Długo spotykałam się z Markiem pięćdziesięcioczteroletnim mężczyzną o pogodnym spojrzeniu i cichych słowach. Ja miałam wtedy czterdzieści osiem lat. Naszą znajomość zawdzięczamy pewnemu popularnemu portalowi randkowemu. Wszystko zaczęło się bardzo nastrojowo: pierwsze spotkanie w niewielkiej kawiarni na Starym Mieście w Krakowie. Już podczas naszej trzeciej randki, na dzień moich urodzin, przywiózł mi zamówiony tort z napisem: Dla Bożeny od kogoś, kto cieszy się, że się urodziłaś. Znałam go wtedy niespełna trzy tygodnie.
Marek sprawiał wrażenie człowieka hojnego, ale bez ostentacji. Przynosił kwiaty bez okazji, zabierał mnie za miasto, byle zmienić otoczenie, naprawił mi kiedyś kran w łazience, a później nawet opłacił remont w mieszkaniu mojej mamy. Posiadał własny warsztat naprawczy, żył samotnie.
Jesteś moją rodziną, Bożenko powiedział po ośmiu miesiącach znajomości. Mój dorosły syn mieszka daleko z matką, była żona układa sobie życie gdzie indziej. A ty jesteś całym moim światem.
Uwierzcie, jak miałam nie wierzyć skoro ktoś nie tylko wypowiada takie słowa, ale jeszcze przynosi torty z dedykacjami i naprawia przeciekający zlew w kuchni?
Trzy tygodnie ciszy dźwięk rozczarowania bez jednego słowa
Kiedy trafiłam do szpitala, na początku nie czułam nawet żalu. Wydawało mi się: przecież Marek ma warsztat, ciągle zamówienia, musi pracować. Po tygodniu zaczęłam czuć niepokój. Pod koniec trzeciego tygodnia dotarło do mnie jasno: on nie zamierza przyjechać.
W mojej sali leżała pani Jadwiga, starsza pani może siedemdziesięcioletnia. Każdej soboty jej mąż przynosił świeży bukiet goździków. Pewnego dnia zapytała:
Bożenko, a kiedy Twój narzeczony się pokaże? Jeszcze ani razu go nie widziałam.
Ma bardzo dużo pracy odpowiedziałam wymijająco.
Spojrzała na mnie znad okularów, z głębokim smutkiem:
Wszyscy mamy pracę, kochana. Mój Staś też pracuje. Ale i tak wsiada w tramwaj, potem autobus i idzie na piechotę z bolącymi plecami… bo nie może nie przyjść. Nie chodzi o to, czy chce nie może nie przyjść. Dla mężczyzny, dla którego jest to możliwe… możliwe jest i nie zostać.
Ta prosta prawda zapadła mi głęboko w pamięć. Była mądrzejsza niż najdłuższa psychoterapeutyczna rada.
Wypisano mnie w środę. Wieczorem zadzwonił Marek.
Bożenka, już Cię wypuścili? To wpadnę w sobotę, posiedzimy.
W sobotę. Za trzy dni. Właśnie wyszłam po operacji, a on mówił, jakby proponował wieczór w kinie.
Nie, Marku. Przyjedź dzisiaj.
Przyjechał po dwóch godzinach z owocami i kwiatami, ale wyrazem twarzy skruszonego chłopca. Rozmawialiśmy w kuchni. Od razu przeszłam do rzeczy:
Marku, czemu nie przyjechałeś ani razu?
Przecież codziennie dzwoniłem…
Tak. Ale nie przyjechałeś. Trzy tygodnie. Dwadzieścia jeden dni. Przeszłam operację, miałam wysoką gorączkę, leżałam na szpitalnym łóżku i czekałam na Ciebie. A Ty dzwoniłeś wieczorami, pytając, jak się czuję.
naprawdę planowałem przyjechać, ale totalny nawał pracy w warsztacie dwa wielkie zlecenia, jeden pracownik się zwolnił, byłem sam, nie miałem czasu…
Przez trzy tygodnie nie znalazłeś godziny? Szpital czynny do 20:00, czterdzieści minut samochodem. Jeden wieczór z dwudziestu jeden?
Bożenko, nie rozumiesz, jak się czułem. Martwiłem się o Ciebie, naprawdę! Ale nie mogłem zostawić warsztatu.
Nie mogłeś… czy nie chciałeś?
Zamilkł. I wtedy w tej ciszy zobaczyłam wreszcie prawdę, której przez półtorej roku nie chciałam przyjąć: dla Marka martwić się i być obok to dwie różne sprawy. I to pierwsze zupełnie mu wystarcza.
Widzisz, Bożenko powiedział w końcu cicho ja po prostu nie umiem być w szpitalach. Nie umiem siedzieć przy łóżku, patrzeć na kroplówki i blade twarze. Trzęsie mnie na samą myśl. Moja mama umarła w szpitalu i przez trzy lata nie byłem potem w żadnej klinice. Gdy zadzwoniłaś, chciałem przyjechać, ale zawsze odwlekałem… i tak dni zamieniały się w tygodnie.
To zdanie jak wyrok. Nie nie chciałem. Nie nie kochałem. Nie nie miałem czasu. Tylko nie umiem być przy kimś, gdy jest źle.
Przez półtora roku byłeś blisko, gdy było lekko. Kawiarnia, torty, wycieczki, naprawiony kran. Byłam zdrowa, radosna, potrzebna Ci tylko do towarzystwa. Ale kiedy rzeczywiście było źle już Cię nie było. Dzwoniłeś, ale zadzwonić to nie to samo, co być. Martwić się to nie to samo, co przyjść.
Wiem, że zawiodłem.
Nie zawiodłeś, Marku. Ty po prostu taki jesteś. To gorsze niż wina, bo winę można naprawić charakteru nie zmienisz.
Bukiet od męża innej i decyzja, która przyszła w szpitalnej sali
Wieczorem wyszedł. Siedziałam potem z kubkiem herbaty i przypominałam sobie, jak Staś przynosił Jadwidze kwiaty w każdą sobotę. Trzy przesiadki, bolące plecy i bukiet goździków. Nie mówił, że jest jego rodziną; po prostu był. Bo dla niego niemożność przyjechania nie istniała.
Dla Marka było to możliwe. Dwadzieścia jeden dni możliwe. I w tym jednym słowie zawierała się cała prawda o naszym roku i sześciu miesiącach.
Po tygodniu napisał długi esemes przeprosin, obietnic, że się zmieni, wyznań, że kierował nim strach. Przeczytałam wszystko i nie poczułam już żadnego ciepła.
Bo słowa bez czynów są jak tapety bez ścian ładne, lecz nie da się w tym żyć.
Nie odpisałam. Nie z żalu, nie ze złośliwości. Po prostu zrozumiałam wreszcie. Potrzebuję mężczyzny, który przyjedzie. Nie takiego, który tylko zadzwoni. Takiego, który wejdzie do sali z siatką pomarańczy, a nie wykręci numer wieczorem z przyzwyczajenia. Takiego, dla którego niemożność pozostania obok w trudnej chwili to po prostu niemożliwość.
Blizna powoli się zabliźniła. Mama mówi, że wyglądam lepiej niż przed operacją może dlatego, że usunięto nie tylko to, co tłamsiło ciało.
I wciąż pytanie, które zostaje w głowie wielu:
Kobiety czy miałyście tak, że mężczyzna tylko martwił się na odległość, pisał i dzwonił, ale nie przyjechał w trudnej chwili? Umiałyście wybaczyć, czy zdecydowałyście się odejść?
Mężczyźni bądźcie szczerzy: jesteście z tych, dla których niemożność przyjechania nie istnieje, czy z tych, którzy częściej wybierają telefon zamiast drogi?
Nie umiem być przy kimś, gdy jest źle czy to tylko wytłumaczenie, czy jednak wyrok dla związku?



