dzieciom, a oni po prostu siedzieli nam na karku i korzystali z all inclusive. I co, co robić teraz?



