Burza w domu: Dramat Zuzanny
Zuzanna odprowadziła męża do pracy i, marząc o chwili spokoju, wróciła do sypialni ich przytulnego mieszkania w Krakowie. Ledwie zdążyła się położyć, gdy rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi.
— Otwieraj, żywo! — rozległ się ostry głos teściowej.
Zuzanna, zaniepokojona twardym tonem, otworzyła. Na progu stała Janina Bronisławówna, jej oczy iskrzyły się determinacją.
— Janino Bronisławno, co się stało? — zapytała ostrożnie Zuzanna, czując, jak serce ściska się od złego przeczucia.
— Spałaś, czy co? Zbieraj się, będziemy przygotowywać dla mnie pokój! Wyprowadzam się do was! — oznajmiła teściowa, jakby rzucając wyzwanie.
— Jak to… wyprowadzasz się? Po co? — Zuzanna zastygła, niezdolna ogarnąć słów.
W rodzinie Zuzanny i Marka panowała radosna nadzieja — Zuzanna była w piątym miesiącu ciąży. Ale ich szczęście mąciła teściowa. Od kiedy Janina Bronisławówna dowiedziała się o wnuku, dosłownie dusiła Zuzannę swoją „troską”, od której chciało się uciec bez oglądania się za siebie.
Janina zawsze była uważna wobec syna, ale jej opieka nad synową graniczyła z nachalnością. Jej sposób mówienia był ciężki jak kula u nogi — każde słowo niosło mieszankę pochwały i jadu.
— Patrzę na ciebie i się martwię — oświadczyła pewnego dnia, znów pojawiając się bez zapowiedzi.
— Dlaczego? — zdziwiła się Zuzanna, mimowolnie obrzucając siebie spojrzeniem.
— W lustro ostatnio patrzyłaś? — teściowa zmrużyła oczy. — Chuda jak patyk! Ręce jak zapałki, biodra wąskie. Jak rodzić będziesz? Tylko oczy masz ładne, widać Mirek mój dał się na nie nabrać. A poza tym nic w tobie nie ma.
Zuzanna oniemiała. Komplement? Obraza? Nie wiedziała, jak zareagować.
— Pewnie w dzieciństwie ciągle chorowałaś — ciągnęła Janina Bronisławówna. — Gdzie twoi rodzice patrzyli?
— Nie chorowałam! — wybuchnęła Zuzanna. — Rodzice co lato zabierali mnie nad morze!
— No właśnie, zabierali, bo słabiutka byłaś. Po prostu zapomniałaś! — ucinała teściowa, stawiając kropkę nad „i”.
Taka była jej „znakomita” troska: nie potrafiła pochwalić, nie kłując przy tym. Wyjątkiem był syn Marek i córka Agnieszka, mieszkająca w innym mieście. Ich uwielbiała bez zastrzeżeń.
Gdy nadszedł siódmy miesiąc, Zuzanna bała się nie porodu, ale kolejnej wizyty teściowej. Chciała nawet odwołać własne urodziny, byle tylko nie widzieć Janiny Bronisławówny. Ale Marek nalegał:
— Chcę ci sprawić przyjemność, Zuziu. Rodzinne święto to przecież radość!
Marek, przyzwyczajony do manier matki, nie zauważał, jak trudno Zuzannie znosić jej docinki.
— Zuziu, może urządzimy przyjęcie w domu? — zaproponował na tydzień przed urodzinami. — W restauracji tłok, a ty w ciąży nie powinnaś ryzykować.
— Dlaczego w domu? — spytała bez entuzjazmu Zuzanna.
— Niedługo poród, po co ci łapać zarazki? — argumentował.
— Dobrze — westchnęła. — Ale żadnych bankietów, nie mam siły gotować.
— Mama przyjdzie wcześniej, pomoże! — uradował się Marek.
Zuzanna zdrętwiała, oczy jej pociemniały.
— To Janina Bronisławna zaproponowała świętowanie w domu?
— Co ma do tego mama? Sam tak chcę! — bronił się mąż.
— Oczywiście! Bez jej rad ani rusz! — wybuchnęła Zuzanna.
— Zuziu, mama chce dla nas dobrze!
— Milcz! Świętujemy w domu, ale pomoże mi moja mama!
— Twoi rodzice muszą jechać godzinę z przedmieść, a mama mieszka dwa kroki stąd — oponował Marek.
— Moi przyjadą dzień wcześniej, zostaną na noc! — odcięła Zuzanna.
— O co ci chodzi?
— Jeszcze słowo, a poproszę rodziców, żeby przywieźli psa! — warknęła.
— Wiesz, że nie znoszę psów — przypomniał Marek.
— Właśnie o to chodzi! — Zuzanna wyszła do sypialni, trzasnąwszy drzwiami.
W przeddzień święta przyjechali rodzice Zuzanny, Halina i Ryszard, z prezentami. Przywieźli warzywa z działki i ubranka dla malucha. Halina wiedziała, że córka nie jest przesądna, więc spokojnie kupowała dziecięce rzeczy wcześniej. Zuzanna z Markiem zdążyli już kupić łóżeczko i wózek, ale ukrywali to przed teściową.
— Mamo, tylko nie mów przy Janinie Bronisławnie o dziecięcych rzeczach — poprosiła Zuzanna.
— Tak się wścibia z przesądami? — dopytywała się Halina.
— Och, nie daje oddychać — poskarżyła się córka. — Odkąd poszłam na urlop macierzyński, drżę przy każdym dzwonku do drzwi.
— A z Mirkiem jak?
— Z nim w porządku. On dzień w pracy spędza. Ale teściowa…
— To niedobrze — zmarszczyła brwi matka. — Jutro z nią porozmawiam.
— Mamo, nie trzeba!
— Trzydzieści lat jestem matką, nie dam cię skrzywdzić! — odcięła się Halina.
Rankiem w dniu urodzin Halina i Ryszard już krzątali się w kuchni.
— Córeczko, sto lat! — Ryszard pierwszy uściskał córkę.
— Nasza piękna, bądź szczęśliwa! — dołączyła Halina.
Zuzanna pochwaliła się prezentem od męża — Marek podarował jej pierścionek i bilety na wystawę, o której marzyła.
— Szczęściara z ciebie, córko! — uśmiechnął się teść. — Ja bym nie zapamiętał, że Halinie jakaś wystawa się podobała.
— Mamo, zaraz się umyję i pomogę — powiedziała Zuzanna.
— A ja pomogę nakryć do stołu — zakrzątał się Marek.
Radość przerwał dzwonek w domofon — to przyszła Janina Bronisławna.
— O, swaci! Co was tu niesie? Pół roku się nie widzieliśmy, nie bardzo dbacie o córkę w ciąży. Po co jechać sto kilometrów? — zażartowała zjadliwie.
Halina nie dała za wygraną:
— A my, Janino Bronisławno, młodym nie przeszkadzamy, nie jak niektóre, bez zapowiedzi się włóczą. Choć pieniądze przesyłamy regularnie.
Teściowa skrzywiła się, ale milczała — swacha trafiła w czuły punkt. Przyjęcie minęłoTeściowa odwróciła się na pięcie i wyszła, trzaskając drzwiami, ale w powietrzu pozostała ciężka cisza, zapowiadająca, że ta wojna dopiero się zaczęła.



